Aktywność sportowa Kuby w myśl cytatu Marka Twaina: Za dwadzieścia lat bardziej będziesz żałował tego, czego nie zrobiłeś, niż tego, co zrobiłeś. Więc odwiąż liny, opuść bezpieczną przystań. Złap w żagle pomyślne wiatry. Podróżuj, śnij, odkrywaj
sobota, 22 kwietnia 2017

Z cyklu pierwszy raz. Zimowy biwak. Okazją było krótkie zgrupowanie Klubu Wysokogórskiego Kraków. Marszruta następująca: Łysa Polana - Tabor w Dolnie Białej Wody - Nocleg - Lodospad w Dolinie Ciężkiej, a dalej się zobaczy. Ugadałem się z Michałem i Grześkiem na wspólną podróż i wspólne działanie. Sam kompletowałem jeszcze zimowy sprzęt więc połączenie sił miało głęboki sens. Wieczorem ruszamy z parkingu na Łysej Polanie. W porównaniu z moim ostatnim pobytem jest prawie ciepło, może z - 8 st. C. Po ostatnich opadach prawie wszyscy poruszają się na nartach, niektórzy ciągną sprzęt biwakowy na sankach. Ma to sens zwłaszcza, że przed nami około 3 godzin przeważająco płaskim terenie. 

DSCN0353

Kawalkada porusza się w stronę taboru. Fot. Michał Natkaniec

Torujemy drogę. Na miejscu trzeba sobie odkopać podest pod namiot. Okazuje się, że Michał... zapomniał rurek do namiotu. Decydujemy, że Michał będzie spał pod wiatą, ja z Grześkiem zmieścimy się do jednej dwójki. Po północy udaje się wreszcie wgramolić do wewnątrz. Jest trochę ciasno, ale dość ciepło. Wkładki do butów skiturowych wkładam do śpiwora, ciuchy pod głowę i spać. Nad ranem okazuje się, że mój śpiwór z rekomendowanym zakresem spania do - 15 st. C nie daje rady. To było do przewidzenia, kupiłem go kilka lat temu z myślą o spaniu najwyżej w okolicach 0 st. C. Syntetyczne ocieplenie nie wystarcza. Rano wokół pełno wilgoci, dwóch facetów potrafi nachuchać. Nie wiem czy Michał śpiący na dworze nie wygrał.

DSCN0355

Nasz namiot o poranku. Trochę przysypało. Fot. Michał Natkaniec

Wyjście z namiotu to wyzwanie. Śniadanko to opatentowane już w zimie wrapy z nutellą i dżemem i duuuuże ilości herbaty. Idziemy się wspinać większą grupą. Mikołaj rekomenduje wodospad Ciężki, prosty (WI 3) i ładny. Podejście pod ścianę na nartach. Nie decyduję się prowadzić pierwszego wyciagu (WI2). To była dobra okazja, ale wolę podziałać jeszcze w nieco spokojniejszych warunkach. U nas pierwszy wyciąg prowadzi Michał, drugi Grzesiek. Marzniemy solidarnie, pierwszy wyciąg nie za trudny, właściwie trochę żałuję, że nie prowadziłem, za to pod dojściu do stanowiska widok zapiera dech w piersiach. Cyrk lodowy, wylany lodem o przeróżnych kolorach od żółtego, przez szary do ultramarynu. Warto było spędzić tę noc w tej mokrej szmacie.

32194474582_99447bd949_z
Drugi wyciąg Lodospadu Ciężkiego. Fot. Michał Semow

Drugi wyciąg zdecydowanie poza moim zasięgiem. Mimo, że idziemy łatwiejszym wariantem to nie do przejścia na prowadzeniu byłby dla mnie lodowy kominek. Brakuje techniki. Próbuję się rozpierać, rozstawiać, ale ani przez chwilę nie czuję, że kontroluję tę wspinaczkę. Może w następnym sezonie się uda.

32194306552_dfae928abc_z

Mikołaj prowadzi trudniejszy wariant (WI5?). Fot. Michał Semow

W końcu dochodzimy do drugiego stanowiska. Jest jeszcze trzeci wyciąg, krótki i łatwy, ale nie decydujemy się. Zapada zmrok i zespół po zespole zjeżdżamy w dół. Później jeszcze tylko nocny zjazd najpierw spod skały, a później lasem i można się suszyć po wiatą.

DSCN0388

Wieczorna biesiada, suszenie się i grzanie przy ognisku.

Następnego dnia wstajemy dość późno, bo integracja się mocno przeciągnęła. Tym razem dodatkowo przykryłem się płachtą biwakową. Było trochę cieplej. Decydujemy się przejść na wycieczkę skiturową na próg Doliny Kaczej. Piękna pogoda i ten wszechobecny puch.

31532460263_62e2f9348b_z

Zjazd do lasu, krótkie odcinki nirwany. Fot. Michał Semow.

Kończymy wypad pakowaniem, a ja się bardzo cieszę, że kolejnej nocy nie spędzę w mokrym namiocie. Bardzo dobrze sprawdził się materac termaresta, słabo moja kurtka puchowa i śpiwór. Słowo puch jest kluczem.

Wczesna jesienią rozmawialiśmy z Baśką o planach. Zgodnie uznaliśmy, że wspinanie w lodzie to może tak, ale na pewno nie w tym sezonie. No więc jak się rzekło już w styczniu byliśmy na Kursie Lodowym w Dolinie Białej Wody. Kurs z Robertem, oprócz nas był drugi zespół z Klubu: Ania i Lidka.

15895608_1373191412711375_2844246833602702996_o

Wisimy na własnoręcznie wywierconych stanowiskach Abałakowa. Trzyma. Inna sprawa to zjeżdżać z wykorzystaniem tego patentu. Za pierwszym razem pewnie zdubluję.

Przeraźliwe zimno da się znieść. Temperatura w nocy blisko - 30 st., w Dolinie około - 25 st. Kurczowe ściskanie uchwytu dziaby kończy się nieprzyjemnie dla paluszków. Nie należy też poprawiać bezmyślnie technologii. Wydawało mi się, że mam za duże buty wspinaczkowe, włożyłem wkładkę - cieniuśką. Tak mi się wydawało. Każde kopnięcie w lód lekko zdzierało paznokieć u stopy. Leciutko, a że kopnięć były setki, to wieczorem miałem problem z dojściem na odległą o 200 metrów stację benzynową. 

W ramach kursu zaliczyliśmy kilka dróg na wędkę. Prowadzenie w lodzie jest bardzo psychiczne. We wszystkich dziedzinach prowadzenie wymaga dużo większej wiary w swoje możliwości niż chodzenie na wędkę, ale jak to słusznie zauważył kolega, w lodzie ta różnica jest największa. Po pierwsze wkręcanie śrub, kiedy stoisz na zębach raków wbitych w lód już jest wymagające, po drugie musisz zaufać sobie, że to co wkręciłeś jest godne zaufania. Mówi się, że w "lodzie się nie lata". Coś w tym jest. Po pierwsze pytanie o pewność przelotu, po drugie odpadnięcia z tym całym ostrym szpejem jest bardzo groźne. Mniej z tego powodu, że sobie można wbić własny czekan w ciało, bardziej z tego, że raki brutalnie zatrzymują lot. Wydawało mi się, że pod koniec drugiego dnia kursu będę gotowy żeby poprowadzić jakieś WI2, ale nie wystarczyło czasu, sformułował się tym samym cel na ten sezon. Poprowadzić.

15966255_1373191482711368_9046113792492696338_n

Basia na Kaskadach. Każdy marzył żeby już przestać się trząść z zimna na stanowisku asekuracyjnym i zacząć wspinać. 

Kurs jednak pożyteczny. Dostałem sporo istotnych wskazówek, głównie dotyczących techniki wspinania, ułożenia stóp, rozkładania ciężaru, kręcenia śrub, rozpoznawania rodzajów lodu etc.

środa, 01 lutego 2017

Nie sądziłem, że Kurs Taternicki będę kończył w zimie, ale pogoda rządzi, więc urobienie kursu w 2 tygodnie należy włożyć między bajki. Do tego należy dołożyć podejście Roberta "Roko" Rokowskiego, który nie patrzy na zegarek, a czasami i na kalendarz. Wspinając się z nim z dnia na dzień nabierałem przekonania, że jego celem jest nie zakończenie kursu, ale wypuszczenie spod swoich skrzydeł osób, które są zdolne do samodzielnej działalności w górach. Dlatego nie odpuścił, chociaż zakontraktowanych dni kursowych uzbierało się nieco więcej. 

Ponieważ zdecydowaliśmy się na wersję fast to wjechaliśmy kolejką na Kasprowy, zjechaliśmy na nartach na Halę Gąsienicową a stamtąd do Kotła.Poszliśmy na zimową drogę kursową w Kotle Kościelcowym na tzw. Klisia. Droga wyceniona na V. Robert prowadził. Trudności pojawiły się już na początku, bo wybraliśmy wariant nieco trudniejszy z tych łatwiejszych.

Już tylko 2 metry dzieli mnie od ostatniego stanowiska na Kursie :) 

Tym razem byłem już przyzwoicie wyposażony. Po pierwsze wspianałem się w twardych butach skiturowych, po drugie miałem techniczne raki z jednym zębem atakującym (tzw. monopoint), po trzecie techniczne czekany. Nie domagało tylko to, że przedni ząb pożyczonych z klubu Petzl Lynx był tępy. Pierwsze kroki w skale uświadomiły jak bez sensu męczyłem się na wcześniejszych trzech drogach w turystycznych rakach. Monpoint po prostu trzymał, dlatego "piątkowe" zaciątko nie wydawało się zbyt trudne. Poza tym na drugiego można sobie pozwolić na śmiałe ruchy.

Kiedy byliśmy na pierwszym stanowisku zaczęło wokół krążyć czarne ptaszysko, głośno pokrakując. Mhm... tym razem pamiętałem żeby zawiązać plecak z jedzeniem i pokrywę z zamkami błyskawicznymi do głównego wora. Z zamkami kruki sobie radzą, z węzłami jeszcze nie. No więc ptaszysko natychmiast kiedy sprawdziło, że jesteśmy kilkadziesiąt metrów nad Czarnym Stawem zanurkowało w stronę naszych plecaków niczym A10 pikujący w stronę czołgów wroga.

Pamiątkowa fota. Zrobiliśmy to :) 

Wreszcie ostatnie stanowisko zmotane na solidnej kosówce i wyjście na grzbiet. Będziemy schodzić. Szybko pokonaliśmy drogę, w dół drogą zejściową do pozostawionych tam nart i plecaków. Mój przeciągnięty parę metrów, pokrywa częściowo wyszarpana, a zamek odsunięty. Dobrze, że mam zwyczaj przypinać klucz od samochodu do karabinka inaczej wracalibyśmy Szwagropolem. Za to Robert stracił część zawartości apteczki. Przepak, narty na nogi do Murowańca na piwo i na dół do Kuźnic. 

Koniec Kursu!

Zaczęliśmy w Tatrach w lipcu z Basią i Darkiem. Podzieliliśmy kurs na część tatrzańską i wyjazdową. Ta druga okazała się niezwykłą przygodą w Chamonix. Po pięciu miesiącach udało nam się zakończyć kurs w dwuosobowym składzie (z Basią), Darkowi pozostało jeszcze kilka przejść do wykazu.Co się udało? Zobaczymy - po drogach ich poznacie, a lista dróg TO DO rośnie. Na tej liście też drogi kursowe, zgodnie z dobrą maksymą Kurtyki. Wybieraj cele na które jesteś w stanie dotrzeć samodzielnie. Trzeba to sprawdzić. Na pewno trzeba było sporo determinacji do tego żeby dociągnąć do końca, tej związanej z logistyką, kosztami etc. Są pewnie inne drogi zdobycia doświadczenia i umiejętności taternickich, ta - kursowa - wydaje mi się jednak najbardziej pewna.

wtorek, 31 stycznia 2017

Tym razem z Piotrkiem "PePe" obraliśmy na cel kolejny klasyk - Środkowe Żebro Skrajnego Granatu. Wieczorny trip do Murowańca i rano pod ścianę. Od ostatniego wypadu udało mi się kupić buty z twardszą podeszwą. Wybór padł na polecane Scarpa Guide, a niezawodny Andy. wyszperał dla mnie fajną ofertę. Wczorajsze podejście na Halę Gąsienicową nie było szczytem marzeń. Twarda podeszwa udowadniała prawdziwość jednej z recenzji tych butów: "pokazują swoją wartość, kiedy przemieszczamy się wertykalnie". Fakt z horyzontalnym idzie im tak sobie.

Żeberko

O 10 pod ścianą. Znane mi dobrze miejsce startu. Szpeimy się i wkurzamy na ekipy, które nasikały na tradycyjne miejsce 1 stanowiska. Że też k... nie można przejść 5 metrów dalej. Prowadzę pierwszy wyciąg. Na nogach ciągle turystyczne i tępe raki, ale nawet z takim sprzętem jest łatwo. Znam przebieg drogi, wiec drugi też prowadzę, nadal nietrudno, tym bardziej że korzystam z obejścia. Jestem lepiej ubrany niż w Załupie H, zgodnie z radą Maćka "Chmiela" wlałem w siebie mnóstwo herbaty więc się nie odwadniam. 3 wyciąg prowadzi PePe. Najpierw kominek i przewinięcie na płytę. Nie bardzo pamiętam jego przebieg więc sugeruję mu żeby poszukał drogi bardziej "w prawo". Poszedł i dalej kompletnie nic się nie działo. Lina jak stanęła tak stoi. 10, 15 minut - nic. Wreszcie coś poszło. Trwało to wieki więc przemarzłem do kości. Wreszcie idę.

PePe prowadzi 3. wyciąg

Najpierw prosto i później w zacięcie. Dwa friendy i hak na przestrzeni 2-3 metrów. Oho! Musiała tu być walka. Rzeczywiście, tym razem zostaliśmy pokarani za nieodpowiedni sprzęt. Tępe zęby raków nie trzymały się stopieńków, dodatkowo oddałem swoje dziaby (czekany techniczne) PePemu i sam drapię skałę prostymi czekanami turystycznymi. Słabo to idzie. Obciążam linę. Wreszcie po kilkuminutowej walce udaje się osiągnąć próg. To miejsce jak nic jest V, a pchanie się tutaj z tym sprzętem to głupota. Mina PePego przy stanowisku to potwierdza, wybrało go mocno i się nie dziwię. Co prawda lot skończyłby się na śnieżnym polu, ale nie było pewności, czy to pole nie wyjechałoby razem z nim.

Przejmuję prowadzenie. Przede mną teoretycznie najtrudniejsze miejsce tzw. Zacięcie Kusiona wyceniane na V. Z lata pamiętam, że jest tam jeden ruch i trzeba dalej sięgnąć. Przez chwilę tańczę na ślizgających, skracam przelot, każę PePemu bardziej wybrać i udaje się wczołgać na płytę. Stanowisko robię z taśm zarzuconych na blok skalny, nie popełniam błędu z lata i nie idę do kuszącego powyżej ogromnego tzw. strażackiego ringa. Wiszące stanowisko, które na dodatek przeszkadza prowadzącemu w starcie w drogę.

PePe przejmuje prowadzenie i dochodzimy do szczytu. Przybicie piątek i na przemian schodzimy i zjeżdżamy na dupach żlebem do Czarnego Stawu Gąsienicowego.

piątek, 20 stycznia 2017

To było właściwie wspinanie przy okazji. Byliśmy (jako Klub Wysokogórski) zainstalować tablicę poświęconą pamięci klubowicza Olka Ostrowskiego, który rok wcześniej zginął zjeżdżając na nartach po próbie zdobycia Gasherbruma II w Karakorum. Symboliczny cmentarz ludzi gór zlokalizowany jest pod Osterwą, niedaleko Popradzkiego Plesa. Wielokrotnie przechodziłem obok, ale rano nie ma czasu tam wstąpić, wieczorem nie ma siły. 

Następnego dnia mieliśmy gdzieś pójść. Z Basią planowaliśmy Igłę pod Osterwą, ale ostatecznie przygarnął nas doświadczony zespół Asia, Bartek i Maciek. Ruszyliśmy na Tępą (Tupa po słowacku). Najpierw z 45 minut przedzierania się przez kosówki, niezamarznięte jeszcze potoczki w Dolinie Złomisk. Asia idzie z Bartkem, u nas prowadzi Maciek (Chmiel). Maciek ma już za sobą kilka ładnych sezonów zimowego wspinania, nam na drugiego pozostaje utrzymać tempo na Tępej. 

Samo wspinanie dość proste. Zwłaszcza na drugiego. Dziabki dobrze trzymają w trawkach, albo zmrożonym śniegu. Mało akcji w skałach. To dobrze, zważywszy na to, że nasze raki nie są najwyższej próby: podstawowy model Climbing Technology. Tępa (nomen omen) to rozległy masyw, a zgubienie przebiegu drogi tu nie trudno, dlatego pod jednym z miejsc trwa dłuższa deliberacja. W końcu Bartek decyduje się poprowadzić skalny kominek, ale po 10 minutach walki odpuszcza. Schodzi w dół i szukamy śnieżnego obejścia.

Na szczycie. Basia, Asia, Maciek, ja i Bartek.

W końcu żlebem, w śniegu od kolan po pas pchamy się w górę. Prowadzę nawet jeden wyciąg, ale o trudnościach może powiedzieć to, że nie założyłem żadnego przelotu na całej długości liny. Nie trzeba było. Większość idziemy z lotną asekuracją. Maciek ciągnie jak koń. Mam wrażenie, że jak zwolnię to zostanę wciągnięty na przełęćz.

Kiedy droga się kończy odpuszczamy zdobywanie szczytu Tępej. Jest zbyt późno. Schodzimy w stronę przełęczy pod Osterwą, a stamtąd już po zmroku, szlakiem do schroniska.

czwartek, 19 stycznia 2017

W ubiegłym roku nie puściła, za dużo lodu, za późno, za mało doświadczenia. Zimowego doświadczenia wspinaczkowego niewiele więcej, ale od czegoś trzeba zacząć. Z Lukciem i PePe poszliśmy pod Zadni Kościelec na Załupę H. W zimie, jak to słusznie zauważył PePe, trzeba robić drogi, które się dobrze zna z lata. Trudno o bardziej oczywisty przebieg niż Załupa dlatego ten cel. Ruszaliśmy rano z Krakowa więc marginesu czasu nie było wiele. Śniegu również umiarkowanie, chłód podobnie umiarkowany więc czas atakować. Sprzętowo wyposażeni byliśmy tak sobie: 

  • raki - turystyczne, tępe.
  • dziabki - jedna para Quarków petzla na cały trzyosobowy zespół
  • lonża do dziab - z repów
  • pozostałe czekany - turystyczne. 

Na stanowisku. Zdjęcie Lukcio (ten po prawej). PePe asekuruje. Później akcja się zagęściła i nie robiliśmy już zdjęć.

Pierwszy wyciąg poszedł gładko. Trochę skał, trochę śniegu. Dobre stanie, prosta asekuracja, wyżej jednak cienka polewka lodowa. Słabo to widzę. Ściągam Lukcia i PePe. Ja bym to odpuścił, bo parę prób zahaczeń dziabkami kończy ześlizgiem.

PePe mówi jednak, że spróbuje. Podrapał, podrapał, wsadził pętle w dziurę i przeszedł. No, nastąpiło przełamanie. Zimno jednak jest wbrew pierwszej ocenie dlatego, gdy PePe zaczyna wybierać linę czuję dużą ulgę. Można iść i trochę się rozgrzać. Wspina się tak sobie. Śniegu cienka linia, turystyczny czekan się ślizga. Jednak przechodzimy.

Zmieniam PePego na prowadzeniu. Krok po kroku, aż zapycham się w jakąś płytę. Stanie niepewne, a pół metra z lewej kusi piękny ring, do którego nie mogę dosięgnąć. Operacje w za dużych rękawicach narciarskich raz por raz kończą się porażką (kolejna porażka sprzętowa). Małe karabinki ocuna, z haczykiem to naprawdę jest słaby sprzęt do zimowej wspinaczki.

Ciągnę w górę wypatrując ringów na płycie. Nie widzę, ale czuję, że lina zaraz się skończy. Biję więc haka, najpierw jednego. Siada z pięknym wysokim metalicznym dźwiękiem. Wpinam się, a jako że od wpinki dzieli mnie z 8 metrów czuję ulgę. Drugi hak i stanowisko. Dwa haki to już bardzo przyjemne poczucie ulgi. Dochodzą chłopaki. Trochę zamieszania z auto Lukcia, który przez chwilę miał auto co najmniej kilkunastometrowe. Błąd. 

PePe prowadzi ostatni wyciąg my z Lukciem szczękamy zębami solidarnie. Wreszcie stan i możemy iść. To nie koniec jednak przygód. Pada deszcz. Niestety nie zamarza i zamiast tworzyć na nas izolująca lodową pokrywkę woda przecieka przez kolejne warstwy ubrania. Robi się ciemno, wietrznie i dość niepewnie. Z grubsza wiem jak iść w stronę Kościelcowej Przełeczy, ale pewności nie mam. Tym razem Lukcio wykazuje się czujnością i znajduje ścieżkę i ślady. Nie błądzimy dzięki temu w tych parszywych warunkach.

Trzeba zejść stromym zboczem, po głebokim śniegu. Jest już zupełnie ciemno , ale to już dorbiazg. Wiemy gdzie jesteśmy i jak iść. Dotarcie do bezpiecznej ścieżki jest kwestią czasu. Zima w górach to inna jakość, ale podczas wspinania dyktuje nowe warunki gry. Niebezpiecznie zaczyna mi się to podobać. Trzeba się doszpeić (studnia bez dna).

Wykorzystać dobrą pogodę, powspinać się na coś nie za trudnego, no i najlepiej w zasięgu jednodniowego wypadu w Tatrach. Zadni Mnich to zdaje się był pomysł Andy`ego. Fajny. Mniej oblegany niż bardziej widoczny niższy brat czyli Mnich. Poza tym na Mnichu byliśmy, a tu nie. 

Zadni wyłania się zza Mnicha. Widok z Ceprostrady zmierzamy do Dolinki za Mnichem.

Z bliska wygląda imponująco. Nasza droga biegnie granią po prawej.

Mamy piękny dzień.

Szpejenie się pod ścianą. 

No to ruszamy

Andy. Radość asekuracji.

No to idziemy w górę. Przebieg wydaje się oczywisty, co nie przeszkodziło mi zapchać się w jakieś dziwne miejsce. Musze bardziej uwagę zwrócić uwagę na określenia "ściśle granią".

I na szczycie. Pewne stanowiska zjazdowe z łańcucha. To zawsze pomaga psychicznie, tym bardziej, że w dół ostra lufa. Zjeżdżamy do przełęczy.

poniedziałek, 02 stycznia 2017

Popychamy, popychamy nasz kurs. Tym razem z Robertem (Roko) i moją kursową partnerką Basią działaliśmy na Kościelcu. Najpierw Zadni Kościelec i droga Patrzykonta. Ciekawa droga z nieoczywistym przebiegiem. Miałem okazję poprowadzić większość tej drogi. Zdaje się, że kluczowe piątkowe miejsce sprytnie ominąłem przewijając się przez filarek. Generalnie fajne wspinanie, ale oczywiście wcześniej Kruki wybebeszyły mój plecak kiedy na chwile poszedłem złapać (asekurować) Roko, który przeszedł jakąś kosmiczną VII drogę. No więc bez kanapek (człowiek się nie uczy) wbiłem się w drogę. 

Poniżej Topo z serwisu Damiana Granowskiego.

zalupahpatrzykonttopo

Na przełęczy Kościelcowej Robert decyduje "Idziemy na Stanisławskiego, ja prowadzę". Już wiem, że to jest droga, o której się myśli. Szedłem nią jako drugi, ale co najmniej dwa wyciągi chciałbym poprowadzić.

14537068_1576065412419683_1867438170_o

Słońce pomału zachodzi. Robert prowadzi, gdyby nie to pewnie bym się już niepokoił późną porą. Jeszcze ciepło, ale to już początek jesieni.

Pierwszy to odstrzelone zacięcie. Nie wyglądało, ale było dość trudne, drugi wyciąg to komin. Moja znienawidzona formacja. Nie umiem, nie czuję się pewnie, za to Basia świetnie sobie radzi, a wręcz świetnie się bawi. Jakoś to przeszedłem ale nie bardzo sobie wyobrażam prowadzenie. No cóż to wskazówka, że muszę potrenować kominy i w końcu je polubić. W końcu docieramy na szczyt, włączamy czołówki i schodzimy z Kościelca.

To był fajny dzień w Tatrach. Gdyby mi ktoś powiedział w marcu tego roku, że o tych dwóch drogach pomyślę: "fajne", a nie ekstremalne czy epickie to bym nie uwierzył.

Fajny film zmontowany przez Lukcia z wyjścia na Gerlach. Niestety nie wszystko zagrało i o 18 zdecydowaliśmy się wycofać (zjechać) do Doliny Batyżowieckiej.

Co nie zagrało? Droga prosta technicznie, ale przerósł nas czas.

  • Należało jednak spać w górach skoro miejsca w Śląskim Domu nie było.
  • Poruszaliśmy się de facto w jednym zespole 4 osobowym zamiast w dwóch zespołach dwuosobowych.

Wycieczka fajna. Czego nie ma na filmie to dość dramatyczna sytuacja w jednym ze żlebów. Przed nami szła para ojciec-syn. Szli na lotnej, w pewnym momencie ojciec (szedł jako drugi) zeszedł za nisko. Coś tknęło syna i zaczął asekurować na sztywno z taśmy zarzuconej na blok. To prawdopodobnie uratowało ojca od conajmniej sporych urazów. Półka na którą wchodził zerwała się i poleciała w przepaść. Syn czujnie wyłapał lot.

niedziela, 13 listopada 2016

Andy zaproponował Baranie Rogi, ja Drogę Szadka i poszło. To był taki wyjazd, że wszystko (prawie) było jak należy.

Ruszyliśmy poprzedniego dnia, tuż przed zmrokiem byliśmy przy Chacie Teryeho. Nie było miejsca w schronisku więc zabiwakowaliśmy na skałach nieopodal. Taki zresztą był plan, więc byliśmy przygotowani. Noc w "Million stars hotel". Budziłem się w nocy i starałem nie zasnąć gapiąc się na gwiazdy. Księżyc zaszedł po 22, ale gwiazdy dawały tyle światła, że grań wokół wyraźnie odcinała się od nieba.

IMG_20160911_061435

Świt w Dolinie Pięciu Stawów Spiskich. To ciemniejsze to Żółta Ściana, za nią Pośrednia Grań.

 

IMG_20160911_060430

Andy zarządził... "jeszcze dziesięć minut"

20160911_061508

Trzeba jednak się zbierać.

Spało się dobrze, budzik zadzwonił około 6. Czas wstawać. Śniadanie i pod ścianę.- Chyba nie pamiętasz gdzie położyłeś - odparł Andy, kiedy zaalarmowałem go, że moja torba z kanapkami i batonikami zniknęła. Mina mu zrzedła kiedy podszedł do swojej dziupli z kanapkami... byłymi kanapkami. Wnęka w skale była na swoim miejscu, ale śladu po reklamówce z kanapkami nie było.

Biwak mieliśmy niby wysoko (2015 m.n.p.m) i niedźwiedź tak wysoko nie chodzi, ale strzeżonego świstak strzeże więc worki z jedzeniem odłożyliśmy w skały nieopodal. Lepiej żeby miś zajął się kanapkami niż miał nas przeszukiwać w nadziei, że mamy coś smacznego.

Nerwowo rozglądaliśmy się po okolicy. Miś? Raczej nie. Miś rozrabia, hałasuje i rozrywa, a tu nic. Zerknęliśmy podejrzliwie na sąsiadów biwakujących nieopodal. Kto żre mój chleb żytni z polędwicą, suszonymi pomidorami i rukolą? No kto! Nikt nie wydawał złoczyńcą. Nic, trzeba było poczekać do 7 kiedy otworzą schronisko. Za jakieś obłędne naście euro zjedliśmy podłą parówkę podawaną za to z ciepłą i słodką herbatą.

20160911_140847

Podejście pod start drogi oczywiste.

Ruszyliśmy pod ścianę. Po drodze spotkaliśmy wygrzebujący się spośród kamieni słowacki zespół. Ich celem była sąsiednia droga - Indiańskie Lato. Chcieliśmy się uwinąć wcześnie tak żeby uniknąć ryzyka burzy i o bezpiecznej porze być znów w pobliżu schroniska. Sadkova Cesta to cztero- lub pięciowyciągowa droga o trudnościach IV. W opisach obiecywali, że ostatni wyciąg to płytowe wspinanie. Pierwszy dwójkowy wyciąg II żywcujemy i dalej wbijamy się w górę kominkiem. Idzie nam dobrze. Jest spora radocha ze wspinania.

DSCF4176

Andy na płytowym wyciągu

Dopiero na 3. wyciągu zaczyna się górska przygoda, niech ją szlag... Z opisu drogi zapamiętałem, że wyciąg biegnie w stronę dwóch wybitnych turniczek. W prawo odchodzi duża półka, którą mogę obejść trudności, ale zachciało mi się wspinać. Najpierw po prawej... gdybym mógł założyć jakąś asekurację to bym pociągnął, ale kiedy dwie stopy mam ustawione na płycie "na tarcie", a trzymam się grzebienia jedną ręką, a drugą wbijam w dziurkę na dwa palce to zdaję sobie sprawę, że to nie są "czwórkowe" trudności i się "zapchałem". No nic. Krzyczę od Andy`ego żeby był czujny i robię wycof. Wchodzę w lewo. Pierwsze ruchy proste, ale droga się lekko wywiesza, wyżej na nogach... Asekuracja podła, a lot zakończy się na półce. Spróbujmy w dół... o k... nie widać stopni, które schowały się pod przewieszką. Zejście jest niebezpieczne. Jedyna droga w górę. Sapię. Dwa ruchy czujne, ale się udaje. Teraz trawers. Lina przesztywniona i każdy ruch to walka z grawitacją, tarciem i liną ciągnącą w dół.

Wreszcie połóg. Trzeba tu założyć stanowisko. Wokół pełno rumoszu, poruszam się jak na polu minowym, każdy głupi krok może zrzucić na głowę Andy`ego spore odłamki. Błąd za błędem. Gdzie tu coś wsadzić. Rysa za płytą nie wygląda za dobrze, jeden friend siada dobrze, ale nie ma gdzie włożyć kolejnego frienda. Najchętniej włożyłbym kilka punktów i backupów. Nic pewnego jednak nie ma... Z taśmy motam kierunkowego motyla, asekuruję się i krzycze - chodź. Nie czuję się dobrze z tym co wykonałem. Stanowisko niby poprawne, ale wolałbym coś jeszcze dołożyć, po drugie wpuściłem Andy`ego na trudności na jakie się nie umawialiśmy więc ryzyko, że obciąży stanowisko jest większe. Andy jednak pokonuje piątkowy fragment i możemy przenieść stanowisko we właściwe miejsce.

Okazało się, że należało przed trudnościami iść tą trawiastą półą w prawo. Ech... Odnajdywanie prawidłowego przebiegu drogi, to jeszcze potrwa zanim się nauczę to robić poprawnie. 

DSCF4179

Ostatni wyciąg, najładniejszy.

W nagrodę ostatni wyciąg i cudowne płytowe wspinanie. Spora ekspozycja, ale są ryski i chwyty. Czysta przyjemność. Dochodzimy do grani. Ja już zrobiłem co miałem zrobić i szczerze czuję się wyrąbany. Andy chce iść na szczyt, trochę marudzę, ale ostatecznie motywuje mnie i dochodzimy do puszki.

20160911_140917

Na Baranich Rogach

W dół po plateau, później czujnym żlebem i na piwo oraz knedliki do Chaty Zamkowskiego. 

wtorek, 01 listopada 2016

Jakieś zmęczenie materiału nastąpiło w tych Alpach. Fizycznie super, ale psychicznie zero wojownika dlatego ucieszyłem się, kiedy Roko zaproponował żeby Basia poprowadziła wszystkie wyciągi. Podjechaliśmy kolejką na Hrebenok, później sprint pod próg pod Chatą Teryeho. W ramach zajęć z topografii sami mieliśmy znaleźć drogę.

Celem była "piątkowa" droga Korosadowicza. "Piątkowy" był tylko niewielki fragment, ale tego dnia wszystko wydawało mi się trudne. Basia miała jednak dobry dzień i poszło gładko. 

Zdjęcie ze strony taternik.net. Nasza droga to 11. 

sobota, 08 października 2016

Ostatni dzień w Alpach. Po dniu restu spędzonym w Chamonix wspinaliśmy się w masywie po drugiej stronie doliny. Wjechaliśmy kolejką na Plan Praz i ruszyliśmy w stronę Aiguille du Charnalon. Naszym celem była dobrze asekurowalna droga Clocher de Planpraz (max 6a). 6-7 wyciągów. 

 DSCF4103

Basia przed pierwszym zjazdem 

DSCF4125

Ostatnie wyciągi we francuskiej przygodzie. Najtrudniejsze 6a prowadzi Robert.

DSCF4134

Chmura soczewkowa nad Mont Blanc zwiastuje zmianę pogody. Tego dnia wracamy do Polski

sobota, 24 września 2016

P608170638501

Rano zadziorne dziewczyny z obsługi schroniska żegnają nas miło adresując śniadanie. Miło. Chleb, dżem, kawa. Mnie w to graj, lubię śniadania na słodko, nie potrzebuję jaj, kiełbasy.

Znów piękna pogoda i znów wyzwania. Fajnie, że Robert wciąga nas w przygodę na granicy możliwości technicznych. Tym razem mieliśmy podejść pół godziny od schroniska w stronę pękającego lodowca. Cel to kilka wyciągów na Iglicy Nantillon. Zaczyna się od 5b, a kończy piękną podobno rysą 6a. Przyjąłem to spokojnie, bo 6a poza moim zasięgiem, tym bardziej, że to miało być wymagające 6a. Zakładamy raki, czekany w dłoń i zasuwamy. 

G10134361

Jeszcze kilka lat temu tędy biegł szlak do schroniska. Dzisiaj lodowiec raz po raz z kukiem otrząsa się ze spękanych lodowych bloków. Planeta się zmienia.

 G08834191

Przed nami sympatyczni Niemcy, psychologowie idą na zmianę. Leniuchujemy przez chwilę na gigantycznym głazie narzutowym czekając aż uporają się z robotą.

DSCF40391

Czas iść. Pierwszy wyciąg jest cudowny. Odpęknięta rysa i stopy na tarcie. Wydaje się, że będzie hardcorowo, okazuje się, że tylko dwa ruchy są wymagające. Satysfakcja spora - udało się je wykonać. 

Zastanawia mnie tylko jeden widoczek - wyłamany całkiem nowy spit z ocalałą informacją nt. wytrzymałości 2200 kg... Daje do myślenia. Dochodzę do Niemca, trochę rozmawiamy, kto skąd etc. Zapraszam go na zimowe wspinanie w Tatrach. Wie, zna, bo ma przyjaciela z Polski lub w Polsce. Nie dopytuję, zajmuję się szpejeniem, bo jak zwykle Robert ciśnie: czas, czas...

Basia się rozwspinała i drze w górę aż miło. Kolejny wyciąg, stanowisko... i nad nami rysuje się to 6a. Lufa, pion, płaska skała. Idę. Darek i Baśka postanowili odpuścić tę przygodę ja spodziewam się latania, ale cóż przy górnej asekuracji damy radę. Sapię, dyszę, z dołu słyszę pokrzykiwania partnerów żebym "dajesz, dajesz...". To pomaga, udaje mi się przejść całą rysę bez obciążania, dopiero przed stanowiskiem mam kilka ruchów gdzie stopy stają na niczym a dłonie leżą na kamyczkach. Nie... "Wahnę sobie" mówę do Roberta i obciążam stanowisko. Metr w lewo i jestem w łatwej rysie. "Spodziewałem się, że będe Cię wciągał" mówi Robert, a kolega z Niemiec gratuluje. Przed chwilą dopingował swoją partnerkę na tym wyciągu.Kurde, to jest prawdziwe, prawdziwe wspinania. Jasny i czerwony granit, rysa, lufa od nieba do piekła. Chcę robić drogi o tej trudności. Najpierw w skałach, później w górach.

DSCF40441

Najładniejszy w mojej ocenie wyciąg z całego alpejskiego wyjazdu. Czas się zbierać i wracać do Chamonix.

DSCF40571

 

Schodzimy. Pod schroniskiem, ktoś przysposobił sobie pole namiotowe. Ładnie. Z tyłu "Ząb Giganta" 

DSCF40691

Skały wygładzone przez morenę boczną lodowca. 

Zjeżdżamy w dół, przepak i zejście na dół do kolejki. Jutro dzień restu. Wieczorem wino i... dużo, dużo piwa. W namiocie do godz. 12. Odreagowałem te 4 dni w pionie. 

niedziela, 18 września 2016

Lodowiec nabroił. Droga, która wybraliśmy nie nadawała się wg. Pań rządzących schroniskiem do wspinaczki. Poleciły inną, do której oryginalnie mieliśmy się dostać wykonując kilka długich zjazdów. Pogoda znów cudna. W ciągu zjazdów gubię przyrząd asekuracyjny k... to już kolejny raz. Pal licho przyrząd, zdarza się ale to dopiero początek dnia i drugi z 7 zjazdów. No nic, wykorzystujemy to jako okazję do przećwiczenia zjazdu we dwóch. Podpinam się lonżą do łącznika Roberta i jedziemy. Niestety zjazd nieco trawersuje, a po prawej mam potok. Raz po raz udaje mi się ściągnąć Roberta w strugi wody. My to raz, liny dwa. Na szczęście słońce operuje mocno.

DSCF3992

Zjeżdża Basia,  Robert pilotuje ją do stanowiska. Ten potok po prawej jest nieco niepokojący, bo jak się za chwile okaże w tym miejscu ma iść nasza droga.

DSCF3994

W lewo też nie bardzo się dało.

DSCF0194

 

Już na lodowcu. Asekuruję Roberta na pierwszym wyciągu. Wprawne oko zobaczy brak przelotu, więc właściwie trzymam linę. Nie wyglądało to wspinaczkowo. Krucho, mokro i nie ma gdzie założyć punktu.

Dojechaliśmy na dno doliny. Poziom lodowca Mer de Glace. Po krótkim rozpoznaniu Robert postanowił ruszyć wyżej. Później my. Baśka, ja i Darek. Nie wyglądało to fajnie. Kamienie się ruszają, woda cieknie. Przy stanowisku Robert postanowił jeszcze sprawdzić czy się da iść, ale jedyny sensowny przebieg to środkiem potoku. Wycofujemy się. Nie będzie wspinania. Wrócimy poprzez lodowiec na ferratę i z powrotem do schroniska.

DSCF4003

Robert z Darkiem analizują przebieg drogi. Ostatecznie uznajemy, że rzeczywiście potok zmienił bieg w stosunku do przewodnika i nie mieliśmy szans jej zrobić nie decydując się na wspinanie w strugach wody.

 

G0383354

Mer de glace

Mnie nie martwi brak wspinania. Mam okazję przejść się po lodowcu. Tysiące lat, potęga i ... często widziane odłamki zielonych butelek. Dziesiątki, wyraźnie widocznych kolorowych oczek odcina się od szarości, bieli i błękitu lodu. Darek wysnuwa teorię, że kiedyś po prostu wyrzucano butelki po opróżnieniu, a że lodowiec wyrzuca na powierzchnię to co nie należy do niego stąd nagromadzenie na powierzchni.

DSCF4025

Wracamy do schroniska. Po drodze jeszcze udaje mi się poprowadzić jedną drogę oraz kompletnie spieprzyć jej trzeci wyciąg. Rozwaliłem sobie palec, zakrwawiłem linę i miałem dość wspinania. Na pomoc przychodzi Robert. Okazało się, że do barierki schroniska z miejsca gdzie odpuściłem było 20 metrów i trzy trudniejsze ruchy. Głowa idzie. W każdym sporcie

sobota, 10 września 2016

Drugiego dnia pobudka rozsądnie. O 7.30 wychodzimy. Komfortowa sytuacja nasz cel igła Tour Verte (2760) ma podstawę ulokowaną niespełna 15 minut od schroniska. 6 wyciągów o trudności do 5c.

G07534051

Walczę z pierwszym wyciągiem 5c, a Robert lekko zaniepokojony tym co robię, nie na tyle, żeby mi nie zrobić tego zdjęcia, ale na tyle żebym mu się przyśnił.

W pierwszy poważniejszy dla nas wyciąg (5c) z naszego zespołu wstawia się Baśka. Dzielnie walczy szukając dobrej asekuracji przed kluczową rysą. To nie jest zbyt łatwe miejsce. Wczoraj wieczorem przeszedłem ją na drugiego, to znaczy przy górnej asekuracji. To duży komfort, ewentualny lot oznacza w zależności od skrupulatności asekuranta oraz odległości od stanowiska (sprężystość liny) krótkie obsunięcie zakończone łagodnym hamowaniem. Można sobie pozwolić na ryzykowne ruchy.

Zawodowo szkolę z zarządzania ryzykiem, różnica pomiędzy tym na co się decyduje wspinacz mając asekurację z góry, a sytuacją kiedy najbliższy przelot jest daleko pod nim jest absolutnie laboratoryjnym przykładem zarządzania dwoma paramterami ryzyka: prawdopodobieństwem, że coś się wydarzy i skutkami jeśli się wydarzy. Mądrze nazywa się to materializacją. No więc kiedy mam wpinkę nad sobą i to pewną np. gdy jestem asekurowany z góry to pozwalam sobie na ryzykowne ruchy, stanie na ziarnkach skały i chwytanie się oblaków i dziurek. Mogę sobie na to pozwolić, bo chociaż pode mną lufa, prawdopodobieństwo, że pofrunę w dół jest niewielkie. Inaczej kiedy ewentualne odpadnięcie oznacza spotkanie ze skalną półką, albo przelot niepewny. W tym samym miejscu potrzebuję pewnych klam, dobrych stopni, a na dziurki i oblaki nawet nie spojrzę. Skutki bolesnego lotu te same, ale prawdopodobieństwo zgoła inne więc te zmienne wyznaczają jak bardzo pewne chwyty i stopnie muszę mieć. Tak było i tym razem. Ryska nie puściła Baśki, Roko puścił mnie.
Co ja tam wyrabiałem. Góra, dół, friend, spit, lewo do rysy w prawo do kantu... Dość powiedzieć, że Robertowi się śnił tej nocy mój lot. Sam się jeszcze bardzo nie zdążyłem przestraszyć i udało mi się wytargać w górę. Może nie do końca zgodnie z najtrudniejszym przebiegiem drogi (6a), ale szczęśliwie.

DSCF3946

 

Tu spotykają się lodowce. Po lewej Glacier des Leschaux, po prawej Glacier du Geant, które razem dalej zgodnie płyną w dół jako Mer de Glaces 

DSCF3955

Na trzecim wyciągu. "Trzymam" Roberta.

Następne wyciągi.
W kominie, który chciałem poprowadzić walczą Bułgarzy. Widząc ich tańczących na pierwszym wyciągu pomyślałem, że może nie idzie im najlepiej. Po moich wyczynach musiałem odszczekać. Po drodze wyprzedza nas zespół niemiecki. Niemka, która prowadzi jest w trakcie kursu na przewodnika IVBV, pewnie i szybko płynie nad trudnościami.
Roko ma dość wrażeń na dzisiaj dlatego prowadzi przedostatni i ostatni wyciąg, na chwile opuszczając drogę i prąc ścianą. Tu trudności są na poziomie 6a+, jeden ruch jest dla mnie za trudny i proszę o pomoc, czyli sztywne wybranie liny, przytrzymuję się przelotu i dochodzę do stanowiska.
Przestrzeń, wysokość i majestatyczny lodowiec robią swoje mocno sponiewierani docieramy do schroniska, grzecznie około 21 lądując w pościeli. Biednemu Roko do łóżka zwalają się dwaj Czesi, jeden pachnie czosnkiem, a drugi głośno chrapie za nic mając potrząsanie. Przydają się stopery.
Prowadzące schronisko mocno odradzają nam cel następnego dnia, lodowiec nabroił. Proponują drogę, która startuje z lodowca, czyli zaczniemy nietypowo - od zjazdów.

czwartek, 01 września 2016

1500 km, 15 h drogi. O godz. 3 nad ranem lądujemy gdzieś w Chamonix. Baśka wiesza hamak miedzy drzewami, Robert nocuje w samochodzie, my z Darkiem wybieramy zaciszne pobliże kontenera w miejskim parku. Jeszcze przed zaśnięciem komentujemy odległy łomot, że warto byłoby się nie budzić w deszczu pod gołym niebem. To nie były grzmoty tylko żyjący lodowiec nad Chamonix. Mount Blanc wygląda... dostępnie w porównaniu z okolicznymi igłami. I rzeczywiście tak jest, problemem jest tylko aklimatyzacja i jeden kluczowy żleb (kuluar), ale nie po to tu przyjechaliśmy.

P60814082523

Pierwszy nocleg zaliczamy w parku w Chamonix. Przyjemne 6 godzin snu. Noc ciepła, śpiwory również, powietrze rześkie... Jak dawno nie spałem pod gołym niebem.

DSCF3864

Lodowcowa rzeka Arve i Mont Blanc w tle.

Najwyższa góra jest świetnie widoczna z każdego miejsca w Chamonix. Po jednej stronie lodowiec i granitowej igły (Aguilles), pod drugiej stronie doliny mekka dla paralotniarzy na Le Brevent. Dzieje się tutaj wokół. Niektórzy przesadzają przechadzając się w uprzężach po centrum miasta, ale... każdy ma swoje osobiste Krupówki. 

Kolejką Montenvers wjeżdżamy na lodowiec Mer de Glace. Moreną, a później lodem zmierzamy do viaferatowych drabinek, którymi dostajemy się na szlak w stronę schroniska.

DSCF3869

Spieszmy się kochać lodowce, tak szybko odchodzą.

Poziom lodowca z czasu, gdy miałem 23 lata jest 100 metrów niżej! Globalne ocieplenie, erozja etc... ale to zdjęcie uświadamia mi jak gwałtowne zmiany zachodzą na mojej planecie, nie tylko te obyczajowe i społeczne. Świat się zmienia za kilka dni powiem na stanowisku do pewnej Niemki. Razem obserwowaliśmy jak z lodowca urywają się bloki lodu wielkości TIRa... "Gwałtownie się zmienia" - powiedziało któreś z nas w odpowiedzi na ogarniający całą dolinę łoskot.

DSCF38651

Wyłania się potęga. Lodowcowa rynna, a nad nią Petit Dru. Wybitny szczyt. Ta biała plama to obryw, jeszcze kilkanaście lat temu wiodły tam drogi wspinaczkowe (Robert tam się wspinał)

DSCF3880

Darek i Robert na Mer de Glaces (Morze Lodów), jeszcze kilka lat, a będzie z tego Morze Kamieni

DSCF3872

Szybko przypominam sobie jakie moreny są na lodowcu. Teraz mamy do czynienia z moreną grzbietową i nie chodzi o to, co Baśka dźwiga na grzbiecie 

DSCF3898

Początek podejścia z lodowca. Gładko i stromo.

DSCF39051

Viaferatowe podejście do szlaku biegnącego w stronę schroniska. Wspinaczkowe trudności dopiero przed nami. 

DSCF39201

Idziemy dalej. Krajobrazy gładzone, autorstwo lodowiec Tacul.

DSCF39321

Wieczorne wspinanie na drodze o przyjaznej nazwie La Piege (Pułapka)

Przychodzimy do schroniska. Jest 17.30. Robert, który wykorzystuje każdą okazję do wspinania mówi żebym go "złapał" czyli poasekurował. Idziemy na Tour Verte, 5 minut od schroniska. Wyciągi 5c i 6a. Muszę się nauczyć tej skali. Czuję skalę Kurtyki obowiązującą w Dolinkach, wiem czym jest skala Tatrzańska (UIAA) tutejszą dopiero muszę poczuć, sprawdzić gdzie jest granica.

Robert sprawnie pokonuje pierwszy wyciąg, wspina się z wyraźną radością. Nawet jego rzucane "kurde, trudno" czuć podszyte jest frajdą. Pierwszy wyciąg, drugi. Po tym odmawiam. Jestem zbyt zmęczony, Robert postanawia spróbować, ale kończy mu się lina, poza tym jest 20, robi się szarówka i domyślamy się, że dzisiaj możemy zasnąć bez kolacji, która była zaplanowana na 20.

W tej chwili do zespołu który kilkanaście minut wcześniej wspinał się nad lodowcem podlatuje śmigłowiec. Jak się dowiadujemy później ktoś z nich uszkodził nogę. W Chamonix loty ratownicze obsługuje żandarmeria i są darmowe... zapewne to jedna z przyczyn, dla których chwilami ruch lotniczy przypomina ten samochodowy na Alejach Trzech Wieszczów w Krakowie.
DSCF3937

Zawieszone nad lodowcem schronisko Envers 2493. (Refuge de L`Envers Des Aguilles). Ceny pobytu po okazaniu legitymacji Alpenverein znośne, jedzenia nieznośne) 

Po przyjściu do schroniska dostajemy solidną zjebkę od dwóch prowadzących kuchnię dziewczyn za spóźnienie na kolacje, na szczęście dostajemy również kolację. Schronisko surowe. Bez pryszniców, ale jest pościel na wieloosobowych pryczach i nie za dużo ludzi dlatego jest perspektywa niezłego snu. Tego potrzebuję po nocy spędzonej w samochodzie, w parku i wędrówce. Dziewczyny jak się okazuje nie tylko gotują, ale prowadzą książkę wyjść alpinistycznych, doradzają nt. przebiegu drogi i odradzają niebezpieczne drogi.


DSCF39411
Zmierzch w stylu alpejskim. Jutro zaczyna się przygoda.

niedziela, 21 sierpnia 2016

O tym, że trzeba rozwijać swoje umiejętności i wiedzę poruszania się w górach poza utartymi szlakami wiedziałem od dawna, w maju postanowiłem, że trzeba wygospodarować dwa tygodnie i zrealizować kurs wg. zaleceń PZA. Wcześniej jednak w grudniu ub. roku pojechałem do Roztoki, gdzie imprezę organizowała szkoła wspinaczkowa Kilimanjaro. Chciałem zapytać Szymona (Wojtka Szymanderę) czy to warto robić taki kurs oraz, z którym instruktorem. Polecił między innymi Roberta "Roko" Rokowskiego, teraz pozostało znaleźć termy i jeszcze dwóch chętnych. W maju, w klubie (KW Kraków) zgadaliśmy się z Darkiem i Baśką, że też chcą i że również na krótkiej liście instruktorów mają "Roko". Wszystko zaczęło się kleić... poza pogodą.

Ostatecznie ruszyliśmy. Pierwszy dzień to techniki autoratownictwa ćwiczone w ... Dolinie Bolechowickiej. Dużo przydatnej wiedzy.

W Tatry pojechaliśmy następnego dnia. Rozpoczęliśmy od Środkowego Żebra Skrajnego Granatu. Tempo, tempo... Robert stawia na sprawność i szybkość oraz praktyczne zastosowanie wiedzy i reguł. Praktyka przed teorią. Nie udało Ci się idealnie osadzić frienda? Włóż drugi. Jest łatwo? Szanuj sprzęt... Na dodatek od początku "Roko" zaznaczył "ja się lubię wspinać" i to widać. Każda okazja jest dobra żeby pójść w górę i nie omijać trudności. Środkowe Żebro poszło dość sprawnie. Wieczorem kolejne ćwiczenia z autoratownictwa i budowania stanowisk

P60729104022 

Środkowe Żebro Skrajnego Granatu. Robert próbuje ominąć inny zespół w "piątkowym" Zacięciu Kusiona... w butach podejściowych. No ale jeśli ktoś na rozgrzewkę robi drogi 6.1 lub 6.2 to proste 5 jest dla niego bardzo proste.

 DSCF3808_edited

Poranne dojścia pod ścianę dają możliwość podziwiania. Tu w Zmarzłym Stawie przegląda się przełęcz Zawrat.

Cele drugiego dnia leżą na południowej ścianie Zamarłej Turni. To legendarne miejsce w Tatrach i polskim taternictwie. Na początku ubiegłego wieku uchodziła za najtrudniejszą w Tatrach, a później jej przejście było ważnym osiągnięciem w portfolio liczącego się taternika. Wiele razy czy to z Pustej Dolinki, czy z Orlej Perci spoglądałem na te niedostępne ściany i zastanawiałem się jak emocjonujące może być wspinanie się po tej szarej płycie. Dzisiaj miałem to sprawdzić. Zaczęliśmy od drogi Festiwal Granitu (V).

Początkowo nietrudno. Robert poszedł przodem i powiesił przeloty na kluczowym "powietrznym" trawersie. To niezbyt trudne technicznie miejsce, ale brak wyraźnych stopni i konieczność zawiśnięcia na na chwytach, stawiając stopy "na tarcie" to spore wyzwanie dla psychiki. Zwłaszcza kiedy wisi się w lufie ze 100 metrów nad ziemią. Cieszę się, że miałem okazję być w Sokolikach wcześniej mam zaufanie do tarcia. Granit to granit, nie śliski jurajski wapień. Udaje się poprowadzić ten wyciąg i uzyskać trochę pewności siebie.

DSCF38392

Zjazd z Zamarłej. Buty trzymają dobrze, ale są "dobrze" dopasowane i na zjeździe trzeba je poluzować. Zawsze obawiam się, że mi się zsuną ze stopy.

Zjeżdżamy w dół. W tym czasie... kruki podkradły się do naszych plecaków, otworzyły zamki błyskawiczne i okradły plecaki. Mnie zeżarły batonik i przeglądnęły portfel. Instruktorowi z sąsiedniego zespołu ukradły 40 zł. Są takie sprytne, że nawet trudno się złościć.

Tym bardziej, że przed nami drugi cel tego dnia droga "Lewi Wrześniacy" (IV+). Tu już widać, że się oswajamy z ekspozycją. Droga idzie sprawnie. 

DSCF3824n
Darek pod Lewymi Wrześniakami.

Ostatniego dnia tej części kursu idziemy na Północny Filar Świnicy. Tego dnia wspinaczki nie było za dużo. Trudności techniczne umiarkowane, ale fizycznie wyczerpujące zwłaszcza, że prowadziłem wszystkie wyciągi w swoim zespole. Ciągnięcie przesztywnionej liny przez połogie trawy i płyty... Lepiej było iść na lotnej.
DSCF3852_edited

Tak zapamiętałem przebieg drogi.

W trakcie tego dnia po raz kolejny przekonałem się również czym mogą być góry i na czym polega różnica pomiędzy sportami boiska (wspinaczka skałkowa, gry zespołowe) a sportami przestrzeni (taternictwo, żeglarstwo, lotnie). Robert, który jest również pracownikiem naukowym krakowskiego AWF wyjaśnił to prosto. Ze sportów boiska możesz się wycofać kiedy chcesz, w sportach przestrzeni musisz dokończyć grę... niezależnie od tego czy masz ochotę, czy pada, wieje, boli.

No więc tuż przed szczytem zmaterializował się "przestrzenny" charakter wspinania w Tatrach. W ostatnim kominku przed szczytem spotkaliśmy jakiś zespół, który obszedł dolną część drogi trawiastym zachodem. Trzeba było na nich poczekać, a poruszali się jakby tu określić... bez gracji, czyli ładowali po czym wlezie nie patrząc co się dzieje z kamieniami. Doświadczyła tego Baśka, która znalazła się w kluczowym momencie kominka. W jej kask uderzył kamień wielkości grubego telefonu komórkowego. 

P60731193115

Tak wyglądał kask po uderzeniu niewielkiego kamienia zrzuconego przez poprzedzający zespół

Dokładnie w tym samym momencie spadły pierwsze krople deszczu i zaczęło grzmieć. Trudność wyciągu wzrosła gwałtownie w ciągu kilku sekund. Do tego burza na grani. Biegłem na czworaka po trójkowym wyciągu ciągnąć coraz cięższą od wody linę. Szybko na grań. Darka ściągałem używając do asekuracji bloku skalnego. Robert najpierw bezpiecznie wyekspediował Baśkę, później pomógł nam. Liny do plecaka i bez ściągania butów wspinaczkowych w dół po trawach do szlaku turystycznego. Rozlegające się coraz bliżej grzmoty były naturalnym dopingiem. Wreszcie ze 100 metrów pod granią można ubrać zwykłe buty i ruszyć w dół. Burza mocno postraszyła, ale koniec końców, gdy byliśmy już na przełęczy odpuściła. Kolejna kursowa nauczka. Prosta droga w deszczu staje się mocnym wyzwaniem. Tarcie nie działa, trzeba szukać pewnych chwytów i stopni. Dobrze mieć zapas umiejętności, a więc w skały "robić metry". 

W tym momencie mieliśmy za sobą 1/3 kursu. Druga część miała się odbyć w Alpach - cel Chamonix.

Załupa H to fajna, krótka wycieczka wspinaczkowa na Zadnim Kościelcu. Droga o trudnościach II/III. Nie udało nam się jej zrobić w zimie podeszliśmy więc w lecie. Szedłem z Lukciem, Misiek z Andym. 

Kiedy podchodzimy to jakiś zespół jest już w ścianie, a drugi czeka poniżej więc pomimo wcześniejszego wyjazdu z Krakowa zaliczamy godzinny postój. Załupa jest znana z tego, że zbiera kamienie lecące z góry więc nie zaleca się żeby zespołów w ścianie było zbyt wiele czekanie się więc przedłuża tym bardziej, że zespołom przed nami nie szło za dobrze (czytaj za szybko). 

13754601_1113641532037239_8470318744304327396_n

Czekanie, czekanie... Fot. Misiek

13775635_1113641738703885_2283446295938265595_n

Na stanowisku z Lukciem. Fot. Misiek

13776019_1113641575370568_6910406573960636306_n,

Lukcio asekuruje.
P60710153914

Tym razem czekanie na górze na Miśka i Andyego. Nie szliśmy ostatniego wyciągu pełnego skalnego rumoszu zanim chłopaki do nas nie dołączyli. Zbyt łatwo zrzucić coś w dół.

W samej ścianie 4 wyciągi, dobrze asekurowalne. Po 2 godzinach było już po robocie. Zejście z Kościelcowej Przełęczy. Ze względu na późną porę rezygnujemy z Drogi Gnojka prowadzącej na Kościelec.

Szukałem jakiegoś dobrego celu na pierwszą kilkuwyciągową drogę w Tatrach, takie rozruszanie przed kursem. Różne warianty wchodziły w grę, ostatecznie jednak Baśka zasięgnęła języka u znajomego ratownika i poradził Środkowe Żebro Skrajnego Granatu. Proste technicznie (maks V-, ale raczej IV), proste nawigacyjnie i ma tylko 6 wyciągów, w sam raz dla kogoś, kto najprawdopodobniej będzie się guzdrał. Drugi zespół stanowili Misiek i Andy.

Nocleg znalazłem w schronisku PZA Betlejemce na Hali Gąsienicowej. 

Z Zakopanego ruszamy po 20 drogą przez Boczań i tu spotyka mnie ciekawa przygoda. Po skrzyżowaniu ze szlakiem na Nosal dostrzegam niezbyt sprawnie poruszającą się parę. Zapada zmrok więc nie widać dobrze szczegółów. Widok turystów, którzy doznali niewielkich urazów albo (częściej) fizycznie nie są przygotowani do marszu po górach nie jest rzadki. Zwykle nie potrzebują pomocy, parę razy zdarzało się częstować ich lekami przeciwbólowymi, plastrami lub bandażami. Coś niepokojącego było w tej parze, postanowiłem pożyczyć im czołówkę, podszedłem bliżej. Tym razem czołówka nie wystarczyłaby. Przysiedli na leżącej belce, on lat 83, ze sporym brzuchem, dyszy ciężko, ona młodsza (74), sprawniejsza, ale z niepokojem spogląda na swojego męża. Powiedziałem, że ich sprowadzę te 2 km w dół, bo tu nierówności sporo, oni bez światła, wyczerpani na śliskich kamieniach. Chętnie przyjęli ofertę, więc po chwili kroczyliśmy w dół. Szpejarki w moim plecaku służyły im za poręcze, statecznie, krok po kroku. W drodze byli od 13 godzin. Wjechali na Kasprowy Wierch kolejką i korzystając z pięknej pogody postanowili zejść samodzielnie przez Halę Gąsienicową. Starszy pan był lekarzem, jak stwierdził po raz ostatni postanowił zobaczyć góry, po których wędrował przed laty. Rozbroiło mnie, przypominał mi ojca, wiek, profesja, nutka nieporadności...

Szło się jednak co raz gorzej. Szarówka zmieniła się w noc w lesie. Najpierw poprosiłem o pomoc parę z Ukrainy, którzy wzięli starszych Państwa pod ramiona, za chwilę do naszego konduktu dołączyli wspinacze także zmierzający do Betlejemki (co niesamowite poznaliśmy się w skałach pod Krakowem kilka dni wcześniej). Z panem było jednak gorzej z kroku na krok.  Buty ślizgały mu się na kamieniach i korzeniach, drżał i ciężko łapał powietrze. Zadzwoniłem więc do TOPR. Ratownik dyżurny wypytał o lokalizację i poradził żeby kontynuować to co robimy. Samochód nie dojedzie w to miejsce szlaku, a podróż quadem mogłaby być równie ciężka jak zejście. Od czasu kiedy zaczęliśmy pokonywanie 2 kilometrowego odcinka minęło półtorej godziny, do mostu nad Bystrą w Kuźnicach pozostało ciągle z 500 metrów. Grubo po 22 udało się dotrzeć, parę zostawiłem pod opieką Ukraińców, poinformowałem TOPR i ponownie ruszyliśmy w stronę Hali Gąsienicowej.

P60625053616

Przez okno Betlejemki - rano pogoda i prognozy były obiecujące.

Ruszyliśmy około 7 w stronę Czarnego Stawu i dalej szlakiem na Granaty, który należy opuścić wyraźną ścieżką. Zaopatrzeni w topo i zdjęcia dość szybko trafiliśmy pod formację. Miejsce startu wydawało się oczywiste. Ktoś jednak poddał w wątpliwość czy to tu... No i się zaczęło poszukiwanie. Po 45 minutach uznałem, że startuję niezależnie od tego czy się zgodzimy, że jesteśmy w dobrym miejscu. Pierwsze metry wyglądały łatwo, więc gdybym się gdzieś zapchał to założę taśmę czy repsznur i zjadę. 

 13590280_1107827612618631_1090689043592774259_n

Andy rozgląda się, czy rzeczywiście jesteśmy we właściwym miejscu. Fotki Misiek.

13645153_1107827652618627_4779116137807646309_n

No to startujemy.

Okazało się, że start był w dobrym miejscu, może zaczęliśmy nieco za wysoko, ale po wspięciu się na grań pojawił się pierwszy hak. Dobra nasza. Później szło sprawnie. Wyciągi prowadziliśmy z Baśką na zmianę, "piątkowe" Zacięcie Kusiona okazało się tylko jednym ruchem wymagającym lepszego stanięcia na stopach, poza tym nie było większych trudności, dobre stanie, dobre chwyty, sucho, a stanowiska na przygotowanych pętlach, hakach lub spitach - wiadomo to droga kursowa. Dowiedziałem się jednak kilku dla nowicjusza cennych rzeczy:

po pierwsze, że nie warto na siłę przedłużać wyciągów, bo uzyskane kilkanaście lub kilkadziesiąt metrów zemszczą się tzw. "przesztywnieniem" liny - to takie zjawisko kiedy wskutek załamania liny na przelotach i skale siła tarcia jest tak duża, że utrudnia a czasami nawet uniemożliwia poruszanie się dalej

po drugie, że jeśli w zespole są osoby, które znają procedury prowadzenia wyciągu i działania asekuranta komunikacja słowna nie jest niezbędna. Tak też było na tej drodze - potok wypływający ze Zmarzłego Stawu skutecznie zagłuszał komendy. Już na drugim wyciągu udało się całkiem sprawnie poruszać bez kontaktu wzrokowego i głosowego, czytając tylko z napięcia liny, prędkości jej wybierania etc. 

13654319_1107827822618610_1405680853271309535_n

Misiek z Andym po ostatnim wyciągu, stanowisko przy szlaku, zdejmujemy szpej i stamtąd już szlakiem w dół do Kuźnic. 

piątek, 12 sierpnia 2016

DSC_0009

Radość po poprowadzeniu pierwszej VI :) Płyta Kurczaba na Jastrzębiej Turni. Zdjęcie Ola Tyrna.

Klubowy wyjazd na wspinanie w granicie. Właśnie zmieniłem buty wspinaczkowe na mniejsze i z lepszą podeszwą  bo simondy się rozczłapały. Ale to było dziwne uczucia. Przed tym wyjazdem swobodnie czułem się na drogach o wycenie V, wchodziły też V+. Pierwsza droga to wielkie zdziwienie, niby piątka, ale kto ukradł klamy (wygodne chwyty). Przyzwyczajeni do jurajskiego śliskiego wapienia nie umieliśmy wykorzystać potężnego tarcia granitu.

 

Z drogi na drogę podobało mi się coraz bardziej. Wszystko trzymało! Wieczorem drugiego dnia poszliśmy z Melonem pod Jastrzębią Turnię. Ola i Melon to świetni wspinacze, kiedy się na nich patrzy to wygląda na to, że drogi ich nie prezentują wielkich trudności. Spokój, płynne ruchy, sekwencje ruchów. Dopiero, kiedy próbujesz się "wstawić" w taką drogę okazuje się, że to złudne, bardzo złudne. 

Najpierw poprowadziłem Kancik Jastrzębiej (V+). Puścił bez problemu. Ola "kazała" mi spróbować "Płytę Kurczaba", a co tam. Gładka ściana, rozsądna asekuracja więc potencjalny lot nie powinien być bolesna. I poszło :) Poza jednym momentem, w którym należało stanąć na maleńkich kamyczkach wystających ze ściany a ręce oprzeć na gładkiej płycie, bez chwytów, droga równa, trzymająca trudności. Pękła więc pierwsza droga o trudności VI. 

Mówi się, że od VI rozpoczyna się wspinanie, czyli jak turach skitury zaczynają się od zjazdu z Zawratu. Duża frajda.

Oczywiście zrobiliśmy jeszcze wiele dróg, w tym kolejną VI (Nitówka) tylko na wędkę (górna asekuracja). Nawet na wędkę było to powyżej mojego limitu. Stan mojego wspinania jest taki: V puszczają, V+ zwykle też, VI mogą się zdarzyć, te łatwiejsze.

czwartek, 11 sierpnia 2016

W ramach przygotowań do Kursu Taternickiego pojechaliśmy się powspinać wielowyciągowo do Austrii, do doliny Hoellental. Pojechaliśmy oznacza Baśkę, Darka (moich przyszłych współkursantów) oraz Jaromira, kolegę z KW Kraków, który dołączył do nas. Zaletą tego miejsca jest to, że jest stosunkowo blisko (niespełna 1000 km z Krakowa), że łatwo dotrzeć pod łatwe wielowyciągowe drogi i jeszcze jedno - u wylotu doliny jest (było - dopisek z 11.08.2016) zupełnie darmowe pole namiotowe, czyli zagarnięty przez wspinaczy parking. Austriacy zbudowali tu toaletę i umywalki więc można nawet w cywilizowanych warunkach przebyć parę dni. Nic dziwnego, że miasteczko namiotowe wypełniło się po brzegi Polakami, Czechami, Słowakami i Węgrami. Austriacy stanowili mniejszość, a może większość z nich wybrała pensjonat po drugiej stronie ulicy.

P60527082326

W czwartek było względnie luźno, w nocy z piątku na sobotę nie było już miejsca na rozłożenie karimaty, o namiocie nie mówiąc.

Na wspinanie wybraliśmy proste drogi o wycenie 4 i 5. Działałem w parze z Jaromirem, który jest lepszym wspinaczem ode mnie, wiec miałem dużo spokoju, że jeśli coś pójdzie nie tak to zawsze mogę liczyć na jego pomoc. Procedury związane z prowadzeniem wielowyciągów znam dobrze, więc głowę zajmowała mi tylko własna asekuracja i oraz konieczność budowania stanowisk w oparciu o drzewa, pipanty skalne lub szczeliny, które trzeba było uzbroić w kości lub friendy. To zawsze dreszczyk emocji, czy wszystko dobrze zmotane, czy kości dobrze "siedzą". Udało się uniknąć jednak większych błędów, poza jednym - nieustannym bałaganem na stanowiskach. 

Przechwytywanie1

Strona z charakterystycznego "topofuhrera", gdzie zarówno rysunki, jak i opisy dróg są wykonane ręcznie. "Nasze" drogi zaznaczyłem na czerwono (8 i 10)

Drugiego dnia zapowiadano burze, pierwsze krople spadły kiedy klarowałem linę na ostatnim stanowisku, po chwili znaleźliśmy się już w potokach wody. Na szczęście była dogodna ścieżka  i nie trzeba było zjeżdżać na tych mokrych linach. Zespoły, które działały pod nami nie miały takiego szczęścia. W górę zostało im grubo ponad godzinę wspinania, w dół zjazd na mokrych linach. Po południu słyszało się na parkingu opowieści, kto jaki sprzęt zostawił w ścianie uciekając przed nawałnicą. My kompletnie mokrzy, ale bezpieczni dotarliśmy do samochodu.

Dotąd trudności topograficzne eliminował Darek, który już wspinał się w tym terenie więc najtrudniejszy element topografii taternika mieliśmy z głowy. Najtrudniejszym elementem jest zawsze dotarcie pod właściwą drogę, o czym przekonaliśmy się trzeciego dnia, kiedy Darek został na kempingu, a my uzbrojeni tylko w zdjęcie strony przewodnika topo w telefonie Jaromira szukaliśmy wybranej rano przy kawie drogi. Miała być "piątkowo-czwórkowa", 6 wyciągów. W sam raz... No i miała numer 20., a drogi z poprzednich dni nosiły numerki 8 i 10. Czyli zadanie proste ! Idziemy w górę doliny, 10 dróg dalej, szukamy charakterystycznej grupy trzech drzew i wbijamy się w drogę w zespole trójkowym. Trzy godziny później byliśmy gdzieś w dolinie, przysłaniając ekranik telefonu przed jaskrawym słońcem, pytając napotkanych wspinaczy, gdzie może być droga nr. 20, a w okół roiło się od "charakterystycznych grup trzech drzew". Jakoś się tak w głowie robi, że wraz z rosnącą irytacją rośnie skłonność do tzw. "lunety" w myśleniu. Luneta koncentruje głowę tylko na wybranym fragmencie rzeczywistości i znakomicie nas utwierdza, że rzeczywistość jest taka jaka chcemy żeby była. To nic, że fakty przeczą, a tu okap był w nieco innym miejscu, a tu rysa skręcała nie tam gdzie trzeba, nie było ringów. Podejrzeń nie wzbudziła nawet tabliczka z numerem "6" pod dolnym stanowiskiem - idziemy. Jaromir jako najlepszy wspinacz prowadzi, my z Baśką mieliśmy iść na pojedynczych żyłach. 

Nie było wesoło. Najpierw umęczył się na niewielkiej przewieszce, która z dołu wyglądała na taką... nie za trudną, a kiedy doszedł do płyty pod "charakterystyczną grupą trzech drzew" się zaczęło. Jaromir uprzedził mnie, że jeśli zobaczysz powtykane co 20 cm kości i friendy to znaczy, że byłem wydygany. No i zobaczyłem co się dzieje: skracał ekspresy, wtykał i wyjmował friendy, szukał drogi wisząc na jednej ręce, a druga szybko macając za jakimkolwiek chwytem. Oglądaliśmy ten spektakl w milczeniu, wreszcie poszło... Długo go nie było, a lina, która powinna być wybrana stała w bez ruchu. Później okazało się, ze Jaromir po pokonaniu trudności usiadł odreagować z papierosem w ręce. To była prawdziwa, mocno trzymająca "6" na własnej (częściowo) asekuracji.

Wreszcie przyszła nasza kolej. Baśka odpuściła widząc co się dzieje, ja postanowiłem zaryzykować. W końcu idąc na drugiego ryzykuję niewielkie wahadło albo obsunięcie. No... To była droga powyżej mojego limitu, a "jaromirowa" płyta przestraszyła mnie nawet z górną asekuracją. Doszedłem do Jaromira. Bez dyskusji zrezygnowaliśmy z dalszych wyciągów i zjechaliśmy w dół. 

P60526115308

Baska i Darek w oczekiwaniu na wolna drogę

Na kempingu Darek posłuchał naszych zatrważających relacji i pomógł nam szukać drogi nr. 20... Okazało się, że zrobiliśmy ją poprzedniego dnia, tylko w przewodniku, z którego było robione zdjęcie nosiła nr. 20, a w topo, z którego korzystaliśmy dotąd nr. 10. Nie ma jak zdolności nawigacyjne, no i kto by nosił topo w góry.

Ostatniego dnia zmierzyliśmy się z dwoma drogami w rejonie Peilstein, który oferuje lepiej asekurowane (tzw. sprtowe) drogi i pojechaliśmy do domu. Chętnie tu wrócę, tym bardziej, że nie dotknęliśmy nawet klasyków w tym rejonie.

środa, 10 sierpnia 2016

No, biję rekordy w przerwach pomiędzy wpisami. Dużo się dzieje górsko.

Blisko końca sezonu wybraliśmy się w Tatry Słowackie. Tym razem chcieliśmy mieć co najmniej dwa dni działalności górskiej. Pierwszego dnia celem były Żelazne Wrota (2255 m.) w Dolinie Złomisk, cel drugiego dnia został wybrany rozsądnie "to się zobaczy". Pojechał Lukcio, Marcus (Piotrek) i Tomek. W niedzielę spodziewaliśmy, że dojedzie Marcin, z którym Lukcio jeździ na nartach i Mateusz, który już towarzyszył nam w wyprawach.

20160402_07.53.04

Skiturowe poranki gdzieś pomiędzy Krakowem a Strbskiem Plesem. Pobudka po godz. 4 i dalej w Tatry. Praktyczniej byłoby spać gdzieś w schronisku lub u stóp gór, ale kiedy działalność prowadzi się co tydzień taki scenariusz jest trudny do zrealizowania.

20160402_10.27.04

 

Schronisko Popradzkie Pleso. Dobry punkt wypadowy na tury. W zasięgu kilka atrakcyjnych dla narciarza wysokogórskiego dolin: Hińczowa, Żabia, Smocza, Rumanowa, Złomisk.

20160402_11.35.21
Marcus na progu Kotlinki Lodoveho Plesa (Zmarzłego Stawu). Warto poczekać do wiosny żeby spotkać się z taką pogodą.

20160402_13.01.061

Na podejściu. Czkaliśmy aż trochę odpuści, bo śnieg w żlebie mocno zryty, zamarznięte zsuwy i narciarze, którzy pomimo umiarkowanej trudności zjazdu (2?) walczyli mocno u góry. Nawet zastanawialiśmy, czy to oni sobie nie radzą, czy jest tak trudno.

 Doszliśmy na przełęcz. Z góry nie wyglądało to fajnie. Wyryte ślady po zsuwie, kalafiory śniegu, które jeszcze nie odpuściły w wiosennym słońcu, ale to było nic w porównaniu z warunkami zjazdu na drugą stronę - do kaczej doliny. Stromiej i twardo. Właśnie do zjazdu przygotowywała się tam ekipa pod opieką jakiegoś vodcy (przewodnika). Kiedy pierwszy z narciarzy zsuną się za próg żlebu rozległ się charakterystyczny dźwięk nart szorujących po betonowym śniegu. Aż zęby bolały. Ostatnio udaje mi się unikać tej wątpliwej przyjemności, ale w poprzednich sezonach znana zabawa. Zsuwanie bokiem i walka z samym sobą żeby odważyć się wykonać pierwszy skręt. Na tej nawierzchni narty nawet na ułamek sekundy postawione wzdłuż stoku zadziwiająco szybko nabierają prędkości. Takie rozważania towarzyszyły też ekipie, która pierwsze 100-200 metrów zsuwała się w dół... a jeden z jej członków w końcu uznał, że to ponad jego możliwości. Przewodnik szybko wdrapał się z powrotem na przęłęcz, przywiązał go liną i asekurowany "z ciała" odważył się ruszyć.

W końcu i my zjechaliśmy, nie był to epicki zjazd. Narty wpadały w koleiny, na jednej z nich nawet zaliczyłem małą podpórkę, która zakończyła się wypięciem wiązania i kilkuminutową walką o zbudowanie półki do wpięcia, ech te wiązania kłowe... Ważą tyle ile powinny, ale wpięcie się na stromym wymaga większej sprawności niż moja.

20160402_13.58.23

Zalety długiego dnia i wiosny (mniejsze zagrożenie lawinowe). Po zjeździe postanowiliśmy zjechać z "tego po prawej", nie specjalnie przejmując się nazwą tej formacji. W domu sprawdziłem, że może to być Kozia Strażnica (2235 m). To nie był koniec tego dnia, po "tym po prawej" uderzyliśmy do sąsiedniej kotlinki żeby podejść pod Rumanową Przełęcz (2280 m). Było już po południu, ostre wiosenne słońce spowodowało, że śnieg był miękki. Kiedy tylko jednak skrywało się za sąsiednimi szczytami momentalnie zamarzał, stawał się mniej przyczepny i utrudniał podejście. Lukcio wyrwał do przodu, a my toczyliśmy wyścig ze strefą cienia obejmującą co raz większą połać doliny. 

Przyjemny szybki zjazd i zmierzamy do Schroniska, walcząc po drodze z zapadającym się wiosennym śniegiem. Marcus i Tomek na nartach, my z Lukciem na piechotę płacąc raz po raz zapadaniem się po pas. Wieczór przy Kofoli. Spotykam Darka, który przygotowuje się do wyjazdu w Alpy, umówili się tu z ekipą na zgrupowanie.

P604030922052

Drugiego dnia dołączają do nas Marcin (tu za Marcusem) i Mateusz. Obieramy za cel Wołową Turnię.

P604031138181

Mateusz, Tomek i Lukcio na szczycie. 

P60403114339031

Proszę Marcusa żeby zrobił mi zdjęcie na tle żlebu, którym udało się zjechać w czerwcu poprzedniego roku. To Rysa prowadząca z przełączki pod Rysami. Stąd robi wrażenie, może nawet większe niż kiedy stoi się na górze... chociaż, sam nie wiem.

20160403_16.31.582
Zjeżdżamy dwa razy i udajemy się w dość długa drogę najpierw do Schroniska, później asfaltową drogą do samochodu. To dla mnie koniec sezonu. Czas się przygotowywać do letniej aktywności w górach.

 

 

niedziela, 10 kwietnia 2016

No... wreszcie się udało. Zaczęło się od rzuconego przeze mnie pytania do Maćka - A może byś poszedł ze mną na skitury? I syn poszedł :) Okazało się, że uzbierało się w domu sprzętu dla drugiego narciarza, Andy pożyczył ABC. 

Wybrałem Chochołowską z zamiarem zrobienia pierwszego dnia zjazdu z Rakonia, a drugi dzień miał zależeć od tego jak nam pójdzie w piątek Maciek dobrze jeździł na nartach, ale ostatni raz byliśmy razem na stoku z 10 lat temu, więc nie wiedziałem jak sobie poradzi w warunkach pozatrasowych. Pogodę zapowiadano tatrzańską czyli umiarkowana ilość śniegu, za to chmur pod dostatkiem. Nieco nam zeszło na przygotowaniach i wybieraniu się w piątek wiec w Schronisku w Dolinie Chochołowskiej zameldowaliśmy się koło 12. Cała dolina z buta z nartami na plecach. Tak sobie pomyślałem, że jeśli teraz się nie zniechęci mając 20 kilogramowy majdan na plecach i dymając 9 km to da radę. Dał i to spokojnie... ech te 23 lata.

P60325141252

Na podejściu. Skitury są ok

Foczyć się dało niemal od schroniska i około 14 byliśmy na Grzesiu. Maćkowi się podobało i podchodzenie i wiatr i zima. Super, tym bardziej, że na szczycie się odsłoniło i zobaczyliśmy Ornak, Rakoń, Wołowiec i dalej pasma Zachodnich i wyłaniające się Wysokie. Łał... Przynajmniej się Tatry przedstawiły jak należy gościowi, który debiutował na skiturach. Ciekaw byłem jak sobie poradzi na wąskim zjeździe i w lesie, po płatach śniegu. Czym skorupka za młodu... Skorupka więc dawała sobie radę nadzwyczaj dobrze. Szurnęliśmy na dół. 

P60325150421

Selfie na Grzesiu

Zjawiskowy prażony syr, jakieś piwo i w kimono dość wcześnie. Rano około 6 Maciek obudził mnie żartując "powder day", rzeczywiście dopadało trochę śniegu. No więc poszliśmy. Szło się zdecydowanie lepiej niż wczoraj (jedna nie wstawanie o godz. 4 pomaga), za to na Grzesiu okazało się, że Tatry ktoś schował. Padał marznący deszcz, a widać było tyle co nic. Maciek odbywał szybki kurs nt. uroków skiturowania. Krótkie zjazdy na fokach z odpiętymi tyłami, chodzenie po lodzie etc. Z minuty na minutę wiało coraz bardziej i zacinało czymś mokrym co oblepiało twarze, kurtki i spodnie. Na Rakoniu zdecydowaliśmy - idzemy dalej na Wołowiec. Zależało mi żeby się wdrapać nieco powyżej 2000. Grań to było spore wyzwanie. Dość wąsko i nawis, którego przebieg wprowadzał w błąd. Dobrze, że jakaś ekipa przed nami robiła ślady i dało się iść. 

 P60326114512

Grzanie rąk na Wołowcu

Na Wołowcu zjedliśmy, ja się dowiedziałem, że wojskowe żelazne racje, które miał ze sobą Maciek nie nadają się za bardzo w góry, a gulasz instant, który się wysypał z żelaznej porcji śmierdzi okrutnie. Dość szybko ruszyliśmy w dół. Grzbiet nie był ulubionym miejscem do zjazdu Maćka. Rzeczywiście. Dość stromo, wąsko, lód okleja google... Spore wyzwanie jak na pierwszy raz. Jednak dotarliśmy do Rakonia. Spojrzałem na zielony szlak - nawis i brak widoczności. Jeśli coś miałoby się urwać to nawet bym tego nie zauważył, nie zdecydowałem się więc na zjazd szlakiem, tylko poszliśmy na Rakoń skąd chciałem odbić w lewo i nawiązać linią zjazdu do marcowych zawodów Strzeleckiego. 

Pod drodze spotkaliśmy trochę zagubionych freeridowców, którzy również chcieli uderzyć w dół zielonym szlakiem, ale kiedy usłyszeli, że są tam niepewne warunki postanowili się do nas przyłączyć. Znów nieoceniony okazał się mój stary, ale niezawodny garmin 60 csx. Ustaliśmy, że będziemy zjeżdżać starając się zachować kontakt wzrokowy. Och... na zjeździe okazało się, że warunki są idealne. Świeży śnieg spadł na twarde podłoże i pozwalał na absolutnie każdą ewolucję. Skręt szybki - bez problemu, długie esy floresy - jak najbardziej, skakanie przez hopki - nawet mnie się udawało. Z bananami na twarzy zjechaliśmy do zielonego szlaku i dalej do schroniska ciesząc się każdym metrem zjazdu. Tam narty na plecy i do samochodu. 

Fajne to skiturowanie - rzekł syn... No! I o to chodzi :) Mam nadzieję, że będą następne razy.

czwartek, 07 kwietnia 2016

Ciężko dogonić daty w tych wpisach. Więc skrótowo: z Lukciem, Marcusem, PePe i Tomkiem oraz kolegą Marcusa Jankiem uderzyliśmy do doliny Staroleśnej na Słowacji. Cele były dwa - Rohatka i Świstowy Szczyt (2383 m.n.p.m).

Tu jeszcze mieliśmy obawy czy w ogóle da się działać tego dnia w górach. Spotkaliśmy kilku Słowaków, którzy wyglądali na takich, którzy z niejednego pieca śnieg jedli i mówili, że wieje mocno. Zdjęcia Piotr Markowski (Marcus)


Na szczęście się uspokoiło i z minuty na minutę wiatr słabł. Słowackie Tatry Wysokie zawsze robią na mnie wrażenie swoim rozmachem, niby to tylko kilka kilometrów na południe, ale jest tu wyżej, szerzej i bardziej świetliście. 

Rohatka z dołu wyglądała na betonową więc odpuściliśmy na rzecz dwukrotnego wejścia na Świstowy. U góry nieco wiało, ale śnieg był całkiem fajny do zjazdu, więc pohasaliśmy. Nie mogłem się napatrzeć na Marcusa, który testował nowy sprzęt skiturowy (wcześniej używał zabytkowego). Jego technika zjazdu, płynność i ogólne wrażenia artystyczne poszybowały w kosmos. To był ten przypadek (jeden z nielicznych), kiedy sprzęt ograniczał narciarza.

W stronę Świstowego zmierzały poza nami dwie ekipy. Po lewej Lukcio.


 Na sam szczyt udało się wdrapać bez zdejmowania nart.

Przyjemny był również zjazd żlebem z progu od Zbójnickiej Chaty, pocżątek budził szacunek, ale później było sporo miękkiego. Na nartach dotarliśmy znaną ścieżką przez las aż do górnej stacji kolejki na Hrebenok. Później trzeba niestety było przebyć kilka kilometrów w butach narciarskich. Wiosna wisiała już w powietrzu.

niedziela, 27 marca 2016

Tym razem spędziłem 3 dni w górach jako wolontariusz organizujący zawody skialpinistyczne - Memoriał Jana Strzeleckiego. To najstarsze w Polsce zawody rozgrywane w Polskich Tatrach. Pierwsza edycja to 1989 rok! Zawody skialpinistyczne przypominają mi maratony MTB na dystansie mega. Jeden, dwa trudne podjazdy i kilka wymagających zjazdów. Wszystko na zapieku, czołówce cała zabawa zajmuje około 2 godzin, amatorzy potrzebują jeszcze jednej-dwóch godzin.

Sam nie trenuję obecnie. Bieganie i rower traktuję jako zajęcia, które utrzymują mnie w formie pozwalającej łazić na nartach po górach i zjeżdżać, poza tym skitury traktuję jako przygodę i turystykę i jakoś (na razie) jedno z drugim mi się mentalnie nie łączy. Zdecydowanie nie jestem przeciwnikiem takiej aktywności jednak. 

Zaangażowałem się w organizację ponieważ to inicjatywa Klubu Wysokogórskiego Kraków, a ta szacowna instytucja działa jeśli każdy coś dorzuci do wspólnego worka.

Zawody mają fajną formułę. Przede wszystkim startują pary, to dobrze odzwierciedla charakter działalności w górach i jej partnerskość. Nie można się oddalić od partnera zanadto na podbiegu ani na zjeździe (powyżej 100 metrów i 5 sekund o ile dobrze pamiętam).  Po drugie i trzecie czas podbiegu i czas zjazdu są liczone osobno i ważą na wyniku końcowym. W tradycyjnych zawodach im szybciej tym lepiej (czas brutto jest ważny) co sprawia, że decydujący jest czas podbiegu, bo i na nartach i na rowerze w górach ktoś kto wolno zdobywa wysokość nie ma szans odrobić strat zjeżdżając. Po czwarte oprócz trasy "na czas" jest tzw. "fakultatywa" czyli wycieczka dla zawodników. Nie musisz jej przejść, ale za jej zaliczenie otrzymujesz dodatkowe punkty.

P6031110440801

Ekipa gotowa rozstawiać tyczki na trasie.

W piątek ruszyliśmy ze schroniska w Chochołowskiej rozstawiać tyczki. Szedłem w ekipie przez Grześ na Rakoń. Kolejne zespoły zmierzały bezpośrednio na Rakoń i wytyczały zjazd z Grzesia. Bambusowe chorągiewki wystawały mocno nad głowę i trzeba było uważać w lesie. Koniec końców mam podejrzenie, że gałęzie zebrały mi kilka szmatek, bo w trakcie ustawiania okazało się, że osiem chorągiewek to puste kije bambusowe.

P60311104753

Obowiązkowy "group check", czyli sprawdzanie detektorów.

W moim zespole przewodził nie byle kto, bo Karol Życzkowski. Naukowiec, a przede wszystkim legenda narciarstwa wysokogórskiego. Autor (razem z Józefem Walą) przewodnika "Polskie Tatry Wysokie. Narciarstwo wysokogórskie". Karol poza tym, że jest świetnym i doświadczonym narciarzem, okazał się być znakomitym kompanem wycieczki. 

P6031112245602

Na szczycie Rakonia z Karolem Życzkowskim

Niestety pogoda nie sprzyjała zawodom. Śniegu ograniczona ilość za to chmur i mgły pod dostatkiem. Tyczenie po grani było proste za to trudno było znaleźć metę startu we mgle. Ostatecznie Sebastian, który organizował zawody, podjął decyzję o tym, że meta podbiegu i start zjazdu będą w miejscu charakterystycznym - na szczycie Rakonia. 

Nie wiem jak to się stało, ale we mgle i wietrze usłyszeliśmy głosy drugiej ekipy, która tyczyła podbieg Doliną Wyżnią Chochołowską. Idealnie co do minuty spotkanie na szczycie. Oni poszli na Wołowiec, gdzie miała biec trasa odcinka faktulatywnego, mój zespół znaczył zjazd. Mgła, mgła, mgła - wszędzie mgła. Nie wiadomo czy jeszcze się jedzie czy już się stoi, a do sprawdzenia w którym kierunku biegnie linia spadku trzeba rzucić bryłę lodu. Karol jechał w dół i nasłuchiwał przez radiotelefon sygnału "stop", ja miałem drugi radiotelefon i w momencie, kiedy przestawałem go widzieć dawałem sygnał. Momentami widoczność to było 20-30 metrów. Nie bardzo sobie wyobrażałem zjazd na czas w takich warunkach. No ale dla mnie to były pierwsze zawody, a dla Karola 28. Śnieg był trudny, na zmianę twardo, nawiane i najgorszy śnieg tzw. przepadający, w którym narta wybija sobie twardy tor i trudno ją zmusić do ześlizgu, a więc skręcać i hamować. Co przeszkadzało wszystkim... poza jednym wyjątkiem, oczywiście Karola. 

W dniu zawodów zgłosiłem się do sędziowania i zgłosiłem chęć pójścia dalej. Dostałem do obstawienia najdalszy punkt - Wołowiec. Ponieważ poprzedniego dnia dołączyli do nas Misiek i Patrycja to jako drugiego zaproponowałem Miśka. Sebastian z Karolem poprosili jeszcze o jedno - żeby w trakcie podejścia zdecydować czy są warunki do rozegrania tej części zawodów. Po zakończeniu mieliśmy zebrać chorągiewki z odcinka na Wołowiec oraz trasy podbiegu.

Tuż przed wyjściem o 7.30 okazało się, że mamy jeszcze do zabrania ciężkie i nieporęczne sanie ratownicze SKED, które włożył nam na plecy obstawiający zawody TOPR. Tu przy okazji miałem do czynienia z drugą legendą narciarstwa wysokogórskiego - Piotrem Konopką, autorem dziesiątek trudnych zjazdów w Polskich Tatrach. 

Lekko nie było. Podzieliliśmy się z MisQ 30 minutowymi okresami noszenia, ostatnie minuty dłużyły się niemłosiernie, ale to dobry treningu.

P60312095309

MisQ ze SKEDem na szczycie Rakonia, wreszcie można zrzucić to cholerstwo

Co innego było jednak ważne - warunki były nieco gorsze od wczorajszych. Wiało mocniej, widać było mniej, trochę sypało. Sam lubię trudne warunki, więc mi to nie przeszkadzało, ale 62 osoby, bo tyle wystartowało na wąskiej grani - jedni podchodzą inni zjeżdżają, więc kiedy w radiotelefonie usłyszałem "Kuba, Kuba... Czy są warunki do puszczenia zawodników na Wołowiec?" odparłem, że nie.

P60312112526

MisQ robi porządki w TPN, dawno tu nikt nie odśnieżał.

No... i tym samym mieliśmy sporo wolnego czasu. Leniwie podeszliśmy na Wołowiec. O ile na przełęczy był mocny wiatr, który miał tę siłę, że żeby iść prosto należało się lekko na nim oprzeć, to na Wołowcu, górze bądź co bądź wybitnej nastała cisza.

P60312114115

Trochę trochę posiedzieliśmy i powygłupialiśmy się. MisQ w poszukiwaniu sikorki (o niej piszę niżej)

Na Wołowcu spotkała nas przedziwna przygoda. Trzeba sobie wyobrazić. Góry, zima, ponada 2000 m.n.p.m., mróz, mgła i wiatr, a tu nagle przylatuje piękna kolorowa sikorka. Co ją tu przyniosło? Lekko nieprzytomna siada na bucie narciarskim Miśka, później daje się złapać. Deliberujemy, czy należy ją zwieźć na dół, ale tego mogłaby nie przeżyć dlatego wypuszczamy ptaszka wolno. Siada mi na głowie a później ucieka do szczeliny w śniegu. 

My z MiśQ zjeżdżamy na dół zagarniając chorągiewki oraz zawracamy jedną, ostatnią parę z trasy - nie trafili na metę i na polecenie sędziego zawodów dajemy im sygnał - wracać. Zjeżdżamy na dół. Zawody się skończyły szczęśliwie. Wyniki i oficjalne komunikaty na stronie Memoriału (mjs.kw.krakow.pl).

Wieczorem jeszcze przyjemna impreza przy winie, w niedzielę krótka wycieczka z ekipą KW na Grzesia, zjazd po lesie i wracamy do Krakowa.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 37