Aktywność sportowa Kuby w myśl cytatu Marka Twaina: Za dwadzieścia lat bardziej będziesz żałował tego, czego nie zrobiłeś, niż tego, co zrobiłeś. Więc odwiąż liny, opuść bezpieczną przystań. Złap w żagle pomyślne wiatry. Podróżuj, śnij, odkrywaj
czwartek, 07 kwietnia 2016

Ciężko dogonić daty w tych wpisach. Więc skrótowo: z Lukciem, Marcusem, PePe i Tomkiem oraz kolegą Marcusa Jankiem uderzyliśmy do doliny Staroleśnej na Słowacji. Cele były dwa - Rohatka i Świstowy Szczyt (2383 m.n.p.m).

Tu jeszcze mieliśmy obawy czy w ogóle da się działać tego dnia w górach. Spotkaliśmy kilku Słowaków, którzy wyglądali na takich, którzy z niejednego pieca śnieg jedli i mówili, że wieje mocno. Zdjęcia Piotr Markowski (Marcus)


Na szczęście się uspokoiło i z minuty na minutę wiatr słabł. Słowackie Tatry Wysokie zawsze robią na mnie wrażenie swoim rozmachem, niby to tylko kilka kilometrów na południe, ale jest tu wyżej, szerzej i bardziej świetliście. 

Rohatka z dołu wyglądała na betonową więc odpuściliśmy na rzecz dwukrotnego wejścia na Świstowy. U góry nieco wiało, ale śnieg był całkiem fajny do zjazdu, więc pohasaliśmy. Nie mogłem się napatrzeć na Marcusa, który testował nowy sprzęt skiturowy (wcześniej używał zabytkowego). Jego technika zjazdu, płynność i ogólne wrażenia artystyczne poszybowały w kosmos. To był ten przypadek (jeden z nielicznych), kiedy sprzęt ograniczał narciarza.

W stronę Świstowego zmierzały poza nami dwie ekipy. Po lewej Lukcio.


 Na sam szczyt udało się wdrapać bez zdejmowania nart.

Przyjemny był również zjazd żlebem z progu od Zbójnickiej Chaty, pocżątek budził szacunek, ale później było sporo miękkiego. Na nartach dotarliśmy znaną ścieżką przez las aż do górnej stacji kolejki na Hrebenok. Później trzeba niestety było przebyć kilka kilometrów w butach narciarskich. Wiosna wisiała już w powietrzu.

niedziela, 27 marca 2016

Tym razem spędziłem 3 dni w górach jako wolontariusz organizujący zawody skialpinistyczne - Memoriał Jana Strzeleckiego. To najstarsze w Polsce zawody rozgrywane w Polskich Tatrach. Pierwsza edycja to 1989 rok! Zawody skialpinistyczne przypominają mi maratony MTB na dystansie mega. Jeden, dwa trudne podjazdy i kilka wymagających zjazdów. Wszystko na zapieku, czołówce cała zabawa zajmuje około 2 godzin, amatorzy potrzebują jeszcze jednej-dwóch godzin.

Sam nie trenuję obecnie. Bieganie i rower traktuję jako zajęcia, które utrzymują mnie w formie pozwalającej łazić na nartach po górach i zjeżdżać, poza tym skitury traktuję jako przygodę i turystykę i jakoś (na razie) jedno z drugim mi się mentalnie nie łączy. Zdecydowanie nie jestem przeciwnikiem takiej aktywności jednak. 

Zaangażowałem się w organizację ponieważ to inicjatywa Klubu Wysokogórskiego Kraków, a ta szacowna instytucja działa jeśli każdy coś dorzuci do wspólnego worka.

Zawody mają fajną formułę. Przede wszystkim startują pary, to dobrze odzwierciedla charakter działalności w górach i jej partnerskość. Nie można się oddalić od partnera zanadto na podbiegu ani na zjeździe (powyżej 100 metrów i 5 sekund o ile dobrze pamiętam).  Po drugie i trzecie czas podbiegu i czas zjazdu są liczone osobno i ważą na wyniku końcowym. W tradycyjnych zawodach im szybciej tym lepiej (czas brutto jest ważny) co sprawia, że decydujący jest czas podbiegu, bo i na nartach i na rowerze w górach ktoś kto wolno zdobywa wysokość nie ma szans odrobić strat zjeżdżając. Po czwarte oprócz trasy "na czas" jest tzw. "fakultatywa" czyli wycieczka dla zawodników. Nie musisz jej przejść, ale za jej zaliczenie otrzymujesz dodatkowe punkty.

P6031110440801

Ekipa gotowa rozstawiać tyczki na trasie.

W piątek ruszyliśmy ze schroniska w Chochołowskiej rozstawiać tyczki. Szedłem w ekipie przez Grześ na Rakoń. Kolejne zespoły zmierzały bezpośrednio na Rakoń i wytyczały zjazd z Grzesia. Bambusowe chorągiewki wystawały mocno nad głowę i trzeba było uważać w lesie. Koniec końców mam podejrzenie, że gałęzie zebrały mi kilka szmatek, bo w trakcie ustawiania okazało się, że osiem chorągiewek to puste kije bambusowe.

P60311104753

Obowiązkowy "group check", czyli sprawdzanie detektorów.

W moim zespole przewodził nie byle kto, bo Karol Życzkowski. Naukowiec, a przede wszystkim legenda narciarstwa wysokogórskiego. Autor (razem z Józefem Walą) przewodnika "Polskie Tatry Wysokie. Narciarstwo wysokogórskie". Karol poza tym, że jest świetnym i doświadczonym narciarzem, okazał się być znakomitym kompanem wycieczki. 

P6031112245602

Na szczycie Rakonia z Karolem Życzkowskim

Niestety pogoda nie sprzyjała zawodom. Śniegu ograniczona ilość za to chmur i mgły pod dostatkiem. Tyczenie po grani było proste za to trudno było znaleźć metę startu we mgle. Ostatecznie Sebastian, który organizował zawody, podjął decyzję o tym, że meta podbiegu i start zjazdu będą w miejscu charakterystycznym - na szczycie Rakonia. 

Nie wiem jak to się stało, ale we mgle i wietrze usłyszeliśmy głosy drugiej ekipy, która tyczyła podbieg Doliną Wyżnią Chochołowską. Idealnie co do minuty spotkanie na szczycie. Oni poszli na Wołowiec, gdzie miała biec trasa odcinka faktulatywnego, mój zespół znaczył zjazd. Mgła, mgła, mgła - wszędzie mgła. Nie wiadomo czy jeszcze się jedzie czy już się stoi, a do sprawdzenia w którym kierunku biegnie linia spadku trzeba rzucić bryłę lodu. Karol jechał w dół i nasłuchiwał przez radiotelefon sygnału "stop", ja miałem drugi radiotelefon i w momencie, kiedy przestawałem go widzieć dawałem sygnał. Momentami widoczność to było 20-30 metrów. Nie bardzo sobie wyobrażałem zjazd na czas w takich warunkach. No ale dla mnie to były pierwsze zawody, a dla Karola 28. Śnieg był trudny, na zmianę twardo, nawiane i najgorszy śnieg tzw. przepadający, w którym narta wybija sobie twardy tor i trudno ją zmusić do ześlizgu, a więc skręcać i hamować. Co przeszkadzało wszystkim... poza jednym wyjątkiem, oczywiście Karola. 

W dniu zawodów zgłosiłem się do sędziowania i zgłosiłem chęć pójścia dalej. Dostałem do obstawienia najdalszy punkt - Wołowiec. Ponieważ poprzedniego dnia dołączyli do nas Misiek i Patrycja to jako drugiego zaproponowałem Miśka. Sebastian z Karolem poprosili jeszcze o jedno - żeby w trakcie podejścia zdecydować czy są warunki do rozegrania tej części zawodów. Po zakończeniu mieliśmy zebrać chorągiewki z odcinka na Wołowiec oraz trasy podbiegu.

Tuż przed wyjściem o 7.30 okazało się, że mamy jeszcze do zabrania ciężkie i nieporęczne sanie ratownicze SKED, które włożył nam na plecy obstawiający zawody TOPR. Tu przy okazji miałem do czynienia z drugą legendą narciarstwa wysokogórskiego - Piotrem Konopką, autorem dziesiątek trudnych zjazdów w Polskich Tatrach. 

Lekko nie było. Podzieliliśmy się z MisQ 30 minutowymi okresami noszenia, ostatnie minuty dłużyły się niemłosiernie, ale to dobry treningu.

P60312095309

MisQ ze SKEDem na szczycie Rakonia, wreszcie można zrzucić to cholerstwo

Co innego było jednak ważne - warunki były nieco gorsze od wczorajszych. Wiało mocniej, widać było mniej, trochę sypało. Sam lubię trudne warunki, więc mi to nie przeszkadzało, ale 62 osoby, bo tyle wystartowało na wąskiej grani - jedni podchodzą inni zjeżdżają, więc kiedy w radiotelefonie usłyszałem "Kuba, Kuba... Czy są warunki do puszczenia zawodników na Wołowiec?" odparłem, że nie.

P60312112526

MisQ robi porządki w TPN, dawno tu nikt nie odśnieżał.

No... i tym samym mieliśmy sporo wolnego czasu. Leniwie podeszliśmy na Wołowiec. O ile na przełęczy był mocny wiatr, który miał tę siłę, że żeby iść prosto należało się lekko na nim oprzeć, to na Wołowcu, górze bądź co bądź wybitnej nastała cisza.

P60312114115

Trochę trochę posiedzieliśmy i powygłupialiśmy się. MisQ w poszukiwaniu sikorki (o niej piszę niżej)

Na Wołowcu spotkała nas przedziwna przygoda. Trzeba sobie wyobrazić. Góry, zima, ponada 2000 m.n.p.m., mróz, mgła i wiatr, a tu nagle przylatuje piękna kolorowa sikorka. Co ją tu przyniosło? Lekko nieprzytomna siada na bucie narciarskim Miśka, później daje się złapać. Deliberujemy, czy należy ją zwieźć na dół, ale tego mogłaby nie przeżyć dlatego wypuszczamy ptaszka wolno. Siada mi na głowie a później ucieka do szczeliny w śniegu. 

My z MiśQ zjeżdżamy na dół zagarniając chorągiewki oraz zawracamy jedną, ostatnią parę z trasy - nie trafili na metę i na polecenie sędziego zawodów dajemy im sygnał - wracać. Zjeżdżamy na dół. Zawody się skończyły szczęśliwie. Wyniki i oficjalne komunikaty na stronie Memoriału (mjs.kw.krakow.pl).

Wieczorem jeszcze przyjemna impreza przy winie, w niedzielę krótka wycieczka z ekipą KW na Grzesia, zjazd po lesie i wracamy do Krakowa.

niedziela, 28 lutego 2016

Kto chodzi ten ma. Trzeba było dwóch dni działalności w słabych warunkach żeby trafić na ten dzień. Słońce, - 3 st. Andy nie mógł jechać, za to dołączyli koledzy Łukasza, z którymi już kiedyś skiturowaliśmy Tomek i Mateusz. W planie mieliśmy klasyk klasyków: o Zawracie mówi się, że jeśli chcesz być uznany za skiturowca, to powinieneś zjechać z tej przełęczy.

W dobrych warunkach śniegowych to nic trudnego, ale w ubiegłym roku raz już dostałem nauczkę. No ale nie uprzedzajmy faktów...

Podejście przez Polanę Jaworzynki (foto Lukcio). Bajeczka. Śniegu ciągle w Tatrach niewiele (liczę na marcowe opady), ale idziemy i michy się cieszą.

Na tafli Czarnego Stawu Gąsienicowego Mateusz i Lukcio.

Powyżej Czarnego Stawu jest taki próg. Podejście na niego na nartach jest dla mnie wyznacznikiem techniki podejścia, siły i warunków śniegowych. Tego dnia nikt z nas nie podszedł. Załóżmy, że wszyscy z powodu nikłej pokrywy.

Na progu Zmarzłego Stawu (jest tam pod śniegiem). No a przed nami droga na Zawrat. Na nartach da się podejść do połowy widocznego po środku fotografii żlebu. Nadludzie wchodzą na przełęcz bez ściągania nart, ja w wolę w połowie zamienić kij na czekan.


MisQ w żlebie. 

Śnieg w żlebie wygląda na fajny, nie jest ani za miękko ani za twardo, nie przepada, nie pęka. Widzimy tylko jeden ślad zjazdu, za chwilę (po naszym zjeździe) będzie tu wyglądać jakby stado wygłodniałych dzików wpadło w kartoflisko. Zawsze mam trochę wyrzutów sumienia zawalając śniegiem wybite przez piechurów stopnie. Niestety nie zawsze da się tego nie zrobić, bo zwykle droga podejścia idzie środkiem żlebu (lawinowo słusznie) lub trawersuje. Pocieszam się, że wiatr uporządkuje sprawy w kilkanaście minut.

Selfie by MisQ. Wbrew pozorom chłopaki cieszyli się z tego, że są na Zawracie ;)

I już w komplecie (selfie by Lukcio)

Przepak, zapinanie butów, ściaganie fok i spojrzenie w dół. Łapię tradycyjny dygot przed stromym zjazdem. Liczę sobie do 10 i przypominam jak tędy wielokrotnie zjeżdżałem. Jest to coś niesamowitego - odważyć się na pierwszy skręt i wszystko magicznie mija. Znowu potrafię jechać na nartach, tym bardziej, że śnieg jest znakomity i można jechać płynnymi skrętami. Zjazd nie jest długi, ale warto jest się wspinać cały dzień. Czeka nas jeszcze próg ze Zmarzłego Stawu. Przypominam sobie jakie to było wyzwanie jeszcze kilka lat temu. Wąsko, kamienie i lód. Dzisiaj robimy to w dość sprawnie.

Popas już w Gąsienicowej. Nie ma warunków do zjazdu starą nartostradą. MisQ robi selfie, Mateusz i Tomek oceniają jak daleko na ten Kasprowy.

Zapada decyzja - jeszcze jedno podejście na Kasprowy Wierch i zjazd przez Dolinę Goryczkową, jest dość wcześnie i poza tym, że jestem dość konkretnie wyrypany to nie mam argumentów przeciw. Idziemy więc. Na górze jest już mało ludzi i wieje. Na szczęście już tylko łatwy zjazd po stoku. Zjeżdżamy najpierw po trasie na chwilę zbaczając tylko na nieubity teren. Dobra decyzja. Cudowne 500 metrów. Później bez problemów docieramy na nartach do Kuźnic i dalej aż do zaparkowanych samochodów.

Na stronie KW Kraków ktoś napisał, że czekanie na puch w Tatrach jest jak oczekiwanie surfera na wielką falę na ...brzegu Bałtyku. Ten rok jest szczególnie dla wytrwałych i zdeterminowanych. 3 stopień zagrożenia (a o taki był tego dnia) sugeruje, że w śniegu w górach tony... I tak jest, ale tylko tu i ówdzie. Nie ma podkładu. Kosówka dziarsko pręży się ponad śnieg, kamienie czyhają tylko na ślizgi i krawędzie. 

Ponieważ MisQ był od piątku w Dolinie 5 Stawów to postanowiliśmy podziałać tutaj, a dokładniej wejść do Doliny 5 Stawów i zobaczyć co dalej. Od Palenicy asfalt ledwo liźnięty białym, szlak wzdłuż Roztoki biały i kamienisty. Śniegu naprawdę niewiele, dlatego zdecydowaliśmy się iść przez Siklawę. Szlak zdecydowanie w zimie nie zalecany, ma na koncie kilka ofiar, ale tak po prawdzie przy tej ilości śniegu czujny jest tam tylko jeden 50 metrowy odcinek. Śnieg jednak padał i na dodatek wiało w ciągu ostatnich dwóch dób.

W D5SP wyjaśniło się niewiele więcej, zrezygnowaliśmy z Koziego Wierchu, okazałe zsuwy w Szerokim Żlebie ostudziły entuzjazm, tym bardziej, ze wyglądało, że górna warstwa pojechała bez ingerencji człowieka. Zsuw to taka lawina o ograniczonym rozmiarze. Zasypać nie zasypie, ale może nieźle sponiewierać jeśli po drodze trafi się na skały lub drzewa. 

Wybraliśmy drugi obiekt - Gładką Przełęcz. Z daleka było widać nawisy na grani, ale ruszyliśmy w tamtą stronę z zamiarem zdecydowania u podnóża. Kiedy zbliżyliśmy się na 200 - 300 metrów zeszła chmura. Jedynym rozsądnym wyjściem przy takim stanie śniegu był odwrót. Lepszy dobry odwrót niż jego brak kiedy trzeba.

A tak to wyglądało z perspektywy MisQ, który przez chwilę nas obserwował spod szczytu Koziego (zawrócił, zapewne rozsądnie). Gładka Przełęcz to ta najbardziej po prawej. Za nią czai się chmura, która powiedziała nam w "dowidzenia" w imieniu bardziej ambitnych celów tatrzańskich tego dnia.

Posiadówa w Schronisku, pogaduchy z Patrycją, która uczestniczyła w kursie skiturowym i jedziemy w dół. Wybraliśmy litworowy żleb, a właściwie kluczenie pomiędzy kosówką. Nie było to zbyt spektakularne zdarzenie narciarskie. Mieliśmy się zatrzymać przy szałasach, ale lenistwo kazało pojechać dalej szlakiem. 

Moje amaruqi zapłaciły za to sporą wyrwą, ucierpiały też atomiki Andy`ego. Nasz stały serwisant, starszy Pan i szczególarz bardzo się ucieszył. 

Ech skitury w polskich pięknych Tatrach. Nie dało się nigdzie wejść, a pod wieczór było tak.

 

niedziela, 21 lutego 2016

Tym razem operowaliśmy w Tatrach Zachodnich. Zima w Tatrach jest jaka jest. Patrzymy na filmy z Kolorado albo Alaski, a w naszych pięknych górach mamy nawiany ciężki śnieg, betony i generalnie mizerię. Żeby trafić jednak na tzw. "warun sezonu" trzeba próbować. Ja zresztą w ogóle jestem dziwny bo podoba mi się w zimie zawsze: czy pada śnieg i są chmury, czy jest lampa.

No w każdym razie pomimo lawinowej trójki wyszliśmy (Andy, Lukcio, MisQ i ja) ponad granicę lasu, a tam śniegu zdecydowanie nie "trójkowe". Szreń i nawiane, w lesie więcej świeżego śniegu, ale bez podkładu. To wszystko nie przeszkodziło wykonać kilku fajnych skrętów.

Andy wśród choinek. Zdjęcie MisQ.

niedziela, 24 stycznia 2016

Śniegu w Tatrach ciągle niewiele. Ruch skiturowy skupia się w okolicach Kasprowego Wierchu. Tydzień wcześniej oglądnąłem sobie Wrota Chałubińskiego, wyglądały na dobrze przykryte. Pytaniem było, czy możliwy jest zjazd do Nadspadów (dolinka nad Morskim Okiem), a później na taflę Morskiego Oka.

Postanowiliśmy to sprawdzić z Marcusem (Piotrkiem). Od rana ziiiimno. W Nowym Targu o poranku - 22 st., w Dolinie Białki (od Palenicy Białczeńskiej) na szczęście nieco lepiej - 16 st. Za to od rana lampa, od różowej poświaty o świcie, po ultramarynę koło południa. Da się iść w nartach od parkingu, cieszymy się perspektywą przebycia "za darmo" 9 kilometrowego odcinka nudnego asfaltu w drodze powrotnej. 

Trochę rozważamy zagrożenie lawinowe. Wiatr, temperatura i opad były w ubiegłym tygodniu umiarkowanie "lawinotwórcze", ale w Tatrach obowiązuje lawinowa dwójka. Werner Munter zaleca trzy poziomy oceny: regionalny, lokalny i miejscowy. Ten pierwszy dotyczył w ogóle warunków Tatrach, lokalny dotyczy doliny gdzie się zamierza działać, a miejscowy konkretnego stoku, żlebu etc. Regionalny wypadł ok, temperatury były ujemne, suma opadów w tym obszarze to 10 cm w stosunku do ubiegłego tygodnia, wiatr umiarkowany. 

Wspinamy się "ceprostradą" do Dolinki za Mnichem, da się iść na fokach, podchodzimy pod żleb na Wrota. Kopię profil żeby sprawdzić warstwy. Wygląda to dość dobrze. Warstwy związane, co miękkie to na górze.

Marcus na podejściu i apetyczne, dziewicze pole, będzie można założyć ślad

Jakaś ekipa idzie przed nami wybijając stopnie, jest trochę łatwiej. W dół od połowy stoku zjeżdżają na tyłkach i to jest ok, w ten sposób szybko i łatwo. Na Wrotach spotykamy zespół, który powiązany liną próbował przejść grań w stronę Szpiglasowego Wierchu. Wycofali się - za późno, za dużo śniegu na obejściu. Miny słabe. Dobry wycof jest lepszy niż jego brak - żartuję. Fajna ekipa z Kalwarii Zebrzydowskiej. Proszę ich żeby poczekali aż zjedziemy żeby im czegoś na głowę nie spuścić. Jeśli coś mnie niepokoi to pierwszy fragment żlebu - nietknięty stopą, stromy i pełen nawianego ciężkiego śniegu. Tak wygląda lawinowa dwójka właśnie. Te kilkadziesiąt metrów niepewnego, na przestrzeni wielu kilometrów.

Kije skrócone na podejście teraz muszą wrócić do swoich 120 cm.

Czekamy jeszcze aż kolejny zespół podchodzący żlebem osiągnie bezpieczne miejsce. Plecak, buty, czekan do kija. Łapie mnie lekki dygot przed ruszeniem w dół, pierwszy żleb w sezonie, kilka głębszych oddechów i przypomnienie trudniejszych sytuacji pomaga. I tak najważniejszy jest pierwszy skręt, jeśli poczuję kontrolę to dalej będzie lepiej. No to jedziemy. Jest dobrze, śnieg trzyma. Zakładam ślad na nietkniętym śniegu. Nagroda za to żeby się nie przejmować ogólną opinią - nie ma warunków na skitury w Tatrach Wysokich. 

Kilkanaście skrętów i jesteśmy na dole, dalej ruszamy z progu Dolinki za Mnichem w stronę Nadspadów. Jeszcze kilka fajnych fragmentów zjazdu, niestety tu już czasami narta zahacza o wystające kamienie. W końcu po dyskusji decydujemy się nie pchać w stronę Morskiego Oka tylko wrócić szlakiem. O swobodnej jeździe i śmigu hamującym przy tej ilości śniegu nie ma mowy. Szlak ma szerokość 50 cm, po prawej urwisko, po lewej skały. Zakładamy więc foki korzystamy z ich naturalnego oporu. Jedna z moich fok szybko odmawia posłuszeństwa i spada raz po raz. Srebrna taśma na zjeździe nie daje rady. Decyduję się na zjazd z foką na jednej narcie..., a ostatnie kilkadziesiąt metrów znoszę narty. 

Kanapka w schronisku i obstawianie czasu w jakim przebędziemy czekające nas 9 km po asfalcie. Piechotą to normą szybkiego marszu jest 1 h 40 min. Szacuję - 30 minut. No rzeczywiście sama przyjemność jazdy w dół, zwłaszcza, że odprowadzani jesteśmy zazdrosnymi okrzykami idących w dół turystów. Sam bym krzyczał, bo powroty tym asfaltem orzą psychę.

środa, 20 stycznia 2016

W ramach uzupełniania kompetencji górskich i ochrony integralności tyłka swojego i moich kolegów zapisałem się na kurs lawinowy. Kurs organizowany przez Klub Wysokogórski Kraków, a dokładniej Fundację im. Anny Pasek, a prowadzony przez Szkołę Górską Morskie Oko.

Łażę po górach pieszo i na nartach dość intensywnie od 6 lat. Jak to w procesie uczenia zacząłem od nieświadomej niekompetencji w sprawach lawinowych. Coś przeczytałem, a głównym źródłem informacji o tym czy może wyjechać, czy nie był komunikat lawinowy TOPR. Krok po kroku dowiadywałem się co raz więcej. Książka "Kochaj śnieg, unikaj lawin" Marcina Kacperka, "Góry, Wolność i Przygoda" (aut. Graydon Don, Hanson Kurt), "Lawiny. Poradnik dla narciarzy i turystów" (Holger Feist, Tobias Kurzeder) niezliczone publikacje w sieci, filmy, artykuły. I dalej analiza wypadków prowadzona przez TOPR i HZS, analiza komunikatów śniegowych IMGW (szkoda, że już ich nie ma)...  i wreszcie weryfikacja teorii z praktyką. Wizyty w górach od wczesnej zimy do późnej wiosny, o różnych porach roku i pogodzie, od deszczu po trzeszczące mrozy, na stokach o różnej wystawie i nachyleniu. Po tych terrabajtach informacji osiągnąłem pozom ... bardzo świadomej niekompetencji.

Czas był to zmienić i przejść na wyższy stopień, bo chociaż "lawina nie wie, że jesteś ekspertem", to jakoś łatwiej jest nie wpakować się w g... z przygotowaniem.

P60116125148

Zgrupowanie na tafli Czarnego Stawu pod Rysami

Wybraliśmy się z MisQ i Patrycją. 3 dni, 19 osób, kilku instruktorów. Wiedza w większości (tak z 95 % mi znana), ale wieczorne i poranne wykłady były nieźle sformatowane. Istotna jednak była praktyka. Nic tak dobrze nie robi jak znalezienie kilku zakopanych dektorów we mgle, przenikliwym mrozie i padającym śniegu. Z chłopakami od dwóch lat chodzimy w góry z lawinowym ABC (detektor, sonda, łopata), jednak kilka dobrych porad od strony fachowców otwiera oczy, tak samo z sondowaniem i kopaniem śniegu. Z MisQ zgłosiliśmy się też na ochotników żeby dać się zasypać w jamie śnieżnej. Szu, szu, szu... Chłopaki działają łopatami a jama zamienia się śnieżny grobowiec. I to nic, że wiesz, że to tylko ćwiczenia i zaraz Cię odkopią. Instynkt każe Ci uciekać. Byłem zasypany może z minutę zanim zaczęli odkopywać, jednak miałem wrażenie, że leżę tam już 5 minut. No i jeszcze jedno - zasypanego prawie zupełnie nie słychać pomimo, że drze się wniebogłosy. Okrutne jest to, że dla odmiany zasypany słyszy wszystko doskonale, ale nic z tym nie może zrobić.

12540082_995700500498010_264415669_n

Profil należy obciążyć... Statycznie nie wystarczyło (było dość stabilnie), więc czas na mocniejsze argumenty - obciążenie dynamiczne

Ostatniego, trzeciego dnia kopanie profili śnieżnych i praktyczne zajęcia terenowe. Na szczęście dla kursu sypało mocno przez dwa dni i umiejętność wyboru drogi była nie tylko ćwiczeniem teoretycznym. Na Hali pod Mnichem u stóp Miedzianego było dość czujnie. Tomek Nodzyński zarządził torowanie w głębokim śniegu. Tomek jest uznanym w środowisku fachowcem i razem z prezentującym praktyczne podejście do zagrożeń Michałem Trzebunią stanowili niezły miks. Od unikania ryzyka po świadome nim zarządzanie. To drugie podejście umożliwia jakiekolwiek akcje górskie.

12570938_995701817164545_774133777_n

No i na koniec pozorowany alarm na lawinisku... O matko jaki tam był burdel. Jedni mają detektory na search inni jeszcze na send, hałas i pikanie. Udało się w końcu znaleźć detektor imitujący zasypanego... ale po tym bałaganie :

- jak ogarnąć role

- jak szukać

- jak kopać

No i oczywiście co dalej, ale to już lepiej znane z kursów pomocy przedmedycznej.

18:01, kubak_mtb
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 10 stycznia 2016

Okres świąteczno-noworoczny to był czas, w którym kostucha po obu stronach Tatr jakby chciała nadrobić czarne statystyki 2015. Scenariusz śmiertelnych wypadków był dość zbliżony - poślizgnięcie, zsuw po zmrożonym śniegu i uderzenie o skały lub upadek z wysokości.

Przyznam, że zawsze z uwagą śledzę wszelkie doniesienia o wypadkach w Tatrach, tych letnich - taternickich oraz wszystkich zimowych. Informacje o wypadkach po polskiej stronie zwykle trzeba gromadzić z wielu źródeł, bo kroniki TOPR są przekazywane z opóźnieniem. HZS (Słowacki TOPR) podaje szybkie i dokładne analizy przyczyn oraz przebiegu wypadków, to dobre źródło informacji - jest szansa w swojej praktyce uniknąć błędów, czasami też z tej analizy wynika tylko wniosek - shit happens.

Bywa, że o wypadki uczestnicy się proszą, innym ulegają osoby dobrze przygotowane, posiadające wiedzę, sprzęt i umiejętności. Te pierwsza grupa ciągle potrafi wzbudzić niedowierzanie, że można aż tak głupio. Tragedia jest jednak tragedią i lepiej powstrzymać się z oceną. Druga grupa zdarzeń, tych, które dotykają doświadczonych, nierzadko profesjonalistów górskich, jest źródłem doświadczeń i odpowiedzi na pytania: w jaki sposób zmienić swoje działanie w górach, żeby uniknąć dramatycznych sytuacji.

Na podejściu do Doliny Pięciu Stawów. Słońce, mróz i maleńko śniegu

Akcja TOPR. Tego dnia, o tej porze, kiedy Andy zrobił to zdjęcie, w tym miejscu (okolice przełęczy Krzyżne, za kosówką) 19 letnia turystka zsunęła się w stronę Doliny Pańszczycy, niestety wypadek śmiertelny.

Więc gdy Andy zaproponował wyjście w góry od razu miałem ochotę sprawdzić, czy warunki w Tatrach są trudniejsze rzeczywiście od tych, które znam z naszych wielu zimowych eskapad? Idziemy tylko we dwóch. To, że jest twardo i mało śniegu to wiadomo. Kozia Przełęcz zdobywana od Pustej Dolinki to był cel w sam raz. Umówiliśmy, że dodatkowo zabierzemy liny i cały szpej, bo choć podejście jest tam oczywiste, warto nie stać się bohaterami kolejnych doniesień.

Zimno. Kiedy wychodziliśmy z parkingu w Palenicy było - 16 st., za to sucho (jak to przy takiej temperaturze) dlatego śnieg dobrze trzymał, trzeba było uważać tylko na lodowe jęzory na podejściu. Decydujemy przejść przez Siklawę żeby pooglądać zamarzający wodospad i dalej bez posiadu w schronisku w stronę Pustej Dolinki. 

W Dolinie Roztoki spotykamy pojedynczych turystów. Widocznie medialne informacje i apele TOPR o niewychodzenie w wysokie góry trafiają tam gdzie trzeba.

Andy, a za nim Zamarła Turnia

Pusta Dolinka to jedno moich ulubionych miejsc w polskich Tatrach, tajemnicza i osłonięta. Po prawej urwisty Kozi Wierch na wprost moje marzenie (plan) wspinaczkowy Zamarła Turnia. Chciałbym poprowadzić kiedyś tam drogę... No ale na razie sza - ścianka, skałki, trening i doszkalanie! Może w październiku się uda. Pod Zamarłą operuje jakiś zespół wspinaczkowy.

Lodoszreń zalegała w Pustej Dolince. W żlebie było nieco lepiej.


Na podejściu w Pustej Dolince

Żleb Koziej wygląda dobrze. Jest twardo, ale bez przesady. Lodoszreń, o której TOPRowcy mówią obrazowo w komunikatach "Szklane Góry", spotykamy tylko na wypłaszczeniach. Przypominam sobie co najmniej dziesięć innych wyjść w których lodoszreń lub szreń łamliwa pokrywała całe góry. Dodatkowo jeszcze są wybite stopnie. Szybko oceniamy. Nie jest źle, mogłoby być wcześniej, ale  damy radę. Hamowanie czekanem jest możliwe pod warunkiem, że zareaguje się błyskawicznie. Jeśli jednak po kilku metrach to się nie uda, to nie uda się w ogóle. Pod wrażeniem doniesień i zgodnie ze szkoleniowym celem tej wycieczki postanawiamy iść z pełną asekuracją, tj. ze stanowiskami etc. Do góry wystarczy jedna lina połówkowa (nasz sterling fusion ma atest na linę pojedynczą, więc zgodne ze sztuką). 

Pierwsze stanowisko jest wygodne oparte o taśmy i kość. Przeloty zamierzam dawać rzadko, bo tu nie ma mowy o locie co najwyżej o zsuwie. Idzie mi się bardzo swobodnie. Raki i czekan dają dobre oparcie, więc kolejne wpinki są robione w poczuciu przyzwoitości, bardziej niż z poczucia zagrożenia. 

Drugie stanowisko, szukam rys i szczelin do osadzenia kości.

Drugie stanowisko to jednak większy problem. W przysypanym śniegiem żlebie znaleźć takie miejsce, które pozwala na umieszczenie dwóch przyzwoitych punktów zajmuje czas. Opieram się pokusie zrobienia tego na odpiernicz, więc cierpliwość Andy`ego jest wystawiana na próbę czasu. Dobrze, że mamy słoneczko w plecy, więc tkwienie na stanowisku oraz motanie nowego nie jest okupione przemarznięciem. Wszystkie operacje udaje się realizować w cienkich polarowych rękawiczkach. 

Jakaś ekipa pojawia się na przełęczy z zamiarem zejścia drogą naszego podejścia. Weszli tu od tej nieco łatwiejszej strony - od Koziej Dolinki, po drugiej stronie grani. Śniegu mało więc mogli korzystać z odsłoniętych łańcuchów. Ktoś rozpoczyna zejście, ale po kilku krokach rezygnuje - zbyt stromo i zbyt twardo. Wracają drogą swojego podejścia. Żleb jest wiec tylko dla nas.

 

Idzie Andy. Szybko się porusza w górę trudno nadążyć w wybieraniem liny.

Wreszcie mogę dać komendę "Chodź". Andy szybko znajduje się przy stanowisku w połowie żlebu. Mam nadzieję, że 60 metrów liny wystarczy do przełęczy i tam będzie można skorzystać z kolucha łańcuchów, bez konieczności budowania stanowiska. Niestety... zabrakło nam z 8 metrów. Zasada, która mówi, żeby szukać miejsca do budowania stanowiska na 10 metrów przed końcem liny. Miotam się góra-dół w końcu udaje się osadzić dwie kości i połączyć je taśmami. "Siadły" dobrze. 

Trzecie stanowisko. Słońce chowa się już za grań. Ruchy, ruchy...

Proszę Andy`ego żeby przeszedł obok i poszedł ponad stanowisko, a tam wpiął się do kolucha. Kilka zdjęć i telefonów, że wszystko jest ok (wreszcie jest sieć) i zjeżdżamy na dół.

Przygotowania do zjazdu. Cień coraz wyżej.

Pierwsze 60 metrów na dwóch żyłach i tzw. "górnym przyrządzie", najpierw Andy, później ja. Swój zjazd kończę już po zmroku. Kolejne zjazdy będziemy trochę improwizować. Teren jest na tyle łatwy, że asekurujemy z półwyblinki na karabinku (HMS) przypiętym do czekana wbitego do śniegu, na którym stoi asekurujący. Na zsuw powinno wystarczyć, najlepiej jednak się nie zsuwać dlatego warto jest utrzymać koncentrację   - lewa noga wbita, prawa noga, czekan, lewa... itd.

Dość sprawnie poruszamy się w dół i około 18 jesteśmy już w bezpiecznym terenie. Teraz znaleźć w mroku drogę do schroniska. Początkowo widać ślady, które jednak gubimy na twardej skorupie. Gdzie dalej... Gasimy czołówki. Gwiazd miliony, brak księżyca więc i na podstawie kształtów konturów szczytów orientujemy swoje położenie... Miedziane, Szpiglas, Kostury... Już wiadomo gdzie iść. Raki chrzęszczą o lód, ekspresy pobrzękują radośnie. Jest miło, a jeszcze bardziej, kiedy pojawaia się wizja herbaty, piwa i kanapek w schronisku w Dolinie Pięciu Stawów Polskich. 

Około 19.30 wreszcie światła schroniska. Tu popas, porządkowanie szpeju i ruszamy na dół do Doliny Roztoki. Warto być czujnym, bo lód pod śniegiem czyha na beztroski krok. Zaliczamy po kilka gleb i około 22 jesteśmy na parkingu w Palenicy.

No i po drodze spotyka nas najbardziej niepokojący moment tej wycieczki... Lekko przymarznięta ropa co rusz przytyka silnik samochodu. Las, - 16 stopni, godzina 22... My lekko zmarznięci i zmęczeni. Nie mam ochoty na takie przygody. W końcu dławiąc się i prychając ford dowozi nas do stacji w Białce. Kupujemy samochodzikowi dopalacz (uszlachetniacz) i możemy wracać do Krakowa.

Podsumowując. Zdarzało się bywać w znacznie trudniejszych warunkach. Z wypadków warto jednak wyciągnąć nauczkę, że w takich warunkach lina pomaga i trzeba ją właściwie zastosować. To jednak wpływa na tempo poruszania się zespołu, a to trzeba uwzględnić przy planowaniu.

piątek, 08 stycznia 2016

Wystające kamienie, trawa i kosówka, 15 cm śniegu tu i ówdzie ułożonego w wąskie pasy. Warunki na skitury dla koneserów. Skoro jednak ostatnie turowanie to były czerwcowe Rysy ciśnienie było spore wiec z Lukciem i Andym poszliśmy.

20151212_14.01.26

Pod szczytem śniegu znośnie, na samej grani przepadająca szreń.

P51212142830

Pierwsze tury w sezonie 2015/2016 zasługują na selfie. Zjazd fajny i co ważne aż do Kuźnic.

Iść czy nie iść? Wycofać się czy nie?

Najczęściej idzie się jeśli prognoza pogody jest dobra, to znaczy nie ma zapowiedzi huraganowego wiatru, masywnych opadów lub chmur zakrywających wszystko. Przed tym wyjściem prognozy a wraz z nimi pogoda psuły się systematycznie. I tak też było tego dnia. Miałem ogromne parcie aby wejść w Załupę H, ucieszyłem się, że pójdziemy razem z PePe, który operował wspinaczkowo w różnych górach, co prawda głównie latem, ale przy odrobinie ogarnięcia da się połączyć doświadczenie wspinaczkowe, górskie i zimowe.

PePe nad Czarnym Stawem Gąsienicowym. Chmura skrywa Kościelec, to nie wróży dobrze. Stąd idziemy na Przełęcz Karb. Ślisko, wiec czujnie.

Załupa H to łatwa wspinaczkowa droga, wyceniana na II i III. Biegnie na Zadni Kościelec, stamtąd można albo wrócić z przełęczy między Kościelcami do podstawy albo próbować dołożyć Drogę Gnojka i z Kościelca zejść już bezpośrednio szlakiem turystycznym.

Po zejściu z turystycznego szlaku po raz enty okazało się, że nie mam stuptutów. Tak to jest kiedy w zimie głównie chodzi się butach narciarskich i śnieg nie ma jak dostać się do butów, więc branie ochraniaczy nie jest dla mnie odruchem. Na początku to po prostu niemiłe kiedy śnieg topi się i woda spływa po kostkach, po kilku godzinach może to być problem stopy marzną, buty nie mają szans wyschnąć.

Trzeba sobie jakoś radzić. Srebrna taśma, która służyła już jako pasek, sznurówka, zaczep do fok, zestaw remontowy dla kija tym razem zastąpiła stuptut. Nie działała idealnie, ale było lepiej niż bez.

Andy jednak zdążył zmarznąć w stopy. Na dodatek w chmurze i po świeżym śniegu mamy spore wątpliwości, czy dobrze idziemy. Trochę marszu na orientację i po 40 minutach podchodzimy pod ścianę. Załupa to czy nie Załupa. Porównujemy z topo i zdjęciami. Załupa. Jest już jednak późno, a na dodatek wygląda na to, że bez sprzętu do wspinaczki lodowej (dziaby, inny rodzaj raków) wchodzenie. Radzą żeby w przypadku verglasu (warstewka lodu) po prostu odpuścić.

Załupa H. Tego dnia góra powiedziała nam NIE DZISIAJ PANOWIE. Grzecznie się ukłoniliśmy, przeprosiliśmy za niepokojenie i wróciliśmy na przełęcz.

Pogoda jednak rządzi. Brak widoczności, świeży opad śniegu i późna pora Odpuszczamy, nawet bez żalu, lepszy jest dobry wycof niż głupie pchanie się w kłopoty.

Odwrót, pogoda jednak się nie poprawia. Andy szuka drogi.

Kuźnice pożegnały nas pięknym zimowym wieczorem w parku

czwartek, 07 stycznia 2016

Jak co roku na początku listopada tradycyjna wycieczka na Szpiglasowy Wierch. Listopad w górach to jeden z fajniejszych miesięcy. Mało ludzi, jesienne słońce. Brać jak dają za darmo. To jedno listopadowe wyjście na Szpiglas jest przeznaczone na luz, odpoczynek i lenistwo oraz wygłupy.

P51108112306

Kozi Wierch, tam nie idziemy, ale ładnie wygląda przykryty czapką z chmury.

P51108125255

Dłuugi popas w pustej dolinie Pięciu Stawów Polskich. Wieje, ale i świeci jak trzeba.

P511081410121

Próba skoczności Andyego i MisQ zakończona dość miękkim lądowaniem. Muszę przyznać, że i Lukcio i ja braliśmy udział w jesiennych lotach. Jeśli jest miękki dywanik - warto spróbować.

P51108160227

No i nostalgicznie. Lukcio na jednym z bocznych wierzchołków Szpiglasowego Wierchu. Z tyłu ładnie widać Świnicę (ta najwyższa) po prawej Niebieska Turnia a grzbiet po lewej bliżej to Walentkowa.

 

sobota, 31 października 2015

Mnich, Drogą Robakiewicza i Drogą przez Płytę

Dawno nie bylismy w komplecie. Od ostatniego wpisu byłem na kilku wycieczkach w Tatrach. Kościelec, Kopa Kondracka, Kozi... 
Ale głównie rower i skały zajmowały mi sportowy czas. Mnich w rozmowach Grupy przewijał się od kilku lat. W ubiegłym roku w listopadzie chłopaki próbowali się przymierzyć, ale odpuścili (słusznie) ostatni fragment. Bez asekuracji konsekwencje błędu byłyby ostateczne. Wróciliśmy więc ze sznurkiem.

Niedziela, nieliczni turyści, piękna pogoda, super ekipa. Takie Tatry mieć dla siebie to trzeba przeczekać okres od czerwca do września. Mnich to ta rekinia płetwa po prawej. Foty Lukcio i MisQ

Podążamy ceprostradą w stronę Dolinki za Mnichem. Mam w głowie podejście Drogą Robakiewicza i po krótkiej deliberacji u podstawy Mnicha udaje się ustalić stanowiska - idziemy w górę właśnie tą drogą. Mamy dwie liny połówkowe, które mają atest na linę pojedynczą. Ważą więcej, ale dają sporo możliwości. Atest na linę pojedynczą oznacza, że możemy iść w dwóch dwuosobowych zespołach powiązani sznurkami, które wytrzymują taką asekurację. Bez kompromisów, a zasada jest taka, że dwa dwuosobowe zespoły idą znacznie szybciej niż jeden czteroosobowy.

Mnich od strony północnej. Po prawej jest nasza droga, Droga Robakiewicza.

Motanie przed pierwszym wyciągiem. Idę, Lukcio asekuruje, Andy rozważa jak "szła ta ósemka" ;)

Z MisQ zostawiamy plecaki pod skałą. Jakoś tak się składa, że prowadzę. Zakładamy więc raki, a czekan jest jak zwykle moim najlepszym przyjacielem. Trawki, rysy, czy śnieg - wszystko z nim współpracuje. Jest pewien problem z zakładaniem punktów asekuracyjnych, bo wszystko przysypane śniegiem. Na szczęście idzie się łatwo i głównie po śniegu i lodzie, więc błąd kosztowałby nie tyle lot, co zsuw. To też nauka wspinania tradowego. Szukanie szczelin, dobieranie odpowiedniej wielkości kości, sprawdzanie czy "siadła". Tam gdzie można zakładam pętle. 

Po pierwszym wyciągu w Drodze Robakiewicza. Lukcio gotowy do asekuracji, a MisQ asekuruje z góry Andy`ego.

Na podejściu na Mnich towarzyszy grupa prowadzona przez TOPRowca, który wciąga na szczyt swoich klientów, a poza tym żywej duszy. Taki luz tutaj to rzadkość i komfort, bo w szczycie sezonu czasami trzeba nawet godzinę czekać w kolejce na tzw. "atak szczytowy :)".

Sprzętu mamy ograniczoną ilość więc po dwóch wyciagach trzeba się wymienić kośćmi i taśmami. Raz robi mi się cieplej, na pierwszym wyciągu, w stosunkowo łatwym terenie stoję na czubkach zębów raków i próbuję osadzić kość w którą trzeba wpiąć ekspres i linę. W tym momencie raki puszczają. Dobry odruch uchronił mnie przed dość długim lotem/zsuwem. Mocno zaciśnięta lonża na nadgarstku oraz dobrze osadzony czekan zanim pozwoliłem sobie na puszczenie chwytu. To już trzeci raz zimą w górach ratuję się przed kłopotami z powodu tego dobrego zwyczaju. 

Kiedy wchodzimy na balkon pod szczytem przestaje iść dobrze. Kompletnie głupio zostawiamy z Lukciem tam raki i czekany. Rzeczywiście przeszkadzały, ale żaden z nas nie pomyślał, że zjazd będzie inną drogą. Brawo!

Krzyczymy do Andyego i MisQ żeby zabrali szpej. Niestety nadmiernie obciążony Andy rozstaje się z jednym z czekanów, który wpada do szczeliny. W normalnej sytuacji to nie problem, ale tu tak. Ponieważ zmieniliśmy sposób asekuracji - poza Lukciem - asekuruję tez drugi zespół z górnego stanowiska (super bezpieczne) to MisQ musi sam się asekurować ze swojego stanowiska, a ja muszę mu wydawać linę żeby dotarł do Andyego. Ech... to wszystko trwa.


W końcu hurrra... Gramolę się, a później krok po kroku cała ekipa.


Powierzchnia jak dwóch stołów kuchennych, ale są spity i stanowisko do zjazdu, więc jest gdzie się wpiąć pewnie i wygodnie posiedzieć. 

Niestety robi się późno  i ziiiimno. Wlazłem tu ponad godzinę temu. Trzeba spadać.

Motamy stanowisko do zjazdu i w dół. Tu już warto wykorzystać dwie liny. Jeden po drugim, ja po drodze muszę jeszcze złożyć kurtkę pożyczoną od MisQ oraz wymienić bloker na grubszy (repsznur zawiązny na linie) bo ten, który dobrze działa na linie pojedynczej, na podwójnej nie chce współpracować. 


Zjeżdża Andy. Miał pecha, bo jego HMS (zakręcany karabinek) został na górze... Nie dał się odkręcić. Musiał odciąć pętlę żeby się wyzwolić. To nie koniec strat. Wykorzystując jakiegoś firenda (kość mechaniczna) zrobiłem przelot wykorzystując kość... To była tak dziwna konstrukcja, że nikt nie zauważył, że trzeba ją wziąć :( Kolejna nauczka.

Po pierwszym wyciągu chwila zastanowienia czy da się zjechać niżej, ale zwycięża głos rozsądku, schodzimy ścieżką turystyczną bo nie ma pewności, czy wystarczy liny. Pewnie tak, ale głupio się o tym przekonywać nocą. Na dodatek niestety okazuje się, że swoją czołówkę zostawiłem w plecaku, a tu już noc. MisQ i Andy świecą z przodu i z tyłu. Czołówka znajduje się w plecaku. Schodzimy do schroniska, tam wpis do książki wyjść taternickich, wiśniówka i fetowanie wyjścia.

PS. Tworzę ten wpis oglądając kątem oka finał Pucharu Świata w Rugby pomiedzy Nową Zelandią a Australią i utwierdzam się w swojej odwiecznej niechęci do piłki noznej. Nie do końca wiem o co chodzi w tej dyscyplinie, ale jest ogień, emocje. Nowa Zelandia rulez, a Haka w ich wykonaniu tylko uświadamia jak niedawno wyszliśmy z tej jaskini.

niedziela, 06 września 2015

Wierch pod Grań Fajek kusił swoją ekspozycją. Technicznie (no... droga) trasa nietrudna, konkretna lufa po jednej (Dolina Gąsienicowa) i drugiej (Dolina Pańszczycy) stronie sprawia, że cykor toczy ożywiony dialog z wiarą w możliwości.

Nawet sprawnie trafiliśmy na początek ścieżki podejściowej, która biegnie od szlaku na Granaty.

Trzeba być czujnym, bo rumoszu skalnego ogrom, a człowiek ma jakiś taki głupi zwyczaj żeby iść jeden za drugim, a w tym przypadku jeden pod drugim. Zdjęcia MisQ i Andy.

Jakaś ekipa operowała w Żebrze Czecha. Wyglądało na do przejścia, ale z dołu to często tak wygląda. 

Zdecydowaliśmy się na asekurację lotną, ze względu na brak trudności... no dużych trudności. Jeszcze nie mamy liny połówkowej, musiała więc wystarczyć złożona zwykła lina. Tu na zdjęciu początek tych bardziej eksponowanych momentów, próbuję przejść kominek nad wiecznością, Lukcio wspiera psychicznie, Andy zerka a MisQ fotografuje. Świadomość sporego luzu liny nad sobą. Trening mentalny :) Skup się na chwytach i stopniach nie lufie...

Prowadziłem, później Lukcio i Andy, oraz MisQ, który miał zbierać taśmy i ekspresy oraz nieliczne kości. Wystrzępiona grań daje dużo możliwości asekuracji.

A tu jak dalej?

W trzech miejscach zainstalowałem stanowiska i asekurowałem przy pomocy węzła, tzw. półwyblinki. Trzeba było ważyć między czasem wszystkich operacji sprzętowych, a rzeczywistą potrzebą. Najpewniejszy był ostatni fragment, gdzie w trakcie trawersu ja ściągałem linę do przyrządu asekuracyjnego a MiaQ ją wydawał. Pierwszemu i ostatniemu to niewiele pomagało, ale środek miał backup jak marzenie.

Sprawnie, ale wolno (4 osobowy zespół) dotarliśmy do stanowiska zjazdowego. Uff... Ta niepewność dręczyła mnie od rana - z czego będziemy zjeżdżać, czy będzie trzeba coś motać, czy zastaniemy jakiś gotowy pomysł. Był kamień i kilka taśm, dołożyliśmy swoją i juhuuu na dół.

No to w dół. Koniec Grani Fajek. Pozostało strome, ale łatwe podejście na Skrajny Granat i w dół szlakiem.

Ok, Tatrzańskie koty za płoty zaliczone. No... i wypatrzyliśmy kilka fajnych żlebów do zjazdu zimą.

sobota, 05 września 2015

Ha. Nie startowałem już dawno, ale zapisałem się ponieważ... 

a) Michałowice to fajny ogór

b) Przejechałem od początku kwietnia 4000 km 

c) Dobrze znoszę upały.

d) Chciałem sobie przypomnieć jazdę z numerkiem.

Zwłaszcza punkt C miał znaczenie. 37 stopni, niektóre odcinki to były odcinki specjalne wokół pieców hutniczych. Miałem zamiar pojechać na giga (coś koło 90 km). Maraton jak maraton pod miastem, dużo asfaltów, brak trudności technicznych, dwa sztywne podjazdy. Fajne było to, że mieszkańcy w kilku miejscach polewali wodą zawodników. Na pierwszym kółku odpuściłem i jechałem powoli. Nie trenowałem w tym roku, tylko jeździłem, więc nie miałem prawa oczekiwać, że będzie siła, zdolność do wysiłku w strefach mieszanych, beztlenowych etc... Mogłem tylko liczyć na wytrzymałość. Na sztywnym podjeździe w lesie próbowałem przyspieszyć, bo czułem, że mogę... ale organizm zaprotestował. Myślałem, że wybuchnę, postanowiłem się nie spierać z własnym serduchem i jechać w tempie, do którego było przygotowane (o jaka prawda życiowa wyszła :)

O jak sztywno było na tym podjeździe. 2 x podjechałem, ale w połowie 3 spadłem z roweru. Zdjęcie Magda Pi

Na trzecim kółku byłem sam... można byłoby napisać, że sam z myślami, ale tak naprawdę sam z pragnieniem, bo na przedostatnim bufecie dostałem do bidonu nierozcieńczony izotonik, drugi bidon zginął na zjazdach i przyplątała się hiperglikemia, marzyłem o wodzie. Nie było już kurtyn wodnych, bo na trzecie kółko pojechali nieliczni, więc zatrzymałem się przy wozie strażackim. Niezawodne chłopaki jak zwykle poratowali.

Wjechałem na metę po 5 godzinach z ogonkiem, nie sądziłem, że będzie podium. Andy, który na szosówce towarzyszył mi w kilku miejscach powiedział, że nie zapesza. Miło było dostać SMSa, że mam 3 miejsce w kategorii. Na giga wjechało 16 osób, w mojej kategorii 5.

Ale miałem radochę. Raczej na tej zasadzie, że udało się znaleźć pięć dych na ulicy, niż że na nie ciężko zapracowałem. Oczywiście kilometry, doświadczenie i determinacja, no i że w takim piekarniku nie odpuściłem i takie tam bla, bla... Umówmy się kolega na 2 miejscu był około 40 minut przede mną. Na tym poziomie można byłoby mówić o ściganiu.

środa, 02 września 2015

Chyba mam swoje modus operandi na trudne sytuacje, takie progowe. Po prostu Trzeba to zrobić. Zawsze z jakimś zaufaniem, że dam sobie radę i oceną ryzyka. Cykor wcale nie jest mniejszy, ale posuwa się sprawy do przodu. Tak było z narciarstwem wysokogórskim i tak było ze związaniem się sznurkiem. Najpierw wycieczka z Klaudią na Żabią Lalkę i olśnienie, że to łeb (poza techniką i siłą) ogranicza. Technikę i siłę można trenować. Czas na łeb - stąd pomysł kursu. Miał mi powiedzieć: tak się to robi, takie są dobre praktyki, a takie błędy.

Alleluja! Na kilka dni przed kursem zapisał więc oprócz wspinania będziemy mogli pracować nad procedurami górskimi. 

Żeby z długiego zrobić krótkie. Urlop. 6 dni w skałach. Po pierwszych dwóch zwątpienie czy dam radę, poobijanie, stany zapalne zaczepów mięśni, ibuprom, mętlik w głowie na temat wyblinki, flagowego, kierunków asekurowania... Po trzecim dniu euforia - sam zjechałem na tym co zmotałem i żyję. Po czwartym i piątym dniu obawa, czy dostaniemy kwalifikację na kurs taternicki, po szóstym dniu zakup liny i reszty gratów. 

Otwiera się nowy świat.

To zdjęcie dobrze obrazuje dzień I. Mam na sznurku człowieka, a człowiek wlazł wysoko. Czujność milion. Droga Rysa Łazików w Dolnie Bolechowickej. Wędka.

Następne dni to oprócz kursu nieustanne spory z Miśkiem o kolejność, dokładność, pewność... Mając nasze doświadczenie w górach latem i zimą gdzieś z tyłu było takie myślenie... Wisisz nad jakąś lufą, pada zimna mżawka lub marznący deszcz, odpadają Ci palce, zmierzch, zmęczenie... musisz zbudować stanowisko, a pod Tobą idą kumple, a pod Tobą ja... rób żesz to kurwa dokładnie. 

Dlatego po zajęciach siedzieliśmy w samochodzie przez dwie (sic) godziny i gadaliśmy: lina od ściany, zamek od ściany, węzeł taśmy z tyłu, zamki przeciwlegle, HMS w pętli, do HMSa drugi HMS.... i tak do znudzenia. Rozstawaliśmy się szczerze się nie znosząc, ale dopiero wtedy, kiedy każdemu w głowie ułożyła się jasna ścieżka procedur, które dopiero przećwiczyliśmy. W nocy śniły się stanowiska. Następnego dnia rano byliśmy znowu zgranym zespołem.

20150727_144524

A to już trzeciego dnia. Montujemy stanowisko - ćwiczymy włażenie na dwa wyciągi. Zaczyna się otwierać perspektywa na użycie tych technik w w wyższych górach. Jest radość. Z nami na stanowisku z a j e b i s t y faceti instruktor. Wojtek Szymandera "Szymon". Dobrze jest się uczyć gór od takich ludzi. Dobrze jest w życiu spotykać takich ludzi.

Dalej poszło. Wspinanie na własnej asekuracji, świat kości, friendów, heksów, tricamów i innych. Dużo nauki, jeszcze więcej możliwości

wtorek, 04 sierpnia 2015

Doroczna wycieczka dookoła Tatr. Jeden dzień, 201 km, ponad 7 h jazdy, prędkość przeciętna 27 km/h, maksymalna 72 km/h. Obrazy Tatr z ciemnej i jasnej strony i mocny peleton: Lukcio (Łukasz) MisQ (Michał), Miki (Mikołaj), PePe (Piotrek), Spotnick (Michał) oraz Andy (Andrzej), który w tym roku mniej jeździ na rowerze więc zapewnił nam... motocyklową eskortę. Można było wrzucić do jego kufra nadmiarowe banany i batoniki. 

Peleton, a przed peletonem Andy na motocyklu.

Pogoda ideał. Słoneczko, ale dość chłodno. Przygotowywałem się do tego wyjazdu od początku kwietnia, w tym czasie przejechałem prawie 3 500 km i udało się. Do 70 km było dobrze, była moc i choć kumple harpagany podjeżdżali szybciej nie musieli na mnie długo czekać. Później na chwilę mnie odcięło i posiadówa oraz posiłek za Liptowskim Mikulaszem był niezbędny. Najdłuższy, bo prawie 20 km podjazd do Strbskiego Plesa udało mi się przejechać równym tempem. W Strbskim tradycyjne dla tej wycieczki Brynzowe Halouski smakują wyśmienicie kiedy ma się w nogach 110 km po górach. Kiedyś próbowałem ich na wycieczce pieszej - nic specjalnego, kluski z sosem serowym.

Po kluskach deser - 30 kilometrów zjazdu, no i perspektywa najtrudniejszych kilometrów. Najpierw podjazd na Zdziar, a później na Łysą Polanę. Ten pierwszy mnie sponiewierał, jednak zbyt długa przerwa w treningach i baza tlenowa nie jest wystarczająco mocna. Chłopaki na szczęście poczekali przy Rondzie przed Polaną Poroniec, a później przy Brzezinach i dzięki temu miałem koło aż do Chochołowa. 

Sprytny film z objazdu zmontował Lukcio. Materiały Andy, Lukcio i MisQ.

poniedziałek, 13 lipca 2015

Tydzień temu zakończyliśmy sezon zimowy, a z letnim sezonem od pewnego czasu mam problem. Szlaki turystyczne po polskiej stronie schodzone, zostało jeszcze kilka wariantów po stronie słowackiej. Chciałoby się coś więcej i wyżej. Alpy - dobre rozwiązanie, ale daleko, Tatry pozaszlakowe - ok. Jest wiele dróg jeszcze nie typowo taternickich, a już nie turystycznych. Parę razy zboczyliśmy w takie rejony i okazało się, że technicznie jest do opanowania, tylko skutki błędu ostateczne. Trzeba się więc powiązać, jakby to mogło wyglądać docelowo? Najlepiej spróbować, dlatego na początku czerwca odezwałem się do Klaudii Tasz, przewodnika poleconego przez Jędrka.

Żabi Koń, Lalka, Mnich... takie cele uzgodniliśmy z chłopakami. Klaudia nie powiedziała nie. No i się działo, ale o tym więcej pod zdjęciami. Tak trudno było zrezygnować z wielu z nich (zrobiliśmy jak sądzę z 1000 fotek).

Żabia Lalka to... no właśnie. Nietrudno zgadnąć, że to ten dziwoląg po prawej. Z drogi do Morskiego Oka jakoś trudno sobie wyobrazić czterech facetów i jedną (nawet szczupłą) kobitkę stojąca na szczycie. W trakcie dnia moja wyobraźnia w tej sprawie się jakoś nadzwyczajnie nie poszerzyła, ale o tym za chwilę.

Klaudia w trakcie instruktażu. Nie było wątpliwości kto rządzi. Za to zarządzanie na najwyższym poziomie - tak zarządzała, że każdy z nas miał przekonanie, że ma na coś wpływ i coś od niego zależy. Mistrzostwo.

Schodzimy ze szlaku. Kurde, trzeba wiedzieć gdzie. Śniadanko w kolibie , kaski włóż i zasuwamy wyżej.

Chwilę później Tatry pokazują swoją kamienistość, już w pierwszym żlebiku, komuś spod nogi ucieka całkiem spory kawałek rumoszu. Ten poniżej komentuje za jakie uszczypliwości i złośliwości to zemsta i tak przez najbliższe 20 minut. Niezależnie od tego czujność na luźno leżące kamienie rośnie.

"Kamyk!!!" ostrzega spokojnie Klaudia. Kamyk na oko waży z 10 kg i mknie sobie znaną trajektorią w dół. Zasada to nie zwiewać przed nim na wszelki wypadek, bo drań potrafi skręcić. Trzeba poczekać do ostatniej chwili i wiać wtedy, kiedy znane są jego zamiary. Łatwo powiedzieć, prawie tak łatwo jak przy 50 km/h na górskiej serpentynie jadąc na rowerze szosowym zaczyna Cię wynosić na przeciwległy pas. Jedynym ratunkiem jest puścić hamulce. Łatwo powiedzieć. Instynkt drze się wówczas: "Hamuj!!!", a głowa "puść te heble". No to z kamykiem jest tak samo, Ci, którzy jeżdżą na rowerze trochę szybciej, wiedzą o co chodzi. 

 

No to podążamy w górę. Po sprawnym przejściu przez wilgotną płytę Klaudia nabiera do nas odrobiny (ograniczonego) zaufania. 


Niezawodny Misiek fotografuje szczegóły. Ten oto osobnik - jak się dowiadujemy - rośnie wysoko, do 1900 metrów i pożera owady. Drapieżcy od razu zainteresowani gościem. Poznajcie: tłustosz alpejski. 

Oczy boga, tak o tych stawach (Morskie Oko i Czarny Staw pod Rysami) mówiła zaprzyjaźniona graficzka. W Tatrach późna wiosna, zieleń najzieleńsza, a stawy szafirowe... rany facet o kolorach.


 Poręczówka. Misiek sprawnie porusza się w skałach. Dostał więc urządzenie do wyciągania kości i friendów tzw. "jebadełko" i zamykał peleton.

Klaudia daje się zmęczyć. Z jednej strony full profeska - każde stanowisko, węzeł posprawdzane, ale w skale radź sobie sam, bez niańczenia.

Powiązani idziemy kominkiem w górę. Pierwszy wyciąg. Trudności do 2 i fragmentami 3. Mnie już 2 dostarcza emocji, 3 jest na granicy umiejętności technicznych. Trochę ćwiczeń na ściance oraz nieustanne łażenie po Tatrach pomaga. Z nóg, trzy punkty etc... Klaudia prowadzi, Andy za nią, kolej na mnie, później Lukcio i MisQ... z "jebadełkiem". 

Lukcio.

Lala gdzieś tam u góry, a tu ładny czerwony sznurek.

Jest niezwykła różnica w tym jakie trudności można pokonać mając asekurację. To zjawisko nazywa się kompensacją ryzyka, czyli - podobnie jak suma nałogów - suma ryzyk, które dopuszczasz w danym momencie jest stała. Masz kask - jedziesz szybciej, masz czekan - strome i twarde jest mniej strome i twarde i tak dalej. 

Po pierwszym wyciągu. Przypięliśmy się do tzw. "pancernego" stanowiska, zerkaliśmy w górę, gdzie jest Klaudia. Przyszły mi do głowy pisklaki mamy sępa, które czekają aż wróci i nakarmi. Ta nisza zawieszona nad doliną uprawniała do takiego porównania. "kra, kra, kra..." Wyobrażenie rozwartych dziobów i oczekiwanie na matkę z ochłapem. Dopadła nas głupawka.

Gramolimy się z Andym. Wyciąg drugi. A tak to wyglądało z perspektywy Klaudii, która poruszała się po tym terenie jak Kozica. Czasami miałem wrażenie, że własną asekurację podczas prowadzenia stosuje tylko z powodów edukacyjnych.

Na szczycie. Powierzchnia większego (takiego na 6 osób) kuchennego stołu i na niej 5 osób. Jedna wyluzowana (widać która), a pozostałe próbują jakoś się przytrzymać tego co stałe. To nota bene bardzo życiowa postawa ;) Lewa noga Andy`ego zwisa nad wiecznością, a MisQ przeczy prawom fizyki bo ma środek ciężkości poza podstawą, czyli czupryną Żabiej Lalki.

No i zjazd, ale było fajnie. Najpierw do sępiego gniazda, a później na przełęcz. Mnie się udało nie trafić i nagle zobaczyłem, że jeszcze kilka metrów i będę na litej ścianie. Na pewno tędy nie właziłem. No to krzyczę do szefowej.  Klaudia spokojnie: Nie wiem gdzie jesteś, nie widzę Cię. Dasz radę się wspiąć? Dałem, i przelazłem do kominka gdzie czekały pozostałe pisklęta. 

Fajnie jest w końcu dotknąć w miarę pewnej półki.

Andy walczy z ósemką.  

Gdzieś tam wyżej jest Żabi Mnich. W porównaniu z Lalką nie stwarza większych problemów. Na jednym progu wiążemy się profilaktycznie.

I believe I can fly. Wersja Miska. Reszta nie miała tzw. ochoty tam leźć. U stóp Czarny Staw i Morskie Oko

No i jazda w dół. Tym razem czysta radocha, po krótkiej dyskusji na temat grubości taśmy, w oparciu o którą zostało zbudowane stanowisko zjazdowe. Sznur do wieszania bielizny w porównaniu z nią wyglądał dość solidnie. Profesjonalizm Klaudii był jednak znacznie mocniejszym punktem niż ta asekuracja i nie była to kapitanoza (patrz źródła)

Bohaterem tego zjazdu jest Andy... Nie można się opędzić od fotoreporterów. Za chłopakami niezwykła Dolina Żabia Białczańska... Kusi.

Kto jest słodszy.... no kto.

Już późne popołudnie. Schodzimy w dół. Ścieżka niby jest ale mocno osuwista i niepewna. Warto zachować czujność.

I znów lekcja z topografii w górach. To jest niezwykłe tyle lat chodzę i ciągle mnie to zaskakuje. Pozornie już blisko Czarnego Stawu a tu takie podcięcie, które wymaga czegoś w formie poręczówki.

Po to się chodzi. Wiśniówka na brzegu Czarnego Stawu smakuje jak nigdy... i jak zawsze.

czwartek, 09 lipca 2015

Od ładnych kilku lat się do tego przymierzałem, a później przymierzaliśmy. Były już próby. Jeden rekonesans skończył się na Niżnych Rysach, a drugi zetknięciem ze strażnikiem parku, z którym wynegocjowaliśmy zjazd poniżej Rysy (żleb biegnący z miejsca "prawie" na Rysach, czyli Przełączki pod Rysami"). Zjazd tym żlebem był na moim rozkładzie już wcześniej, ale ostudził mnie wypadek, w trakcie którego dobrze jeżdżący narciarz zleciał Rysą, pociągając za sobą dwie turystki. I on, i jedna z jego ofiar nie przeżyły. Więc na pewno nie chciałem jechać tu, kiedy będą tzw. betony. Na pewno warto było poczekać na dobre warunki, miękki śnieg, brak zagrożenia lawinowego. Niestety kiedy tak czekaliśmy na te dobre warunki TPN zdecydował, że zamyka szlaki dla turystyki narciarskiej.  Pech...

Wieczorem 5.06 dotarliśmy jednak do Schroniska w Roztoce z zamiarem noclegu i wczesnoporannego ataku. Trochę się jednak miło zasiedzieliśmy i wstaliśmy o poranku, a słowo "wczesnym" było określeniem umownym.

Nad Morskim Okiem szarawo, trzeba będzie się przebić przez chmury. Podobno jednak powyżej Buli się przeciera, jest więc szansa na dobrą widoczność podczas zjazdu.

Narty na plecach w temperaturze + 20 stopni budzą zainteresowanie, jak się później okazało, nie tylko turystów, ale i rozlicznych służb i życzliwych. No nic na razie podchodzimy. Pokrywa śniegu w zasadzie ciągła od Czarnego Stawu pod Rysami. Nie ma więc wyrzutów sumienia, że robimy krzywdę przyrodzie. Ten wczesny zakaz to niestety raczej przejaw zmieniających się trendów, nowy dyrektor TPN nie sprzyja skiturowcom. Powody nie są znane, na pewno znane są podwójne standardy tej organizacji: dowożenie swoich gości do Morskiego Oka, turystyka narciarska strażnika na zakazanych terenach na Słowacji.

Andy i MisQ w Rysie. Nie udało nam się dotrzeć do samej Przełączki. Powyżej tego miejsca nie było już śniegu. No cóż, to znaczy, że ten żleb jest do poprawki...

Idzie mi się świetnie. Wreszcie. Ponad 2000 km przejechane od początku kwietnia na rowerze zaczyna przynosić rezultaty. Jest mnie stanowczo mniej i pomimo, że plecaki ważą po 22 kg (plecak, narty, szpej zimowy, buty) szybko zdobywamy wysokość. Wreszcie jesteśmy na górze (prawie, do przełączki zabrakło ze 100 metrów). Spóźniliśmy się z 2 tygodnie i śnieg zdążył stopnieć powyżej odkrywając nieprzejezdne głazy.

Wychodzimy jednak ponad chmury, które raz po raz zakrywają jednak żleb. Trzeba się będzie wstrzelić w przerwę. Lukcio.

Selfie przed zjazdem. Śniadanko, klejenie czekanów do kijków i ruszamy w dół.

Cholera stromo. Zjazd wyceniony na 3, a więc o 1 więcej niż nasz standard. Śnieg wygląda za to obiecująco i tak jest. Bywa momentami wąsko, momentami kamienie, ale wszystkim idzie dobrze. U podstawy Rysy chwila odpoczynku, nad nami jakiś desperat w adidasach wykonuje zjazd po kamienistej łasze... Ludzie bez raków, czekanów, w dżinsach... Już na mnie nie robi to wrażenia, kiedy wychodzę wiosną w góry to dziwię się, że wypadków jest tak mało.

Wjeżdżamy w chmurę, nad którą udało się wyjść i stąd już nieprzerwany, przyjemny zjazd firnem do Czarnego Stawu. Czeka nas jeszcze średnio miłe spotkanie ze strażnikami parku. Podobno urządzili na nas obławę. Co za bzdura. To był niestety jeden ze scenariuszy, który braliśmy pod uwagę i niestety się zrealizował. Dyskusje nie mają sensu.

Radochy ze zjazdu jednak znacznie więcej niż wkurzenia na biurokrację, dlatego popas nad Czarnym Stawem się przeciąga.


Z lżejszymi portfelami schodzimy w dół.

Znad MOKa obserwujemy akcję TOPR, o której czytałem dwa dni później w kronice. Jak zwykle ktoś w adidasach się poślizgnął, trzeba było angażować śmigłowiec, uruchamiać ratowników... Chłopaki wkurzeni na akcję TPN, drażnię ich mówiąc, że na coś muszą iść pieniądze z naszych mandatów. I tak było warto, to jak mandat za przekroczenie prędkości na autostradzie, kiedy się jedzie sportowym samochodem. Czasami warto, tym razem na pewno.

niedziela, 28 czerwca 2015

Tak jak podobny jest scenariusz wycieczek, tak inna jest każda z nich. To chyba jeden z głównych motorów, który każe ruszyć cztery litery z łóżka o godz. 4 rano. Owszem benefitów jest sporo: góry, frajda z wysiłku, ryzyko, satysfakcja z tego, że się dało radę. To prawda, jednak równie pociągające jest to, że za powtarzalny scenariusz za każdym razem realizowany jest inaczej. Raz się komuś chce bardziej, komuś mniej, ktoś ma głupawkę, a ktoś kryzys za kryzysem.

Tą wycieczkę zapamiętam ciąg śmiesznych sytuacji, a zdobywanie wysokości, zjazd coś co wyszło przy okazji.

Start z Brzezin. Pokrywa śnieżna na tej wysokości ... bywa. Lukcio przeprawia się przez potok. Po prawej dwóch dzielnych chłopaków podąża za tatą w stronę Doliny Gąsienicowej, my za chwilę nieco zbaczamy.

Poszukiwania śniegu trwają. Obejście złamanego drzewa bez ściągania nart nie do końca się udało. Musiałem się wygrzebać z gałęzi.

Krzyżne, krzyżowanie nart itd... Po lewej Andy, u góry MisQ, po prawej Lukcio. Moja pantera, tygrys lub lampart na dole. Jak widać biały jest umownym kolorem śniegu. 

Wspomniałem, że nieco zboczyliśmy? Wspomniałem, więc zasadnicze pytanie: gdzie do cholery jesteśmy i jak dotrzeć do zielonego szlaku.

Wbrew pozorom nie doszło do przemocy. Andy nieco wysunął... środek ciężkości za podstawę i ku uciesze Lukcia i Miśka rąbnął na śnieg. Swoją drogą to ciekawe jak dużo radości dają takie proste gagi, np. kiedy kolega spadnie z gałęzi.

Dolina Pańszczycy. Zaczyna wiać i padać, pałatki się przydają. Czerwony Staw już się wyłonił spod śniegu. Maj.

Nie pamiętam co w tej chwili ubawiło Lukcia, ale na to wyjście to ciąg głupawki.

Misiek też nie trzyma pokerowej twarzy.

Na przełęczy czas na hasanie. Wieje, ale już nie pada i wyłania się słońce. Udało się w całości podejść na nartach. Nie było za stromo, a dobrze trzymający śnieg dawał wsparcie.

Tu kończy się Orla Perć. My nie wybieramy się do D5SP, tylko w druga stronę.

Juhuuuu... Słoneczko, trochę świeżego śniegu i cała dolina dla nas. Nie warto się czasami przejmować prognozami. 

Sunie Misiek, Lukcio obserwuje.

W końcu docieramy do czerwonego szlaku. Walka w kosówce i zejście z przyjemnym, wieczornym popasem nad Pańszczyckim Potokiem.

Końcówka kwietnia gorąca, śnieg znika w oczach. Andy i Lukcio, którzy specjalizują się w wyszukiwaniu zjazdów na Słowacji zaproponowali Lodową Przełęcz (2376 m n.p.m.).

Na dole wiosna. Nie załapałem się na krokusy w Chochołowskiej (bez żalu), wolę te, bez tłumu.

Wciągamy się kolejką na Hrebienok. Nasza trasa wiedzie dzisiaj Studeną Doliną do Chaty Tery`ego i w stronę Lodowej Przełęczy (Sedelko) 2375 m n. p. m. Zjazd drogą podejścia i podejście na Czerwoną Ławkę (2352). Powrót Doliną Staroleśną.


Andy wypatruje śniegu. Wypatrzył więc możemy iść.

Tatry Słowackie oferują coś, czego po naszej stronie jest mniej - przestrzeń. Dolinka pod Sedelkiem, i żleb do Lodowej Przełęczy.

Jak wiadomo srebrna taśma jest dobra na wszystko. Podczas naszych eskapad służyła głównie do klejenia łamanych kijów, zastępowała urwany pasek w bucie, zgubioną klamrę oraz mocowania czekanów do kijków podczas stromych zjazdów. Od pewnego czasu moje wysłużone komperdele explorer contour trzymały się głównie na taśmie. Tym razem jeden z segmentów postanowił się oddzielić od pozostałych. Straciłem tu kilka minut na wyrywaniu go z głębokiego śniegu. W końcu udało się go wyciągnąć i naprawić... srebrną taśmą.

Dolina pod Lodową Przełęczą. Tu będziemy szusować. Na dole żlebu widać sylwetkę skiturowca. Zjazd przyjemny, momentami dość czujny, bo górna warstwa była mało związana, na dole kierujemy się w stronę Czerwonej Ławki. 


Podejście na Czerwoną Ławkę. Stromo, zwłaszcza u góry. Ten szlak jest uważany za jedno z trudniejszych turystycznych podejść po słowackiej stronie, moim zdaniem taka opinia związana jest tylko z ekspozycją, bo technicznie prezentuje średnią trudność. Nie chciałbym tędy podchodzić bez asekuracji jeśli śniegi byłyby betonowe, ale tego dnia łatwo można było wybić stopień, a raki i czekan dawały dużą stabilność.

Na Czerwonej Ławce. Zjazd nie wygląda na trudna. Śnieg jest miękki, firnowaty co daje dobrą kontrolę w stromych miejscach. Szuuuu... na dół. Zdjęcia MisQ i Lukcio.

Na dole miałem jeszcze niezłą przygodę. Już u wylotu Doliny Staroleśnej zjeżdżaliśmy wąską ścieżką w lesie wypatrując czy śnieg się nie skończy. Trochę mnie poniosła zabawa i jadąc dość szybko za Lukciem późno się zorientowałem, że w śniegu jest kilkumetrowa przerwa. Lukcio się zatrzymał, ja już nie miałem miejsca. Do wyboru zostało mi zatrzymanie się na nim lub przejazd, a właściwie przelot nad nadbrzeżem potoku i próba zatrzymania gdzieś dalej. Wybrałem druga opcję, odchyliłem się żeby czuby nart nie zahaczyły o kamień i szurnąłem górą dolatując do łachy śniegu, gdzie mogłem postawić narty w poprzek. Uff... Udało się, nawet rysy w nartach nie były głębokie.

Na dół dotarliśmy w strugach deszczu z poczuciem dobrze spędzonego dnia.

 

niedziela, 21 czerwca 2015

Zima się wreszcie rozkręciła w kwietniu. Wziąłem dzień wolnego w środku tygodnia i szurnęliśmy do Zakopanego. Klasyk zjazdowy - trzy przełęcze  Świnicka, Karb i Zawrat. To zjazdy wycenione w trudności na 2. Super, jest już adrenalina, bo stromo, ale z ciągle rosnącym doświadczeniem i (mam nadzieję) umiejętnościami powinniśmy sobie z tym poradzić. Tym bardziej, że nie miało być jakoś szczególnie betonowo. Wciągnęlliśmy się kolejką żeby zaoszczędzić czas i siły na trzy przełęcze. 

Grzbietem w stronę Świnickiej Przełęczy

Przełęcz Świnicka jednak mocno mnie tego dnia zweryfikowała. Z Kasprowego przez Beskid sprawnie dotarliśmy do nawisu nad przełęczą. Nawis jest tu normą w zimie, więc się go spodziewałem, nie spodziewałem się, że będzie tak twardo.

Na Świnickiej Przełęczy. Oglądanie zjazdu żlebem. Widać nawis, który tak nieelegancko potraktował mnie i Andy`ego

Lukcio sprawnie przejechał nawis, ja wydygałem i postanowiłem opuścić narty poniżej... rany, zajęło mi to wieczność, o stylu gramolenia się nie wspomnę, no i popełniłem błąd, duży błąd. Nie usztywniłem buta do pozycji "zjazd". W pierwszym zakręcie przeniosłem ciężar na buta, a but się pochylił i tyle. Skrętu nie było. Wykonałem całkiem ładnego fikołka i stanąłem na nartach. Samo się zrobiło, a to niezły wyczyn w takim stromym żlebie...

Andy`emu poszło równie słabo. Stojąc już w żlebie zastanawiając się co się wydarzyło z moim fikołkiem zobaczyłem jak leci narta, a powyżej właściciel sunie na mnie żwawo. Nie zdążyłem zwiać, więc żeby nie polecieć razem opuściłem dolną nartę, zaparłem się jak umiałem. Udało się, układ ustał i Andy miał się czego łapać. Po tym upokorzeniu i lekcji pokory dalej już było tylko lepiej. 

Karb poszedł gładko. Zmyliśmy część hańby.

Teraz kolej Zawrat, który tak mnie źle potraktował kilka tygodni temu. Od dwóch tygodni sporo trenowałem na rowerze i zacząłem czuć więcej mocy. Po raz pierwszy udało mi się w całości podejść na nartach próg do Zmarzłego Stawu.

Po południu śnieg "puścił", zapowiadało się fajne podejście i przyjemny zjazd. Ludzi prawie nie ma, zalety wędrówki w środku tygodnia

Zawrat stawiał się tylko na samej górze, właściwie nie sam Zawratowy Żleb tylko skały wystające spod śniegu, przez które trzeba było jakoś się przecisnąć. Poniżej jechało się super i z poczuciem, że poranna porażka została trochę przykryta dwoma fajnymi zjazdami zjechaliśmy do Gąsienicowej i dalej starą nartostradą do Kuźnic.

Przed zjazdem z Zawratu. Animusz wrócił.

sobota, 20 czerwca 2015

Lany, a właściwie sypany, poniedziałek. Sypało przez ostatnie dni więc pojawił się puch. Nie dało się operować wyżej więc wybraliśmy względnie bezpiecznego Grzesia i hasanie po lesie. Trafiliśmy na jedne z najlepszych warunków ever. Mało ludzi, mnóstwo śniegu. Nie dało się jeździć po cichu... więc pokrzykiwania juhuuu! dobiegały zza co drugiego drzewa, po każdym skręcie w którym wciskało w skręt. Czułem się jak Muminek na chmurkach wyczarowanych ze skorupek z jajek.

Chochołowska pusta, cała nasza.

Wycieczka niedaleka, nastawieni na hasanie. Tu z Lukciem w Dolinie Chochołowskiej.

Tę gałąź narciarstwa wytyczyli Maklakiewicz z Himilsbachem

Bajka, bajeczka, puch, puszek i gęby w zachwycie przez cały dzień.

Przepak na Grzesiu i w dół... Dzisiaj nie było czasu robić zdjęć, liczyła się jaaaaaaazdaaaa.

niedziela, 07 czerwca 2015

Zacząłem coś robić po porażce na Zawraciku, więc pomysł MisQ żebyśmy lany poniedziałek spędzili na skiturach był dla mnie jak najbardziej. Kasprowy Wierch dlatego, że była lawinowa "trójka" i to nie na wyrost. W ostatnich dniach spadło z 20-30 cm więc obiecywaliśmy sobie jazdę po puchu. 

Przepak i selfie przed wyruszeniem w górę. Śnieg, śnieżek wokół... 

Podejście nartostradą to klasyk podejścia na Kasprowy. Osobiście wolę iść przez Dolinę Jaworzynki, ale umówiliśmy się, że tamtędy będzie zjazd.

Dalej nartostradą i brzegiem trasy. Szybka decyzja. Kasprowy poczeka, a zjedziemy z Pośredniego Goryczkowego (gdzieś za moimi plecami). Trudno uwierzyć na podstawie tego zdjęcia, ale na szczycie dopadła nas chmura i solidny opad śniegu, więc pierwszy zjazd odbył się z nieustającym pytaniem - gdzie jedziemy? W lewo, w prawo... Trudno się zgubić w Goryczkowej więc i nam się nie udało. Zjechaliśmy i podeszliśmy ponownie na Kasprowy.

To Wielkanoc więc na szczycie MisQ wyjął dwa kurczaki. Ten po lewej to MisQ, po prawej ja. Za nami rozmazany grzbiet Beskidu.

Dzwon, obserwatorium. Klasyk, ilość śniegu, wiosenne słońce usprawiedliwiają oszołomienie. Za chwilę w dół. Przeciskamy się pod linką żeby złapać trochę głębokiego i świeżego. Fantastyczne 300 metrów zjazdu, dojeżdżamy do ubitego (przygotowanego stoku) i szybciochem wydostajemy się znów poza trasę. 

Gdzieś pod Zielonymi Turniami i Uhrociem Kasprowym trochę naszego śladu. 

MisQ zdobywca w pożegnalnej focie. Teraz jeszcze "starą" nartostradą fantastyczny zjazd po świeżym śniegu i na parking. Blitz Krieg - o 16.30 w samochodzie.

Zawrat, Zawracik to punkt zwrotny i tak też było. Brak treningu spowodował, że to wyjście w Słowackie Tatry wspominam jak najgorzej. Podjechaliśmy kolejką na Hrebeniok, piękne widoki i kompletna wata w nogach. Sił starczyło mi żeby podejść do Zbójnickiej Chaty. Tam powiedziałem chłopakom - Na ra i wróciłem z mocnym postanowieniem treningu. Bo to nie ma po co wchodzić w żleb jeśli na górze nie ma już siły żeby zjechać. To ani przyjemne, ani bezpieczne i dla mnie i dla ekipy.

Po Słowackiej stronie jak w Dolomitach

Chłopaki na podejściu.

niedziela, 10 maja 2015

Jeśli miałbym kłopot ze słowem ambiwalentny, to jego znaczenie wyjaśnia się kiedy w Tatrach jest duży opad śniegu. Z jednej strony robi się lawinowo (tak było tego dnia - 3), z drugiej strony puch kusi. Pomysłem jest znaleźć miejsce, gdzie jest na tyle stromo, że niesie i na tyle bezpiecznie, że nie "wyjedzie". W polskich warunkach zostaje las. Podejście szlakiem na Trzydniowiański, a właściwie jego najniższy wierzchołek - Kulawiec.

Zebrała się liczna ekipa, poza pewniakami Andym, Lukciem i MisQ dołączyli do nas Marcus, PePe i Tomek. To nie była skomplikowana wycieczka. Cel podejść do góry i zjechać, później podjeść i zjechać, a później (wersja dla wytrwałych) podejść i zjechać.

Chochołowska o poranku, po świeżym odpadzie jest dostojna, rozłożysta i obiecuje przygodę. Na dodatek w środku zimy jest jeszcze zwykle pusta. Fot. Marcus

No i ciąg dalszy bajkowych krajobrazów. Puch, puszek, puszunio...

  Śniadanie,  a Andy wypuścił się sprawdzić strukturę śniegu. Badanie wypadło obiecująco. Fot. MisQ

Podejście na Kulawiec. Im wyżej tym ładniej, ta nieskomplikowana reguła tego dnia działa jak złoto. Lukcio cieszy się obietnicą zjazdu. Fot. Marcus

Żleby kuszą, ale lawinowa trójka to nie przelewki, tym bardziej, że świeżego jest z 40-50 cm. Fot. Marcus

No to rozpoczyna się hasanie. Marcus nie daje się wciągnąć pod śnieg. Puch, puszek nie był idealny, trochę trzymał narty, ale narzekanie byłoby grzechem. Fot. MisQ

Lukcio na wybiciu. Tajner z Kruczkiem byliby z niego dumni. Fot. MisQ

Marsjanie też doceniają możliwość założenia śladu. I to w jakim stylu. Fot. MisQ - jak to możliwe?

Andy dowodzi, że epoka monoski (jednej narty) nie odeszła w zapomnienie w latach 70.  Fot. MisQ

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 37