Aktywność sportowa Kuby w myśl cytatu Marka Twaina: Za dwadzieścia lat bardziej będziesz żałował tego, czego nie zrobiłeś, niż tego, co zrobiłeś. Więc odwiąż liny, opuść bezpieczną przystań. Złap w żagle pomyślne wiatry. Podróżuj, śnij, odkrywaj
środa, 08 kwietnia 2015

Ciekaw byłem tego wyjazdu. Ostatni raz na Zawracie na nartach rok temu. Pojechaliśmy z Andym we dwóch, bo chłopaki nie mogli. Nie dość, że kondycja taka sobie, to ostatni tydzień dręczyła mnie infekcja. Niby nic, ale lejący nos i ogólna słabość. W czwartek przeszło więc uznałem, że w niedzielę będę gotów. Na wyrost uznałem. Do Gąsienicowej jakoś się szło, na próg Koziej Dolinki gorzej, nawet nie próbowałem na nartach tylko z buta. Andy walczył prawie do końca, ale na ostatnim zakosie się poddał... za stromo. Na dodatek zwiała mu narta i zaliczył podejście pod próg dwukrotnie.

Kozia Dolinka. Na Zawrat tak blisko, tego dnia dla mnie bardzo daleko.

Później w moim wykonaniu było tylko gorzej. Podejście na Zawrat trwało i trwało. Śnieg wydawał się ok, ale ja się gramoliłem jakby to było 5000 m n. p. m. nie niespełna 2000. Przyplątały się kurcze, nogi jak z waty, więc na przełęczy po prostu padłem. Musiałem słabo wyglądać, bo Andy wskazał mi grajdoł, gdzie zległem. Znając słabość nóg miałem cykora przed zjazdem. Zawrat to dwójka. Zjeżdżałem z niego kilkakrotnie i poza pierwszym krótkim fragmentem nie jest przedstawia wielkich trudności, ale to jest prawdziwa teoria, kiedy uda trzymają a nogi się nie trzęsą tak jak mnie tej niedzieli. Postanowiłem więc przyczepić sobie czekan do kija, na wszelki wypadek, gdybym poleciał. To była dobra decyzja. 

Początek zjazdu, dawno się nie czułem tak niepewnie. To zdjęcie zrobił Robert, którego poznaliśmy na podejściu

Przecisnęliśmy się przez wąski przesmyk pomiędzy skałami tak żeby powiedzieć sobie, że cały żleb zrobiliśmy na nartach... mnie to stwierdzenie nie dotyczyło, bo po pierwszym skręcie coś poszło nie tak i grzmotnąłem na stromym i zacząłem się zsuwać. Pierwsza zasada to starać się nie przyspieszyć. Odruchowo więc wbiłem czekan i podciągnąłem się na nim przygniatając do śniegu. Zatrzymałem się po 10-15 metrach. Błogosławiłem wówczas nasze ćwiczenia i wygłupy z czekanami podczas jesiennych śnieżnych wyjść podczas, których sprawdzaliśmy w praktyce teorię hamowania na stromym, która mówi nie nie hamuj z czekanem wbitym nad głową, bo to czcza i nieskuteczna rozrywka.

Zbieram się po upadku. Andy wspiera mentalnie.

Stanąłem, narta gdzieś została wyżej, wszedłem po nią i zacząłem ustawiać stanowisko do wpięcia się. Kłowe wiązania TLT nie są moim ulubionym sprzętem. Lekkie są, ale w trudniejszych sytuacjach - na stromym lub w głębokim śniegu trudno się wpiąć. Szynowe wiązania działają podobnie jak wiązania narciarskie. Przód, pięta i klik. Jedziesz. W kłowych TLT trzeba równiutko ustawić stopę, klik i... znów, bo nie weszło... klik... tym razem lód w insertach ... klik... itd. Jeśli stoisz na równej powierzchni możesz się tylko powkurzać. Tyle, że właśnie stałem na stromym zlodzonym fragmencie, co chwile łapały mnie kurcze i nogi zaczęły się telepać. Dużo nie trzeba było ziuuu... znowu jadę w dół, tym razem tylko chwilę, bo odruchowo  wcześniej moszcząc stanowisko wbiłem czekan, a lonża została na nadgarstku. To nie był mój dzień.

Wreszcie zjeżdżamy. Andy śmiga w dół, ja się męczę okrutnie. Docieramy do progu Koziej.

To zdjęcie mówi więcej o tym dniu w moim wykonaniu niż cała relacja.

Później znana trasa - żlebem nad Czarny Staw Gąsienicowy i w dół Starą Nartostradą. Dobrze, że przynajmniej śniegu jest tyle, że docieramy do samochodu na nartach. Zdarzają się wyjścia niezbyt miłe narciarsko, jak to... ale i tak było fajnie :) Po upadku trzeba wsiąść na konia jak najszybciej... 

wtorek, 31 marca 2015

Jak podejście do Doliny 5 Stawów Polskich i wejście na Kozi Wierch to zawsze jest ok. Dodatkowo tego dnia zapowiadała się znakomita pogoda i fajne warunki śniegowe. Kozi Wierch to "minus dwójka" w 6 stopniowej skali trudności zjazdów. Dla mnie to taka trudność, która daje frajdę i trochę adrenaliny, ale nie jest - w normalnych warunkach - walką o przetrwanie. Lubię to podejście ośnieżoną Doliną Roztoki i ten moment, kiedy przed Wielką Siklawą las ustępuje i otwiera się przestrzeń.

W górę czarnym szlakiem. Na progu Doliny Pięciu Stawów Polskich.

Omijamy podejście do Siklawy - zbyt ryzykownie, niedawno padało, a u wylotu żlebu (Litworowy) zawsze jest czujnie. Dobrze to widać wiosną i latem. Wiosną to ostatnie miejsce gdzie trzeba trawersować śnieg, a latem lawiniastość tego miejsca wyznacza stromy tor pozbawiony kosówki. Piszę o tym, bo dwa tygodnie później (po tej wycieczce) tam właśnie znaleziono ciała dwóch chłopaków, którzy wracali tamtędy z długiej, wyczerpującej wyprawy. Przykryła ich niezbyt szeroka lawina.

Na podejściu, w Szerokim Żlebie.

Śnieg wygląda na stabilny, a pogoda... marzenie. Chłopaki jeszcze walczą z zakosami, ja wolę z nartami na plecach, mam wrażenie, że na stromym łatwiej zachować rytm. Na Kozi wspinają się również Andy, Lukcio, Mateusz, Marcus, PePe i ja. Nie trzeba zakładać raków. W takim śniegu twarde narciarskie skorupy dają wystarczające oparcie.

W 1/5 bardziej stromego fragmentu żlebu natykam się na grupę studentów, którzy właśnie debatują nad techniką zjazdu w dół... na karimacie. Harpagany. Owszem, zjazd na tyłku, tak zwany dupozjazd, jest zalecaną techniką pokonywania stromizm, ale pod warunkiem, że ma się czekan do kontrolowania prędkości. Można ten sposób znaleźć nawet w uznanych podręcznikach. Nic nie wspominali tam o karimatach no i jednak na tyłku jest chyba jakoś bardziej kontrolowanie niż oddać się śliskiej karimacie. Pomysłowy zespół ma czekany, ale zamierza hamować też rakami. Namawiam ich przynajmniej do zdjęcia raków, które przy próbie zatrzymania się działają jak haczyki do zrywania więzadeł, albo katapulta. Wszystko zależy od prędkości i tego jak góra postanowi nas potraktować.

Ekipa deliberuje chwile nad moją propozycją i decyduje się jednak zdjąć raki. Wyraźnie przestraszona wariackimi pomysłami dziewczyna robi hardą minę, ale widać, że najchętniej pozbyłaby się wysokości w sposób może i nudny, ale i bezpieczny - schodząc. Tylko jak tu żyć z etykietką nudziary... Podchodząc, długo ich widziałem jeszcze w miejscu, lub prawie w miejscu. Później zniknęli. Chyba im się udało bez szwanku stracić wysokość, bo kroniki TOPR milczały na temat tego wyczynu.

Lukcia Ti tajm na szczycie. 


Już na zjeździe. W dole tafle zamarzniętych stawów w Piątce.

Śnieg początkowo twardy, ale trzymający. Sam początek to jak zwykle taki spór wewnętrzny, bo stromo i wyobraźnia pracuje co jeśli... Ponieważ ruszyłem pierwszy rozglądam się też bacznie, czy nic nie wyjedzie spod nas, jest już dość późno (około 14) - słońce zdążyło roztopić wierzchnią warstwę śniegu, który stał się cięższy. Jakoś się jednak jedzie.

Jest z nami Mateusz, który dotąd nie jeździł na skiturach, jest jednak świetnym narciarzem i po paru skrętach, w których rozpoznawał teren, nastromienie i śnieg, przyjemnie na niego patrzeć.  

Chociaż to mój piąty zjazd z Koziego Wierchu (2291 m n. p. m.) to tak naprawdę pierwszy do końca, bo ruszyliśmy z samego wierzchołka. Wcześniej się nie składało, bo:

  1. wycof z PePe - zagrożenie lawinowe i deszcz.
  2. wycof z powodu ekstremalnego betonu, nawet raki się słabo wbijały, narty zostały w połowie żlebu.
  3. nie trafiliśmy na szczyt we mgle.
  4. wiosna, u samej góry nie było ciągłej pokrywy. 

Zjazd dość męczący, ale frajdy mnóstwo. Zaleta zimy jest taka, że można dotrzeć do samego schroniska.

Panorama Miedzianego z tafli Wielkiego Stawu piękna.  Autorstwo fot zbiorowe, większość tym razem Lukcio.

Idziemy do schroniska, tam piwo i zjazd Litworowym Żlebem, później roztoka i do Wodogrzmotów Mickiewicza. Na asfalcie ciągle mnóstwo śniegu, więc da się na nartach aż do samochodu. 3,5 km pokonujemy w niespełna 20 minut.

wtorek, 24 lutego 2015

Salatyn (Salatyński Wierch) to tzw. free zona na Słowacji, czyli nieprzygotowany stok z którego można zjeżdżać legalnie. Tym razem ekipa była spora, bo aż 8 osobowa. Poza zestawem stałym był PePe i trzech kolegów Lukcia, w tym Tomek, z którym mieliśmy okazję już być na Rysach w ub. roku. Dołączył też Mateusz, świetny narciarz, dla którego to było pierwsze skiturowe wyjście. 

To nie był mój dzień. W nocy wróciłem z Warszawy z przystankiem w Częstochowie, przespałem się 2 godziny i z lekkim poślizgiem o 5.30 siedziałem w samochodzie. No cóż za wybory zawsze się płaci jakąś cenę. Można siedzieć w domu, a można mieć pod powiekami trochę więcej. Ja wolę ten drugi stan. I to nie chodzi o piasek pod powiekami... Wyładowaliśmy się z auta w dobrych nastrojach na parkingu pod ośrodkiem narciarskim Rohacze. Narty na nogach (po raz pierwszy miałem Voelke Amaruq, które przeszły drobną przygodę ze świeczką, nad którą zawisły nieszczęśliwie, któregoś miłego wieczoru. Deskom został brązowy ślad na powierzchni i wżer na ślizgach, a ja mam nauczkę. Narty działają bez zarzutu. Skoro one mogą.

Podeszliśmy wzdłuż stoku i dalej przez kosówki trasą znaną z ubiegłego roku, w końcu zasadnicze podejście z nartami na plecach.

IMG_92761

Andy napiera 

IMG_93511

MisQ na pierwszym planie, Salatyn w tle

Niedospana noc sprawiła, że chciałem zawrócić, ale jakoś się dowlokłem. Zjazd za to bardzo fajny, na górze nieco twardo, ale dwie trzecie stoku to istna bajka. Amarq są nieco szersze, dłuższe i bardziej miękkie od Haganów, co w tych warunkach dawało dużą przewagę i łatwość, łatwość przekłada się na pewność, a jak się nie walczy z górą tylko współpracuje to jest flow. I o to chodzi.

IMG_95071

PePe w akcji

P10301781
Cała ekipa u podnóża Salatyna. Tego dnia część chłopaków poszła 3 x w góre, reszta ekipy (i ja) po drugim wejściu zwinęła się na parking.

 

poniedziałek, 23 lutego 2015

Kiedy w Tatrach tyle śniegu, że można go zmieść na łopatkę rozwiązanie jest jedno - Kasprowy Wierch. Tak jest zwykle na początku sezonu, kiedy wszyscy wyposzczeni ciągną na Kaspro jakby byli wyznawcami kultu Wielkiego Dzwonu (tego na szczycie). Poszliśmy i my. W tej wyciecze uczestniczył Andy, MisQ i ja.

Godzina 8. Poranna krzątanina na parkingu. Żeby tu dotrzeć trzeba było wstać o 4.30. Jak ja tego nienawidzę, ale kiedy już ma się na nogach buty i narty, to senność ustępuje i włącza się tryb "krok, za krokiem".

Dolina Goryczkowa. Dzień szarawy, wyciąg na Kasprowy jeszcze nie kursuje, spod cienkiej warstwy śniegu przebija trawa. Cała góra dla skiturowców. Wieje, ale w normie, słońce gdzieś też schowali. Cóż styczeń w Tatrach.

Jest i Mekka. Foki trzymają dobrze, więc podejście jest przyjemne.

Pogaduchy i selfie na Kasprowym.  Później fajny zjazd po twardym, ale dobrze trzymającym podkładzie. Udało się dotrzeć na nartach prawie do samochodów. To zawsze cieszy, kiedy nie trzeba nieść nart w dół. Na to jest czas w maju.

Już na dole. Zdjęcie do kampanii społecznej na rzecz wyposzczonych skiturowców "Bo śniegu było za mało". Krew nie miała nic wspólnego z glebą, którą zaliczyliśmy z Andym próbując zjeżdżać we dwóch na jednej parze nart po oblodzonej drodze, ani z walką o wiśniówkę... przyznaję - mała inscenizacja, chociaż krew prawdziwa.

(fotki MisQ)

Tego dnia zdefiniowało mi się zimno w Tatrach, ale po kolei.

Było wiadomo, że pójdziemy, ponieważ dawno nie było nas w Zachodnich wybór padł na Starorobocianski.

Szlak Doliną Chochołowska to zawsze jeden z bardziej wyczerpujących psychicznie odcinków, chłopaki na granicy załamania psychicznego, ale robią dobrą minę. 7 nudnych kilometrów sprawia, że w Zachodnich jesteśmy rzadziej niż na to zasługują.

Wyżej jest bardziej interesująco. Spotykamy Teletubisia kontemplującego świeży opad na kosówce. 

Nie dajemy się długo przekonywać, że świeży śnieżek smakuje najlepiej prosto z gałązki. 

Po wyjściu na grań od Siwego Zwornika nie mamy wielu zdjęć. Zamarzły baterie, poza tym wyjęcie ręki z rękawicy to był akt heroiczny. W kilkanaście sekund dłoń robiła się biała i doprowadzenie czucia zajmowało kolejne kilka minut. Byliśmy dobrze ubranie, ale zaczęło się robić srogo zimowo. Nie bardzo można było sobie pozwolić na błąd np. w postaci zgubienia szlaku. O to nie było trudno. Mgła ograniczyła widoczność do kilku metrów, na Starorobociańskim wiało okrutnie, w porywach do 80 km/h i temperatura spadła do - 16 st. Ruszyliśmy w stronę Kończystego Wierchu. Zupełnie nie było widać po czym się idzie, najpierw trzymaliśmy się grani, coś się jednak nie zgadzało, więc później za podpowiedzią gps-a odbiliśmy w stronę Słowacji i wreszcie dotarliśmy do szlaku. Ucieszyło mnie to.

Już na grani MisQ nagrał film, który oddaje srogi klimacik:



niedziela, 01 lutego 2015

Jeśli chcecie pobyć w Tatrach sami lub prawie sami to są takie dwa momenty, albo jest taka pogoda, że wróble chodzą pieszo (zasłyszane ostatnio u GOPRowca na Magurze Małastowskiej) albo wybieracie dzień nieoczywisty np. wigilę. No więc o 8 rano ruszyłem, ponieważ jednak samotne łażenie zimą w górach jest mało rozsądne wybrałem szlak dobrze mi znany: Przełęcz Pod Kopą Kondracką - Kopa - Goryczkowe Czuby - Kasprowy - Dolina Gąsienicowa.

Na Kopie. Wiało, tak że trzeba było ostatni odcinek wspomagać się dziabką. Zastanawia mnie ten kształt czaszki nad drogowskazem :)

09:30, kubak_mtb
Link Komentarze (3) »
środa, 31 grudnia 2014

Czteroosobowa ekipa, którą nazywamy nieco prześmiewczo "Najlepszą Grópą Gurską" ukonstytuowała się 5 listopada 2011 podczas polegiwania w ciepły (sic!) listopadowy wieczór. Od tego czasu w takim składzie lub składzie powiększonym (tzw. Grópa Gurska i przyjaciele) odbyliśmy prawie 60 wycieczek w polskie i słowackie Tatry. Na nartach i pieszo.

Wycieczka inicjacyjna NGG została opisana tutaj. I tym razem przebieg wycieczki był podobny - Dolina 5 Stawów Polskich, później chłopaki zrobili mały skok w celu rozpoznania Mnicha, a ja zaległem wśród kamieni ucinając sobie drzemkę.


Grópa na Szpiglasowym Wierchu, w formie

sobota, 27 grudnia 2014

Pierwsze wejście na tę przełęcz. Rok wcześniej z powodu oblodzenia trzeba się było wycofać. 

Niemiła niespodzianka na drodze do Morskiego Oka, taką miałem ochotę na kłus...

Kaczek dokarmiać nie należy. Andy więc zajął się zdalnym dokarmianiem członków Grópy. Pogoda pod zdechłym kaczorem, ale nastrój na wysokim poziomie.

Po lewej Morskie Oko puszcza Andy, po prawej Lukcio ma minę a`la Czarny Staw.

Zabójcze Morskie Oko Andy`ego w zbliżeniu

Ekipa w komplecie w okolicach Kazalnicy. Trudności techniczne kiedy nie ma lodu są umiarkowane. Tydzień później w tej okolicy zdarzył się smutny wypadek śmiertelny. Doświadczony turysta chcąc ustąpić miejsca turystce, która nie dawała rady zrobił o jeden krok za daleko w tej uprzejmości.


Korzystając z tego, że byliśmy wcześniej zajrzeliśmy jeszcze na któryś z niższych wierzchołków Pośredniego Mięgusza. Nie bardzo wiemy dokładnie, który, bo było mocno mgliście.

W każdym razie wejście i zejście eksponowaną granią dostarczyło dawki, tego po co też się chodzi.

piątek, 26 grudnia 2014

Korzystając z wolnego czasu poskładałem wreszcie film z letniej wyprawy w Alpy. No i koniecznie z głośnikami.

poniedziałek, 15 września 2014

Tatry w lecie się nam kończą, przeszliśmy większość tego co oficjalnie dostępne, oraz część tego co nieoficjalnie. Stąd pomysły z gatunku mądrych inaczej. Wyjść o 0.30 z Kuźnic ruszyć w drogę i po 18 godzinach powrócić do samochodu.

Tu było do załatwienia kilka spraw:

- wschód słońca na Świnicy

- Orla Perć w jeden dzień z Kuźnic

- Orla Perć w wersji XXL czyli z zaliczeniem dodatkowo Kasprowego Wierchu i Świnicy.

MisQ ma statyw, dzięki temu może jeszcze złapać ostatnie promienie chowającego się miesiączka za którąś z grani zachodnich.

Maszerujemy więc w górę. Będzie prawie pełnia więc szybko pada hasło: lampki zgaś! W świetle księżyca i poświacie łuny od Zakopanego jest wystarczająco jasno żeby zdobywać wysokość. Marsz bez latarek o 2 w nocy w Tatrach ma szansę się udać o ile wszyscy konsekwentnie nie używają sztucznego światła i źrenice mogą się rozszerzyć, tak aby wyraźnie rozróżniać kształty korzeni i skał. Jeśli ktoś choćby na chwilę włączy czołówkę diabli biorą tę kocią zdolność. Więc nie zdziwiło mnie kiedy Misiek zaczął pokrzykiwać w stronę dwóch mocnych czołówek, które - jak sądziliśmy wówczas - należały do Andy`ego i Lukcia.

Okrzyk "Zgaś k... tę ledę"! To nie było nic takiego w męskim świecie grupy, właściwie pieszczotliwe napomnienie. Jak się można domyśleć postaci (lubię tę formę tego słowa), właściciele czołówek, okazali się nie być Lukciem i Andym. Dwóch zupełnie nieznanych nam turystów, którzy pomimo nocnej pory podobnie jak my ruszyli w góry. Oniemiali zbierali solidne joby. Hmm... kiedy dotarliśmy do nich nastała niezręczna cisza. Przeprosiliśmy, że myśleliśmy... itd. Zapytaliśmy, gdzie idą etc. Podałem rękę pierwszemu i powiedziałem:

- Kuba. 

- Leda pierwsza - przedstawił się również.

- Leda druga - wtórował mu kolega.

Spotykaliśmy się jeszcze kilkukrotnie tego dnia, za każdym razem potwierdzając, że "idą ledy". Nie dowiedziałem się jak noszą imiona.

Twardo, zimno i bez nadzwyczajnego przekonania. 

Pomimo wycieczkowego tempa wspinaczki na grań pomiędzy Kasprowym Wierchem a Świnicą dotarliśmy przed 4. Wschód słońca tego dnia miał nastać o 5.08. Nie pozostało nic innego jak poszukać osłoniętej od wiatru dziury i zlec na pół godziny żeby nie wchodzić w trudniejszy teren w ciemnościach. Kilkuminutowa drzemka i idziemy przemarznięci dalej. Po nieprzespanej nocy mam średni entuzjazm przed czekającym nas marszem.

Wschód słońca na Świnicy zobaczony.

Wschód słońca widziany ze Świnicy, wersja romantyczna by Lukcio

Inna perspektywa. Ta sama gwiazda, w tym samym momencie, widziana poprzez zmarznięte nogi Miśka, na pierwszym planie Andy, na drugim Słońce.


Gdzieś na grani Orlej Andy i jego legendarny czerwony polarek. Efekty, wyjątkowo wdzięczne zawdzięczamy guglowi

Do Kuźnic docieramy o 18.30 po dość ciężkiej przeprawie przez Orlą Perć. Jednak brak snu w nocy to nie jest dobry napęd na całodniową wędrówkę. Na szczęście jesteśmy na tyle wcześnie, że poza ostatnim fragmentem przed przełęczą Krzyżne nie ma kolejek w trudniejszych technicznie miejscach. Monotonny powrót Doliną Pańszczycy to cena za zostawienie samochodu po tej stronie grani.
Powrót samochodem jest również wyzwaniem. To już prawie 24 godziny na nogach.
Pewnie prędko nie powtórzę tego wyczynu. Jak to MisQ trafnie podsumował: po tym wyjściu nie potrzebuję sobie już niczego w Tatrach udowadniać.
Ta wycieczka była też sprawdzianem przed czekającym nas na początku sierpnia pierwszym wyjściem w Alpy, ale o tym w następnym odcinku. :)
 

czwartek, 10 lipca 2014

205 km i ponad 2600 m przewyższeń, piękne widoki i zgrana ekipa. Tatry dookoła. Jedno z fajniejszych wydarzeń w moim rowerowym życiu w ostatnim czasie. Ta wycieczka tkwiła we mnie jako plan do zrealizowania i ... zadra.


Zaczynamy. Podjazd od Chochołowa, później chwilę w dół i przez góry do Zuberca.

We wrześniu ubiegłego roku próbowałem już raz, ale na pierwszym podjeździe, na 2 km przekonałem się, że nie dam rady. Kolejny podjazd, w którym prędkość spadła do 6 km/h utwierdził mnie w tym. Choć to bardzo niemiłe postanowiłem odpuścić, bo jazda dalej to nie tylko zwalnianie peletonu, ale i proszenie się o kłopoty. Niespełna tysiąc kilometrów w ciągu roku, praca, niehigieniczny tryb życia, to nie są dobre czynniki. Dlatego dojechałem do chłopaków i zameldowałem, że "dostałem polecenie od dyrektora sportowego żeby zawrócić". Nieodżałowany oszust Lance Armstrong mówił "ból przemija, skutki rezygnacji nigdy". Niestety miał rację, to była porażka, z którą byłem 8 miesięcy. 

W tym roku o wyjeździe zacząłem myśleć od połowy maja. Trochę mniej wyjazdów w pracy, większa motywacja. Zacząłem od delikatnych 500 km w maju, tak aby sobie nie zrobić krzywdy, w czym się specjalizuję zbyt mocno zaczynając. Później postanowienie tysiąca w czerwcu i rzucone wyzwanie Andemu - Zaliczysz tysiąc? Głupie pytanie Andy jest ostatnią osobą, która się wycofuje, dlatego nie zdziwiłem się pod koniec czerwca oznajmił, że przekroczy 1 kkm.


Gdzieś na trasie, pogawędka z MisQ.

Mnie się nie udało, życie a właściwie jego zaprzeczenie, wyjęło mi tydzień w czerwcu. Ostatecznie przejechałem 930 km. W tym tygodniu, którego zabrakło planowane były dłuższe wycieczki, bo dotychczas jeździłem głównie 60 i 70 km, w średnio pofalowanym terenie. Długie trasy, do 150 km i długie górskie podjazdy tego mi brakowało, kiedy rozpoczynaliśmy trasę z Chochołowa i tego się najbardziej obawiałem. 


Krywań też postanowił sobie zrobić selfie z MisQ na pierwszym planie.

Na parkingu Gospody u Śliwy meldują się Zieloni z rowerowania. Andy, Lukcio i MisQ oraz dwóch górali" Michał "Spootnick" oraz Mikołaj "Miki". Pogoda kolarska. 20 - 25 st. słaby wiatr. Od pierwszego podjazdu byłem jednak dobrej myśli. Odpadałem regularnie na podjazdach, było wolno, ale ... stabilnie. Po 50 km byłem przekonany, że dojadę, część roboty wykonają chłopaki ciągnąc na kole (tj. osłaniając od wiatru), część moje nogi, a ostatnie 50-60 km powierzyłem do wykonania głowie. I tak było. Na płaskim peleton wspierał, na podjazdach czekał kilka minut.

Kluski z bryndzą w Strbskim Plesie znakomite, ale nie zdołałem ich pochłonąć w całości ze zmęczenia i w dół... Na szczęście prawie 40 km opadającej szosy. Po drodze uzupełnienie zapasów i chłodny Radler.

Na 65 km przed metą kiedy pojawił się pierwszy drogowskaz "Polsko" udało mi się pożegnać z chłopakami "do zobaczenia na parkingu". Tak było lepiej. Od pewnego czasu nie udawało mi się utrzymać koła na płaskim, ale stosując własne wolne tempo jechałem wolniej, ale równo.

Zielony peleton

Dotąd Lukcio i MisQ mocno ciągnęli peleton. Miki i Spootnick równie mocni, także Andy był w znacznie lepszej dyspozycji niż ja, jednak po podjeździe na przygraniczny Zdziar poczekał, podobnie w Łysej Polanie i od tej chwili mogliśmy jechać razem. Ta pomoc szczegónie cenna okazała się na odcinku od Zakopanego, gdzie poszła mocna p... (nie wiem jak to napisać w poprawnym języku, jechaliśmy szybko?) pod 40 km/h i trzymanie się na kole Andy`ego sprawiło, że w Chochołowie zameldowaliśmy się 20 minut po chłopakach, nie jak się spodziewali po godzinie.

202 km, 2650 m przewyższeń. Cudne zjazdy, piękne widoki na Krywań, Łomnice i super klimat 6 osobowego peletonu. No i zmyta gorycz klęski z ubiegłego roku ;) Wrócę tu.

No i się udało. O 19.20 z powrotem na parkingu w Chochołowie. Przy okazji cud (Ci, którzy jeżdżą w grupie docenią) zero gum, awarii i gleb. Zdjęcia MisQ i Lukcio.

niedziela, 15 czerwca 2014

Sprawy mają swój koniec i trzeba pozwolić odejść, kiedy nie chcą być, a np. taka zima 2013/2014 też już nie chce. Dała o tym znać o godz. 7.30 na parkingu w Palenicy Białczańskiej - termometr pokazywał 22 st. 

Godne zakończenie wymagałoby fajnego finału dlatego ruszyliśmy na Rysy. Majowy rekonesans dowiódł, że są w zasięgu technicznym, w odpowiednich warunkach. Jakaś zła seria towarzyszy temu miejscu. Wiosenne śniegi potrafią zwieść. Dzień wcześniej ktoś nie miał szczęścia i zsunął się po śniegu na skały, ostatecznie. Tego dnia miało być lepiej. Śledziliśmy warunki w Rysie - żlebie pod Grzędą i o kilka dni przesunęliśmy wyjazd żeby nie trafić na beton (zmrożone śniegi).

Na podejściu do Morskiego Oka aktywnie dopingujemy biegaczy biorących udział w zawodach na odcinku Palenica - Morskie Oko. Z tego miejsca chciałbym przeprosić za wszystkie okrzyki "Dajesz, Kurwa, Dajesz", "Nie przyjechałeś tu żeby chodzić", "Uciekaj przed tym cieniarzem z tyłu" - do tego z przodu "Goń leszcza, bo słabnie" - to do tego z tyłu. "Pokaż cycki" - do długowłosego mężczyzny (pokazał)  i inne, których ten publiczny charakter bloga nie pozwala powtórzyć. Na zdjęciu powyżej Andy w typowej akcji dopingowej - biegu synchronicznym z zawodnikiem. 

MisQ zakłada buty i raki, bo od Czarnego Stawu pokrywa ciągła. No właśnie mamy iść a chwile wcześniej spotkała nas niemiła niespodzianka - straż parku z komunikatem, że szlak zamknięty dla turystyki narciarskiej i jeśli zjedziemy dostaniemy mandat. Fakt, zamknięty, ale śnieg leży na całej drodze, którą zamierzamy wejść więc przyrodzie krzywdy nie zrobimy. Dżentelmeńska umowa - możemy iść i zjechać od podstawy Rysy. Dobre i to, skoro już przytaszczyliśmy sprzęt tutaj to pójdziemy wyżej, choćby dla kilku szusów.

Śnieg nieco "przykurzony", trochę kamyków i pyłu. To nie szkodzi, ślizgi i tak do serwisu. Słońce tak mocne, że zatrzymuję się jeszcze na poprawki smarownicze dokonywane słynnym kremem. Zapach odstrasza niedźwiedzie od Roztoki po Poprad, ale działa.

Lukcio ocenia. Obiecująco twardo na podejściu, w rakach sama przyjemność, a w dół nie będzie brei.

Przyroda kusi widokiem rezultatów zmagań późnowiosennych sił natury - skał, słońca, śniegu i wody. Co jakiś czas rozlega się gromki huk i bazaltowe odłamki mkną w dół. Na te większe trzeba uważać.

To ostatni wpis zimowy, więc nie mogę się oprzeć przed zamieszczeniem większej ilości fotek.

To już Rysa. Trzeba zawracać, w końcu umowa, choć kusi bardzo żeby wejść wyżej. Nie mogę sobie odmówić jazdy w krótkich spodenkach. Lukcio i MisQ również nie przypinają nogawek, Andy podchodził w długich spodniach. Zakładam jednak kurtkę, bo gdyby coś poszło nie tak to hamowanie czekanem, podczas którego jednak jest sporo tarcia o śnieg nie byłoby miłe.

MisQ już czeka. Pod nim trasa naszego zjazdu. No to juhuuu! 

Ale pięknie. Pod spodem twardo, na wierzchu miękko i można jak się chce. Długim, krótkim, szybciej, wolniej. Turystów niewielu więc nie trzeba się martwić zsuwającym się śniegiem czy obieraniem toru.

I skręt. Śnieg czasami leci na gołe nogi, chłodzenie na bieżąco. Fajne uczucie.

Z Andym w synchronicznej jeździe. Mijamy Bulę. Poniżej Czarny Staw.

I Lukcio przygotowany do skrętu.

Andy wjeżdża w strefę cienia rzucanego przez Wielkie Mięgusze.

A w cieniu jeszcze ciekawiej. Nierówno i trzeba uważać na kamienie. Szczęśliwi i szczęśliwie dojeżdżamy do Czarnego Stawu, pijąc radlera i wygrzewając się na skałach podziwiamy pozostawione ślady. Żegnaj zimo 2013/2014. Było krótko, ale fajnie. Czas na lato.

Fotki autorstwa zbiorowego, jak zwykle w większość zrobił MisQ. Dzięki

wtorek, 13 maja 2014

Kuszą i przyciągają. Wysokością, długością zjazdu, nastromieniem. Żleb Rysa idący z Przełączki pod Rysami to przyszłość, ale postanowiliśmy zrobić rekonesans w okolice tego najwyższego szczytu Tatr. Maj i czerwiec to najlepsze miesiące na to żeby tu podziałać. Okolice Buli pod Rysami są okryte niesławą jednego z bardziej narażonych na lawiny miejsc w Tatrach dlatego zimą właściwą trudno trafić na w miarę bezpieczne warunki. Dodatkową trudnością jest twardy i zmrożony śnieg powyżej 2000 m.n.p.m. Sprawia on, że upadek może skończyć się dłuuuugim niekontrolowanym ślizgiem z niewiadomym finałem. Dlatego najlepszą taktyką jest wejście na górę około godz. 11 odczekanie aż beton odpuści i zjazd po jeszcze twardym, ale puszczającym śniegu. Po południu śnieg rozmięka, staje się ciężki i rośnie niebezpieczeństwo zsuwów, z którymi można zjechać w nieznane. 

W Krakowie pada, po drodze pada, Tatry w ołowianych czapach. Nic  to, 5 serwisów pogodowych mówi, że będzie "czasem słońce, czasem deszcz" więc wbrew temu co za szybą samochodu, w towarzystwie skocznych tyrolskich hitów i ryczącego Scatmana Johna (Dzięki MisQ :) docieramy do Palenicy. Przestaje padać chwilę po tym jak wysiadamy z samochodu. Spotykamy Tomka, kolegę Lukcia, który też wybiera się w ten sam rejon.

Nad Morskim Okiem. Idziemy na to śnieżne pole i grań po lewej stronie zdjęcia. Po prawej stronie kontemplujący Andy. Autor zdjęcia Tomek, inne zdjęcia w tym wpisie tradycyjnie MisQ, Andy`ego i moje.

Ludzi na szczęście niewielu. Padający od rana deszcz i pozornie złe prognozy zrobiły swoje. Pogoda jednak bajeczna. Jest dość późno, ale dzień długi.

Pozowanko nad Czarnym Stawem. Nie da się już po nim przejść wiec trzeba dookoła. Koło łokcia Lukcia po lewej widać wyjeżdżający spod Buli snieg. Żleb Rysa, to charakterystyczna ukośna kreska kończąca się nad kapelusikiem, nasz cel na dzisiaj znika za formacją po lewej stronie zdjęcia u góry. Za chwilę buty turystyczne zmienimy na narciarskie. Fok nawet dzisiaj nie braliśmy, słusznie przewidując, że nie będzie gdzie ich użyć.

Podejście mozolne. Nie ma takiego drugiego w polskich Tatrach. Pod Rysą skręcamy w lewo na Niżne Rysy, od tej chwili trzeba torować. Tę robotę biorą na siebie Tomek i Lukcio, później dołącza do nich MisQ. Śnieg miękki, zapadają się nawet wydeptane stopnie.

Idę od podstawy w rakach. Tak wolę, kilka minut na założenie, a nie traci się siły na wydeptywanie równych stopni i na powtarzanie kroków. Nad Bulą raki zakłada też Andy, wyżej pozostała część ekipy. Krótki popas, herbata i kanapka. Orientuję się, że nie mam już wody, a w tym słońcu leje się z nas konkretnie, dopycham śniegu do butelki licząc na słońce. Nic z tego... nie stopnieje aż do końca dnia. Zawsze jednak kilka kęsów mokrego śniegu pomaga. Trzeba tylko uważać na różne latające stwory, które nawet na tej wysokości i na śniegu zaczynają się roić.

Stąpając po stromym śniegu od czasu do czasu odwracamy się zerkając na legendarny tatrzański zjazd wyceniony na 6 w 6 stopniowej skali - Zachód Grońskiego przecinający zbocze z Małej Wołowej Szczerbiny (2355 m n.p.m.) do Kotła pod Rysami. Pierwszy raz pokonany przez himalaistę i taternika Piotra Konopkę w 1994 roku. Piotr jest aktywnym do dzisiaj ratownikiem TOPR. Skóra cierpnie od samego patrzenia na tę linię. Do dzisiaj niewielu jest takich, którzy pokonali ten żleb. Jak to wygląda z perspektywy ekstremalnego narciarza, a tak: Rastislav Peto

A tu Zachód z dalszej perspektywy

Tymczasem udajemy się na nasze 2+ z przekonaniem, że to na razie wystarczy. Na 50 metrów przed szczytem pakujemy się nie tam gdzie trzeba nie ma stamtąd dobrego zjazdu. Wycof i decyzja  - zjeżdżamy z tego miejsca co jak później się okazało było Zadnią Przełączką w Rysach. No cóż Niżne do poprawki.

 

Przygotowanie. Najpierw wyrąbać butami półkę na narty, przypiąć plecak do czekana, kontrolować rękawiczki, kaski, kije, kurtki czy nie zamierzają się wybrać w samodzielną wycieczkę w dół. Jeśli to czapka to pół biedy, gorzej bez kija czy kasku.

Śnieg bardzo miękki, zapewne ku uciesze starszego, uroczego pana, który serwisuje moje narty wjeżdżam centralnie na skałę, która wypina mnie ląduję w śniegu. No cóż znając realia jazdy pozatrasowej i widząc snopy iskier, które czasami wylatują spod krawędzi walących w kamienie nie oczekuję od nart, że przeżyją więcej niż 3 sezony, tym bardziej, że moje Dragony są nieco za wąskie w talii i na twardym sobie radzą, ale w takim czymś nie pomagają. Wiadomo wszystko zależy od techniki, ale sprzęt czasami może pomóc.

Zdecydowałem się na przyklejenie taśmą montażową czekana do kija co było nadmiarem ostrożności na górze.

Andy zmierza w stronę Buli

MisQ przedziera się przez lawinisko, poniżej Czarny Staw i Morskie Oko. Gdy dojeżdżamy do cienia rzucanego przez Mięgusze podłoże twardnieje i jazda staje się bajką. Mimo stromizny jedzie się świetnie, również po przebrnięciu lawinowych kalafiorów ostatni fragment do Czarnego Stawu to pełne flow i współpraca z górą. 

Korzystamy z długiego dnia i mimo, że zbliża się 18 po przebraniu butów zostajemy na dłuższy popas nad Czarnym Stawem i wypicie rytualnego Radlera i czegoś jeszcze. Ciekawe czy to koniec sezonu narciarskiego... 

czwartek, 08 maja 2014

Przekonywałem, że pada, że będzie mokro i ślisko, że może kiedy indziej... Jedziemy zdecydowali młodzi. Padało, było mokro i ślisko i było super.

Z Weroniką i Maćkiem poszliśmy z zamiarem zobaczenia zimy pod Zawratem. No i jak zima zobaczyła nas to zaczęła się puszyć, śnieżyć i posypywać. Dzięki zimo.

22:11, kubak_mtb
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 05 maja 2014

W Tatrach jeszcze jest skąd zjechać dlatego na początku majówki za Andym wybraliśmy się na Wrota Chałubińskiego, z zamiarem zjechania później przez Szpiglasową Przełęcz do Doliny 5 Stawów Polskich.

Andy ver. wiosna 2014.

Najtrudniejsze mentalnie jest te pierwsze 9 kilometrów po asfalcie do Morskiego Oka. Zgodnie z oczekiwaniami na drodze pojawili się Ci inni, których przez całą zimę nie spotykało się w Tatrach. Stąd też pytania czy na pewno jest śnieg, skąd będziemy zjeżdżać, czy wyciągi jeszcze działają... Dlatego nie zatrzymując się przy schronisku czmychnęliśmy w górę, obierając kierunek Dolinki za Mnichem.

Niezwykle dumny ze swojej zapobiegliwości wyciągnąłem krem z filtrem dlatego nie będę znów wygladał w pracy jakbym spożywał przez tydzień trunki, których zamawianie ograniczałoby się do zwrotu "najtańsze proszę, byle szybko". Pani w czarnych tenisówkach, nieco utrudzona 30 minutowym marszem powyżej asfaltu pytała czy aby na pewno wiem co mówimy dobrodusznie jej radząc, aby nie szła wyżej granicy śniegu.

Walka żywiołów. Zimy z wiosną trwa. Nasze uzbrojenie.


Na tym zdjęciu jest parę przedmiotów westchnień i marzeń, ale o tym na razie sza!

Na szczęście w Dolince za Mnichem inny świat. Pierwszą ekipą, którą spotkaliśmy byli snowboardziści. Jeden z nich surfował po powierzchni Niżnego Stawu Staszica, wiosna - tęczowa włóczkowa czapka i bermudy... Fajny zespół. Później będziemy podziwiać jak dla reklamy jakiegoś napoju z lemonem w nazwie i uporem godnym ważnej sprawy raz po razie skacze w dół na desce, za każdym razem (poza ostatnim) zaliczając przyziemienie tyłkiem, ale wszystko w fajnym klimacie.

Wrota. Andy podpowiedział ten kierunek, ale chyba wiem, że ta myśl zakiełkowała mu w głowie... Niech zgadnę 28 grudnia 2013?

Tymczasem idziemy wyżej. Już na parkingu okazało się, że nie zabrałem fok, więc mam do wyboru tylko z buta. Śnieg jednak taki, że to nie przeszkoda. Andy dzielnie wytycza zakosy na podejściu na Wrota Chałubińskiego (2022 m.n.p.m). Przed nami z Ciemnosmreczyńskiej przełęczy zjeżdża ekipa Chłopak i Dziewczyna. Zatrzymują się w pół stoku, sprawnie się przepakowują i w górę.

Napiera Andy. Śnieg sprzyjał podchodzeniu, ale jak zawsze wyżej - warto patrzeć gdzie się stawia stopy.

Na przełęczy. Po chwili dochodzą do nas snowboardziści i jeszcze jakaś grupa turystów. Pakujemy się i my.

Już po pierwszym skręcie widzę, że jest fajnie.

Andy`emu też dzisiaj wszystko sprzyja. Ma szerokie narty i pozytywny feeling. Kręci zgrabnie. Popas na dole, piwo i w górę do szlaku na Szpiglasową Przęłecz.


W górę nieco przecinamy szlak i idziemy na wprost. Wspinaczka w butach narciarskich nie jest tym co lubię najbardziej

Andy na szlaku. Poniżej to ... lazurowe, szafirowe, niebieskie, turkusowe... Pomocy plz!!! Jaki to kolor? To Staw Staszica przed chwilą obiekt surfingu snowboardzistów

Tu majówkowy tłumek, osób bardziej i mniej przyzwyczajonych do zimowych warunków i ekspozycji. Trochę ludzkich dramatów na łańcuchach. Andy sprytnie środkiem, aż pod skały. Narty na nogi i w dół. Ja ruszam w stronę łańcuchów, trochę się trzymając trochę jadąc w dół z asekuracją czekanem. Mówiąc wprost walę się w dół trochę bezładnie łomocząc narciarskimi buciorami, to jednak w miarę kontrolowany zjazd. Dziewczyna, którą mijam w dół nie bardzo wierzy. Rzucam żeby troszczyła się o siebie i trzymała mocno łańcuchów, bo z grubsza wiem co robię.

Śmiejemy się ze zdarzeń przed chwilą, kiedy dociera do mnie w trakcie zakładania nart. 

Fantastyczne warunki. Po kilku szusach widać jaka różnica w prędkości narciarza i pieszego. Ekipa, którą wspieraliśmy mentalnie jeszcze walczy z ostatnimi łańcuchami, dla nas to już małe punkciki na tle śniegu. Postanowiliśmy trawersować pod Miedzianym żeby nie tracić wysokości. Trochę spacerowania w nartach po skałach (nie chciało się zdjąć) i jesteśmy na Niedźwiedziu. Wzgórze tuż przed Schroniskiem w Stawach. 

To mały nielegal, bo szlak biegnie po drugiej stronie Wielkiego Stawu więc zastanawiamy się czy ktoś nie przywita zza kosówki, ale się udało. Schronisko, coś do picia i wiejemy, bo znów jesteśmy atrakcją dla majówkowiczów: jak dojść na Zawrat, czy dużo śniegu, czy przez Krzyżne jest bezpiecznie, skąd zjechaliśmy.

Jest godzina 17, podziwiam ludzi, że zadają zasadnicze pytania o drogę o tej porze. Despracko staramy się jeszcze wykorzystać ostatnie łachy śniegu w Litworowym Żlebie. Tu już trzeba czujnie. Środkiem biegnie potok, który przecina trasę, za chwilę musimy zdjąć narty i przedzierać się na piechotę. Andy próbuje jeszcze chwilę wykorzystać każdy metr, ale poddaje się w końcu i dochodzimy do szlaku. Przebranie butów na normalne, górskie i w dół.

Jeszcze raz tu wrócimy w tym sezonie.

niedziela, 04 maja 2014

Kilka zdjęć z wyjścia ze skiturowego wyjścia na Kozi Wierch. (autorzy to MisQ, większość i Andy)

W drodze do Doliny Roztoki już wiosennie. Niestety trzeba nieść cały ten bałagan na plecach. Nie wiem ile to wszystko waży. z pobieżnych wyliczeń wynika, że z 20 kg na plecach.

Czuć już i widać wiosnę, w lesie i duszy niektórych.

Tego dnia kluczowe było torowanie. Nużące i męczące. Brak mojej aktywności pozatatrzeńskiej sprawił, że jak tylko zacząłem sam torować to tempo spadało. Torować trzeba było, bo ze względu na pogodę, schodzącą nisko chmurę i niepewne prognozy w Szerokim Żlebie byliśmy sami. Pierwszą część podejścia wziął na siebie Andy, który zrobił mi to zdjęcie.

Wyżej jak to wyżej. Coraz stromiej.

Później torowanie wziął MisQ. Jemu przypadła najbardziej stroma część i najgorszy, bo nawiany śnieg. Że zniósł nasze narzekania i dociągnął do końca... Najpierw Andy ochrzanił go, że za wolno, później ja narzekałem, że za duże stopnie i nie daję rady na raz... Tak było, na co MisQ zareagował wydeptując porządniej, co oczywiście zabierało więcej czasu. Wtedy włączał się Andy. MisQ - anielska cierpliwość.

Autor najwygodniejszych stopni w akcji. Brakowało tylko oświetlenia ledowego, poza tym idealne.

Przed zjazdem ze szczytu. Pogoda była taka sobie, ale po pierwszych 50 metrach przewiało chmurę i było widać po czym jedziemy. Śnieg ciężki, lawiniska środkiem, zsuwające się mokre bryły etc. To wszystko powodowało, że nie była to łatwa jazda.

Andy zdecydował się na jazdę z czekanem (to się praktykuje na stromych stokach). Później jednak mówił, że to nie była najlepsza decyzja, w miękkim śniegu brakowało drugiego kija, a po upadku i tak daleko sie nie leci.

Po pobycie w schronisku zjeżdżamy widocznym na wprost Litworowym Żlebem. To ostatni moment i szukanie łach śniegu w kosówce. W kosówce też kończę dzisiejszy dzień, bo nie dogadaliśmy się z MisQ na temat ustąpienia miejsca i mając do wyboru ryzykowne hamowanie przez nim albo jazdę w kosówkę wybieram naturę. Kilka siniaków i na szczęście żadnej wystającej gałęzi.

W Tatrach śnieg znika w oczach. Czas myśleć o końcu sezonu.

niedziela, 27 kwietnia 2014

Ominęło mi się wpis. Dlatego nowszy wpis opisuje starsze zdarzenie. Poszukując śniegu uderzyliśmy w Tatry Zachodnie żeby sprawdzić, czy Grześ (1653) coś ciekawego oferuje. 

O świcie, gdzieś za Myślenicami stajemy na kawę. Odczuwam potrzebę identyfikacji i maluję sobie narciarza skiturowego na zmrożonej pokrywie bagażnika.

MisQ eksperymentuje na parkingu z ujęciami. Andy w okularze Lukcia

Popas w Chochołowskiej. Słońce miło operuje.

Sprawdzamy, czy seledynowe pasuje do seledynowego... Nie pasuje, więc Lukcio oddaje kurtkę MisQ.

Tu pasuje :) 

Woda spożywana prosto (no prawie prosto) z chmur

Dziwne zdarzenia podczas wycieczki skturowej. 

Na Grzesiu. Andy poszedł na Rakoń... my czekaliśmy i czekaliśmy. 

Na Grzesiu parę zjazdów. Śnieg ciężki, przepadający. Jedzie Lukcio, jestem widownią.

Na końcu dnia wpadliśmy w jakiś wąwóz przedzierając się przez wiatrołomy. Niezły surwiwal.

wtorek, 15 kwietnia 2014

No nie myślałem. Nie myślałem, że jeszcze tej zimy uda się zjechać i że uda się TAK zjechać. Spośród wszystkich zaliczonych tatrzańskich zjazdów ten jest wzorcem z Sevres, punktem odniesienia, zjazdem referencyjnym, limes i co tam jeszcze można wymyślić na najbardziej zajebisty warun jakiego doznałem.

Z MisQ ruszyliśmy bez wielkiego przekonania. Pogoda była taka se. Podwieźliśmy leniwe cztery litery kolejką na Kasprowy, zjazd Gąsienicową i na Zawrat. Dało się środkiem przez Czarny Staw, a kiedy już od Zmarzłego podchodziliśmy Zawartowym Źlebem śnieg zmienił się w kulki styropianu, które zsuwały się z żlebów i żlebików jak potoki, szumiąc i szemrząc. 

Na górze przepak, na podejściu było na tyle miękko, że nie trzeba było czekanów. Zwykle początek zjazdu z Zawratu jest mało spektakularny - zsuw po lodzie z czujnością, aby się nie zsunąć za szybko, za bardzo i nie tą częścią ciała w dół co się planowało.

Tym razem pierwszy skręt na samej górze i już wiedziałem. Jestem pieprzoną królową śniegu (to nie zjawisko płci metrykalnej, po prostu o królu śniegu nie słyszałem). Stromo, ale tak cudownie, że proszę ja Ciebie uwierzyłem przez chwilę, że potrafię jeździć na nartach. Dłuższy skręt - proszę bardzo, śmig hamujący - się robi, przeskok przez ślady - czemu nie. Wychodzi wszystko. Śnieg trzyma, nie przepada. Wunderbar. Robimy parę skrętów, trochę zdjęć z dumą patrząc na zgrabne nawet ślady po christianiach (ktoś jeszcze pamięta to słowo?).

Ech i tak warto żyć.

Resztę na fotkach MisQ (dzięki)

Na podejściu w Zawratowym Źlebie. MisQ ma rękę do niecodziennych ujęć. 

Szumiące śniegospady ze zboczy Zawratowej Turni

MisQ na przełęczy

Wieje, wiejemy i my

Ten flow, w którym współpracujesz a nie walczysz z górą, ech...

Upsss... trochę za blisko :)

Napiera i MisQ. Widoczność wbrew temu co na zdjęciach była dość dobra, w każdym razie z góry było widać Zmarzły

Znów na Kasprowym. Teraz Goryczkową w dół, na szczęście przejezdne aż do Kuźnic.

czwartek, 27 lutego 2014

To najgorsza zima w moim skiturowym życiu. Śniegu brak. Ptaki śpiewają już w lutym.

Ciągnie jednak żeby podejść, zapiąć narty i śmignąć w dół. Dlatego używając języka psychoterapii (depresja narciarza wysokogórskiego) wypierając wszelkie złe informacje o halnym, braku śniegu etc. stawiliśmy się z Andym w Kuźnicach.Narty na plecy i w górę, na Karb.

Andy napiera z nartami na plecach Siodłową Percią.  Tu już k... powinien być śnieg!!!

Najpierw nadzieja na śnieg w Dolinie Jaworzynki... Nic, może na przełęczy Między Kopami..., do Murowańca znieśliśmy narty na plecach. Przeklinałem decyzję żeby iść w butach narciarskich, wiedziałem, że na zejściu moje duże palce zostaną zmasakrowane, a w samochodzie eksplodują. Nic. Droga nad Czarny Staw Gąsienicowy. Wieje tak, że trzeba się chować za kamieniem żeby wypić herbatę.

Andy radzi żeby foki zdjąć już tutaj, bo wyżej może tak wiać, że przepak będzie wyczynem. Po zdjęciu foki chcą odlecieć. Chciałoby się powiedzieć... jak to foki, ale coś tu nie gra.


Idziemy jednak w górę na przełęcz Karb.

W samym żlebie wieje mniej, dochodzi nas turysta,który z niedowierzaniem pyta czy zamierzamy tędy zjeżdżać. Fakt - beton.Nie zakładamy raków i dochodzimy do 2/3 wysokości żlebu. Dalej nie ma sensu. Trawa i kamienie. Turysta zasiada za kamieniem i obserwuje licząc na widowiskowe gleby na lodzie.

Na podejściu

Kilka emocjonujących skrętów po twardym i już jesteśmy na dole, na lodowej tafli Czarnego Stawu. Znów w objęcia orkanu. Wykorzystuję południowy kierunek i rozkładam ręce. Udaje się takim żaglem dojechać aż do wylotu szlaku. 


Bojeronarty na Czarnym Stawie Gąsienicowym

Przyjemny zjazd w dół do schroniska, popas w Murowańcu i w dół, z braku śniegu kpiąc i klnąć, postękując przy każdym kroku. To było bolesne przeżycie. Muszę odbraczyć buty, termoformowanie nie pomogło. 


W dolinie Jaworzynki Andy daje odpór brakowi śniegu.

Mimo desperackiego poszukiwania śniegu i tego, że 90 % nieśliśmy narty na plecach udało się zrobić fajną wycieczkę

sobota, 08 lutego 2014

Pierwsze skitury na Słowacji.

Salatyn jest żlebem w Tatrach Zachodnich, jednym z niewielu położonych wyżej miejsc udostępnionych do turystyki zimowej.  Andy i Lukcio zaliczyli go tydzień wcześniej, mówili, że wymagający, ale trafili na bajeczne warunki więc chętnie powtórzyli wyjazd.

Właściwe podejście na Salatyn odbywa się powyżej stoku narciarskiego Rohace-Spalena, wcześniej trzeba zdobyć 300 m w górę idąc wzdłuż trasy

Na pustym jeszcze o tej porze parkingu przekonuję chłopaków, żeby podjechać wyciągiem, ten manewr się jednak nie udaje. Zasuwamy do góry po trasie narciarskiej. Ostatnie trzy tygodnie miałem orkę w pracy więc wyjazd zaliczyłem niejako z marszu i spodziewam się, że będzie bolało. Zimy na Słowacji również nie ma (wiadomo - jest w Stanach) więc poruszamy się po łatach śniegu i wydeptanych ścieżkach. Tak jest do granicy wyznaczanej przez piętro kosówki. Po podejściu powyżej jej granicy dostajemy w twarz lodową kaszą. Silne wiatry były zapowiedziane. Wiatr, który uniemożliwia poruszanie się to co innego.

Film z tamtego miejsca i dnia, zamieszczony na forum skiturowy (skitury.fora.pl) lepiej opowie co tam wyprawiał wiatr.

Południowa herbatka na wietrze i w zamieci. Lukcio przygotowany

Zakładam raki, czekan w dłoń, narty do plecaka i do góry. Porywy wiatru nie dość, że niosą lodowy żwir to usiłują zsunąć przeciwnika w dół lub w bok. Kiedy śnieżna trąba nadciąga trzeba paść na brzuch mocno trzymając się kto czego może. Najpiej czekana. Kilka razy próbowałem podejść kilka kroków w górę, ale się nie dało.

Chłopaki też potrzebowali się przyziemić na moment żeby ich nie zwiało

Obawiam się jak będzie wyglądał zjazd w tych warunkach, może się uda śmignąć w przerwach. Lukcio i Andy trochę wyżej, sam czuję kurcze w udach. Tego się nie oszuka, brak treningu, zmęczenie pracą i hektolitry kawy.

Wreszcie na górze.

 

Znajdujemy jamę, w której nie jest cicho, ale da się przynajmniej przebrać. Wcześniej fotki. Andy i Lukcio.

Ruszamy w dół. Lukcio śmiga szybko, za nim ja. Niestety przy pierwszym skręcie czuję, że coś mi strzeliło w udzie. Zapewne nierozruszany kurcz mięśni i przeciążenie. Zatrzymuję się na stromym odcinku. Da się jechać czy nie - niestety boli, ale nie ma wyjścia jakoś się trzeba dostać na dół, a na tym lodzie o oszczędzaniu nogi nie ma mowy. Skręt po skręcie do bardziej miękkiego śniegu. Szkoda bo na dole warunki fantastyczne.Chłopaki wchodzą jeszcze raz do połowy żlebu.

Siadam za kamieniem okutany, jakiś ibuprom, ogrzewacz na bolące miejsce. Żałuję, że nie mogę podejść, ale poza urazem po prostu nie mam siły. Gadamy z Bartkiem, napotkanym freeride`owcem z Bielska-Białej. Ma tu bliżej niż w polskie Tatry, poza tym to w ogóle jedno z niewielu miejsc w Tatrach, gdzie można jeszcze przypiąć narty.

W oczekiwaniu na chłopaków. 

Chłopaki szusują i zjeżdżamy w dół. Czuję nogę, ale nie jest gorzej, wiec to jakieś miejscowe uszkodzenie. Andy i Lukcio wracają jeszcze na parę szusów po przygotowanym stoku, korzystam z okazji i odsypiam niedobory w samochodzie.

21:47, kubak_mtb
Link Komentarze (4) »

Pieszo. Taka zima.

Już kilka miesięcy temu Alina zapowiadała, że jak przyjedzie do Polski to idziemy w góry. Oprócz naszej grupy zawiązała się alternatywna, która miała iść do Doliny Gąsienicowej i tam zdecydować co dalej. Celem była Kozia Przełęcz. Nie ukrywam, że chciałem zobaczyć jakie tam są możliwości zjazdu na nartach. To jeden z klasyków skiturów oznaczony jako "trójka" w skali trudności. Czarny Staw Gąsienicowy jeszcze nie był zamarznięty dlatego obeszliśmy go letnim szlakiem.

Przed nami próg do Zmarzłego Stawu. (zdjęcia moje, Andy`ego i MisQ)

W stronę Koziej Dolinki. Trochę nawianego śniegu, trochę przewianego betonu. Pogoda stabilna i turystów i wspinaczy niewielu, chociaż ten próg i to popularne miejsce do treningów wspinaczki lodowej. Napotkaliśmy kilka operujących ekip.


Decydujemy się na podejście żlebem bezpośrednio do góry. Okazało się, że letni szlak trawersujący zbocze obok żlebu również był do przejścia. Alina, Lukcio i Grzegorz, kolega z ekipy Aliny, który dołączył do nas. Jest już stromo i twardo. Raki są niezbędne, za chwilę też trzeba będzie wziąć czekany.

Już wysoko. Kozia Dolinka w całej okazałości. Śniegu tyle co kot napłakał. Przeciwległy stok po lewej to Zadni Granat. Dobrze widać żleb, którym zjeżdżaliśmy w ubiegłym roku dwukrotnie. Prostszy wariant zjazdu biegnie rozgałęzieniem widocznym najbardziej po lewej.

MisQ w żlebie. 

Alina osiąga Kozią Przełęcz (2137 m.n.p.m.)

Jest i Lukcio

Andy

I ja. Końcówka twarda. Zerkamy na zejście w stronę Pustej Dolinki. Był przez moment plan żeby zejść tamtędy i wejść na Zawrat, ale było zdecydowanie za późno. Za nami ciągnie jakaś duża ekipa więc trzeba będzie poczekać aż dotrą. Początek jest na tyle stromy, oblodzony i wąski, że lepiej nie ryzykować schodzenia i ewentualnego zsunięcia się na pochodzących.

Korzystamy z chwili czasu i oczekiwania na podchodzących i robimy fot ekipy.

Na przełęczy jak to na przełęczy - wieje więc oczekiwanie się dłuży. Gawędzimy z podchodzącą grupą. Wybierają się na nocleg do Doliny 5 Stawów Polskich. Zejście do Pustej wygląda stromo dlatego wśród damskiej części grupy czuć i słychać lekką panikę. Jedna z kobiet chce nawet schodzić z nami. Pomału docierają bardziej doświadczeni z liną i ze sporym zapasem spokoju. Kilkadziesiąt metrów w dół bezpieczniej przebyć tyłem. Po 100 metrach odbijamy na letni szlak, gdzie jest bardziej płasko. Wszyscy... poza MisQ, który wskutek nieporozumienia schodzi szlakiem, którym podchodziliśmy. Będzie później pogawędka na temat rozdzielania się zimą w górach i kto komu czego nie powiedział.

Tu już bardziej płasko. Wykorzystuję nawiany śnieg na wieeeelometrowe dupozjazdy. Nie można na nartach to przynajmniej tak. 

Kiedy schodzimy do dna Koziej Dolinki nadlatuje śmigłowiec TOPR i desantuje ratownika. Odlatuje i ponownie dociera nad Zamarłą Turnię. Zabiera ratownika i kogoś w noszach francuskich. Jesteśmy przekonani, że coś poszło nie tak tej licznej ekipie, która osiągnęła przełęcz po nas. Nawet odbywa się wymądrzanie na temat tego, czy rozsądne z ich strony było zabieranie wyraźnie przestraszonych dziewczyn... "Ale gwiazdorzycie" - podsumowuje Andy. No... i miał rację. Wieczorem spotykamy pod Murowańcem chłopaka, który był na przełęczy podczas akcji. To były ćwiczenia.

Popas już po bezpiecznej stronie nad Czarnym Stawem Gąsienicowym. I tak będziemy schodzić w świetle czołówek. Dociera do nas ekipa Aliny. Byli na Zawracie. Jest czas chwilę porozmawiać i sprawdzić jak po całym dniu smakuje porzeczkówka. Jest ok. 

środa, 05 lutego 2014

Pieszo, pieszo, k... pieszo!!! Koniec grudnia, a my tylko pieszo. Szkoda gadać co taka Pani zima może sobie zrobić z pojedynczym soplem. Tym razem byliśmy w składzie Andy, MisQ i ja.

Nad Morskim Okiem. Kry i Mięgusze. Idziemy na prawo. Foty. MisQ

Wrota Chałubińskiego, przełęcz gdzieś pomiędzy masywem Mięguszów a Szpiglasowym Wierchem. Moje skojarzenia z tym miejscem to próba letniego przejścia od słowackiej strony oraz historia z ubiegłego roku, kiedy grupa turystów przemierzała ceprostradę (szlak z Morskiego Oka do Doliny za Mnichem) i zjechała z lawiną do Morskiego Oka. Tym razem śniegu nie było zbyt dużo, więc wykorzystaliśmy letni szlak.

Zakładanie raków, sprawdzanie detektorów.

Ponieważ ten przypadek był omawiany na panelu dotyczącym lawin podczas KFG (Krakowski Festiwal Górski) oglądaliśmy żleb, z którego się zsunęło. To dość specjalistyczna obserwacja, ale zwykle, kiedy mówi się o lawinie, to myśli się o zasypaniu przez śnieg, zwały śniegu, ale znacząca część ofiar (o ile dobrze pamiętam - 40 %) lawin w polskich Tatrach to ludzie, którzy zostali przez nie zrzuceni z wysokości lub poobijani o skały. Tak też było w tym przypadku. Żadna z ofiar nie była przysypana.

Mnich. Jedno z bardziej charakterystycznych miejsc w polskich Tatrach.

No dobra, to ta ponura część zimy tego dnia nie była obecna. Lawinowa jedynka. Podejście pod górę standardowe. Ja z Andym trawersującym szlakiem, MisQ wersją letnią - żlebem. Później mówił, że żałował, że nie założył raków, bo było twardo, stromo i ślisko.Podejście poszło gładko.

No to mamy wszystko. MsiQ fotografuje, Andy na pierwszym planie, ja z przodu, Chałubiński powyżej. Chałubiński, doktor, Tytus ze swoimi szerokimi horyzontami jest chwilowo tylko stromym śnieżno lodowym podejściem.

Krok za krokiem, wyżej i wyżej. Czekan i raki oraz koncentracja dają dużą pewność. W żlebie mało osób.Na górze trochę wiało, ale nie bardzo, przed zejściem stromym żlebem żałowałem, że nie mam nart. Nie rozumiem tego, ale czuję się w nich pewniej niż w rakach i z czekanem.

Na szczycie. W lecie to pewnie byłaby dość monotonna wycieczka. W zimie fajne turystyczne wyznanie.

Drogę w dół potraktowałem jako trening umiejętności. Upadek na lodzie, zjazd w dół i nabieranie prędkości, koziołkowanie lub skały. To taka zła wizja. Książki i mądrzy ludzie mówią - tak: reaguj zanim nabierzesz prędkości, to podstawa. 

Na brzuchu. Oczywiście po upadku leci się również na plecy, głową w dół... ta pozycja to najłatwiejsza pozycja początkowa. Teoria mówi o tym co należy zrobić. Jak trzymać czekan, jak ułożyć stylisko. No, ale jak się jedzie w dół z coraz większą prędkością w dół to przypominanie sobie tej teorii trwa wieki, na szczęście zastosowana - działa.

 

Podczas pobytu w Dolince ze Mnichem cały czas oglądamy tę wzniosła turnię od południowej strony. Wygląda na osiągalną turystycznie. Zapada zmrok. Ledowe światełka czołówek ekip prowadzacych akcję górską lub schodzących (te jasne punkty - a propos zadanie: znajdź 3 ekipy i przyporządkuj. Jedna schodzi pod Bulą pod Rysami, druga pomiędzy Czarnym Stawem a Morskim Okiem, a trzecia spod Mniicha) w doliny nadają górom przestrzeń. Przed nami oświetlony księżycem masyw Rysów. 

Gawędzimy z taternikami, którzy zaliczyli Mnicha. Mnich w ogóle jest bohaterem mojej licealnej wyobraźni i lektury książek dla młodzieży Aleksandra Minkowskiego.

Sprawdzamy moją nową chińską lampkę. Jest dobrze - topi śnieg. Oczywiście w plecaku mam i niezawodnego petzla, ta jest do rowerowych i narciarskich zjazdów w nocy.

Schodzimy do Palenicy około 20. Zima w Tatrach rulez... Tylko gdzie te narty.

00:04, kubak_mtb
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 04 lutego 2014

Zima nie łaskawa. W Tatrach brak śniegu, poza nielicznymi żlebami. Więc jeśli tylko spadło trochę ruszyliśmy pod górę z zamiarem dojścia na Kasprowy Wierch przez Halę Goryczkową. Klasyk na złe warunki.

Na parkingu w Kuźnicach MisQ pręży swój nowy detektor mammut element

Popas przy dolnej stacji kolei na Hali Goryczkowej

Przed wejściem na tzw. "patelnię" spotykamy Jędrzeja "Jędrola", rowerowego znajomego, który zmaterializował się na podejściu na Kasprowy. Jedrol zasuwa szybciej, więc tego dnia spotykamy się dwa razy.

Nie dochodząc do szczytu wracamy. Coś nam dzisiaj nie szło za to zjazd daje frajdę.

No cóż, nie zawsze wszystko idzie tak jak trzeba, ale i tak jest fajnie.

13:43, kubak_mtb
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 08 grudnia 2013

Kuźnice-Hala Jaworzynki-Dolina Gąsienicowa-Kasprowy Wierch-Hala Goryczkowa-Kuźnice.

Informacja o tym, że spadło 50 cm śniegu wywołała pewne podniecenie w ekipie. Już od jakiegoś czasu oglądalność filmików i zdjęć z wypraw narciarskich wyraźnie wzrosła. Z drugiej strony nie ma podkładu, mocno wiało, a więc mamy niezwiązany śnieg bez podłoża. Każdy skręt może skończyć żywot nart. Po dojeździe na parking jest wiadomo idziemy na nartach (byliśmy przygotowani również na wycieczkę pieszą). Napotkani turowcy potwierdzają - da się zjechać z Goryczkowej aż do Kuźnic.

Miało być więc dość krótko i przyjemnie. I było, tylko z mała przygodą, ale o tym dalej.

 Już na drodze do Kuźnic pojawiają się pierwsze zapowiedzi pięknego dnia.

Typowy widok na turach. Trawers stoku. Tu wspinamy się na Małą Kopę Królowej.

To był miły początek pewnych dość śmiesznych zdarzeń, które zatrzymały nas na około 1,5 h nie do końca tam gdzie chcieliśmy. Idąc szlakiem przez Polanę Jaworzynki na wysokości tzw. Wyżnej Polany Jaworzynki należy odbić od starej "Siodłowej Drogi" i trawersem wspiąć się na Siodłową Perć. W lecie to po prostu ostry zakos i ścieżka przez las. Szliśmy tamtędy zapewne już dziesiątki razy. Do dzisiaj trwa spór w ekipie czy zwyciężyła chęć zobaczenia "co jest za zakrętem", czy też po prostu przeoczyliśmy skręt. W każdym razie wygrałem piwo upierając się, że jeszcze tędy nie szliśmy. Na początku był nawet szlak, ba nawet byli turyści, co prawda zawracali i mówili, że nie da się przejść, "chociaż na nartach... być może". No to poszliśmy.

Andy naciera od Kasprowej Doliny. Tu jeszcze jest miło.

Szybko tracimy szlak i trzeba torować. Dopóki to podejście po stoku jest dobrze. Kiedy zaczyna się kosówka zaczyna się zabawa z zapadanie. Kije rozłożone na długość 115 cm giną w wątłej śnieżnej pokrywie.

Wiemy doskonale gdzie jesteśmy, to nie jest problem. Śniegu jednak nie jest na tyle dużo żeby przykryć w całości kosówkę i raz po raz ktoś wpada po pas w śnieg. Kiedy próbujemy iść na nartach gałęzie przytrzymują dzioby, odklejają foki. W powietrzu latkają pierwsze k...

Świetnie się bawię. Przeprawa przez Małą Kopę Królowej, około 300 - 400 metrów od szlaku, który dość szybko zaczynamy widzieć, widzimy też morze kosówki. Postanowimy jednak nie wracać i krok po kroku na nartach przedzierać się do szlaku. Docieramy w końcu na ubite, a co ważniejsze schodzimy z gałęzi.

Następnego dnia szlak będzie już mocno wydeptany przez tych, którzy poszli naszym śladem, a w Murowańcu uda mi się usłyszeć dialog nt. jego trudów. Upss.... zdaje się, że wytyczyliśmy całkiem popularną, mylną ścieżkę. Współczuje tym, którzy przebyli ja bez nart.

Popas na Hali Gąsienicowej. Dalej po nieczynnym jeszcze stoku narciarskim do góry.

Na Kasprowym mnóstwo głodnych zimy skiturowców i freeriderów. Pogaduchy o warunkach i sprzęcie. Wspólna fota i w dół. Zawsze przed pierwszym zjazdem mam następująca wątpliwość - jak się jeździ na nartach. Śniegu wystarczająco. Od czasu do czasu słychać tylko niepokojące dźwięki nart zgrzytających o kamienie, ale cóż w jeździe pozatrasowej to norma więc nie da się tego uniknąć, można tylko minimalizować straty i starać się nie skręcać w w takich miejscach.

Śnieg jest bardzo dobry. Jedzie się łatwo.

Na Hali Goryczkowej.

Szybko docieramy na dół. Teraz tylko czekać na kolejne opady śniegu i stabilne warunki lawinowe.

Kuźnice - Hala Kondratowa - Przełęcz pod Kopą Kondracką - Goryczkowe Czuby - Kasprowy Wierch - Beskid - Świnicka Przełęcz - Świnica - Liliowe - Dolina Gasienicowa - Kuźnice

Poza zimowymi miesiącami kiedy już można podejść i zjechać na nartach czekam na listopad. Nieliczni turyści, ciepłe promienia słońca, przeplatane srogimi lodowymi podmuchami, opady i mgły i przede wszystkim brak listopadowej, miejskiej szarości.  Tym razem w planie mieliśmy niezbyt długą wycieczkę. Dawno nie byłem na Świnicy, Andy i Lukcio przystali na plan i oto szliśmy już zakosami na Przełęcz po Kopą, tam raki na nogi i granią do Kasprowego. 

Oczywiście jak to w porach przejściowych (wiosna i jesień) po drodze napotkaliśmy ofiary wyciągu. Osoby, które bez przygotowania i sprzętu ruszają poza obręb Kasprowego Wierchu. W listopadzie normą są zimowe warunki i oblodzenie skał. Andy asekurował panią która na widok dwumetrowego progu przyprószonego śniegiem przykleiła się do kamieni nie mogąc się ruszyć. Rzeczywiście było ślisko i łatwo o upadek. Krok po kroku została sprowadzona.

Tu na chwilę się rozdzielamy. Idę przez Kasprowy a chłopaki trawersem od południa. Sprawdzamy która droga jest szybsza - trawers, więc Panowie, w oczekiwaniu na mnie, zaliczają jeszcze sesję napotkanego fotografa.

Po przejściu przez Liliowe zostaliśmy prawie sami (gdzieś z przodu w tym samym kierunku szła para).

Zasadnicze podejście na Świnice. Warunki były dobre. Stabilny śnieg, niewielkie oblodzenie. Owszem trzeba uważać jak się stawia stopy, ale generalnie było przyjaźnie. Za nami Przełęcz Świnicka.

I wyżej. Tu już przeszliśmy na południową stronę. Pod nami Dolina Cicha po słowackiej stronie.

Przed ostatnim odcinkiem. Tu zawróciła para, która nam towarzyszyła. Poruszali się sprawnie, ale nie mieli raków, odradziliśmy im powrót przez Zawrat było jednak zbyt późno i zbyt ślisko.

Podejście na sam szczyt biegnie od południa. Tu jest zbyt stromo i zbyt południowo żeby utrzymał się śnieg w takich warunkach. Wspinaczka po skałach w rakach jest pewnym ... zagadnieniem :). Propozycja Lukcia, że zaostrzy nam wszystkim zęby w rakach po powrocie została przyjęta ciepło.

I Świnica popołudniową porą. Trzeba schodzić, tak aby zejście z Liliowego rozpocząć jeszcze z jakąkolwiek widocznością.

Późna pora powrotu ma też swoje zalety. Zachodzące słońce stroi skały w ciepłe barwy.

Kolory coraz bardziej niezwykłe

Robi się chłodniej i trzeba się spieszyć.

No i na koniec, przed zejściem z grani ukazał się pejzaż zasługujący na nową tapetę na pulpicie. 

Zejście z Liliowego i później z Doliny Gasienicowej zaliczamy już po zmroku.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 37