Aktywność sportowa Kuby w myśl cytatu Marka Twaina: Za dwadzieścia lat bardziej będziesz żałował tego, czego nie zrobiłeś, niż tego, co zrobiłeś. Więc odwiąż liny, opuść bezpieczną przystań. Złap w żagle pomyślne wiatry. Podróżuj, śnij, odkrywaj
poniedziałek, 11 listopada 2013

Najwyższy szczyt Tatr Zachodnich 2248 m.n.p.m. Byliśmy tu przed rokiem, również jesienią, ale bez Andy`ego, dlatego kiedy padł pomysł wycieczki w dwuosobowym składzie przystałem na jego propozycję dalekiego marszu na ten położony po słowackiej stronie szczyt. W sobotę lało, także w niedzielę rano całą podróż do Kirów, do wylotu Doliny Kościeliskiej odbyliśmy w strugach deszczu. Ufając jednak dwóm sprawdzonym wielokrotnie serwisom pogodowym yr.no i meteo.pl poczekaliśmy od godz. 7 do 8 w samochodzie i poszliśmy. Była 10.30 - nieco późno, kiedy, po krótkim przystanku w schronisku na Hali Ornak, rozpoczęliśmy podejście.

Świeży opad śniegu leżał od 1200 m, ale zapowiadane przez norwegów z Meteorogilisk Institutt okno pogodowe stawało się faktem. Szliśmy w kierunku Przełęczy Iwaniackej, dalej przez Pasmo Ornaka i Siwą Przełęcz do Siwego Zwornika.

Powyżej Iwaniackiej kolejne dowody, że słusznie nie odpuściliśmy kiedy deszcz nie przestawał padać, a temperatura spadła do 1 st.

To już 1700 metrów, wchodzimy na Suchy Wierch Ornaczański. Cały czas wisi nad nami widmo załamania pogody zapowiedziane na godz. 17.

Pojawiają się - w oddali Błyszcz i Bystra. Za chwilę na ich zbocza nasuną się chmury, a u nas pojawią się pierwsze wątpliwości czy damy radę dzisiaj, tym bardziej, że robi się późno. Zapada decyzja, że idziemy do godz. 14, a jak będzie źle - wracamy. Chciałbym rozpocząć zejście z Ornaka najpóźniej o godz. 16, tak aby w ciemnościach iść już w lesie, gdzie ścieżka staje się bardziej płaska i znikają trudności techniczne.

Osiągamy Siwy Zwornik 1965 m.n.p.m. Rzut oka w lewo. Niestety szlak na widoczny na trzecim planie Błyszcz i Bystrą jest nieprzetarty. Na dodatek nie wziąłem rzadko używanych przeze mnie stuptutów, wiec spodziewam się, że nabiorę śniegu do butów. Andy toruje drogę, za nami, korzystając z przetartego szlaku, rusza czworo innych turystów - grupa, którą dogoniliśmy w okolicy Siwych Skał. Póki co pogoda jest dobra, nominalnie do szczytu godzina. Odejmując to, że zwykle idziemy o 30 % szybciej niż wskazówki na szlakach i dodając konieczność przecierania szlaku i świeży śnieg ta godzina jest realna. Będziemy o 14.30. Pół godziny później niż plan.

Blyszcz. W trakcie zimy to jedno z najbardziej lawinowych miejsc w Tatrach. Wczoraj śniegu było 20-30 cm, a w nawianych miejscach najwyżej po kolana więc zagrożenie było nikłe.

Na zboczach. Trawersujemy, Andy szuka śladów szlaku, ale większość czasu idziemy na intuicję. Przydają się raki, które założyliśmy przed podejściem. Śniegu mało,, ale na wszelki wypadek proszę ekipę, która podąża naszym tropem żeby utrzymywali odległość. Po co obciążać.

Andy toruje szlak

Wyżej i wyżej. Chmury jednak nadciągają. Trzeba się spieszyć.

Wreszcie jest szczyt... coś mi tu jednak nie pasuje. Wyciągam GPS, który pokazuje 2252 metry... to nie może być Błyszcz, który jest prawie 100 metrów niżej. No tak poszukując szlaku skróciliśmy drogę omijając ten polski szczyt. Jesteśmy na Bystrej... chyba. Analizując ślad z GPS domyślam się, że minęliśmy Błyszcz o około 40 metrów, a na Bystrej z kolei nie ma tabliczek z oznaczeniem. Pewni, że wyżej się nie da wejść zawracamy. Na szczycie wieje, jest 14.30 i pojawiają się chmury. Pogarsza się widoczność. Z lekkim niepokojem czy nie zasypało nam śladów schodzimy w dół.

Idzie sprawnie i szybko dochodzimy do grani i Siwego Zwornika. Korzystając z osłony skał urządzamy krótki popas. Okazało się, że ekipa, która szła za nami, a o którą trochę się martwiłem sprawnie do miejsca naszego postoju. Podziękowania dla Andy`ego za przecieranie śladu wyrażone 60 % absyntem. Rewanżujemy się herbatą i wiejemy w dół. Jest późno.

Na Siwej przełęczy rozstajemy się z tymczasowymi towarzyszami, którzy schodzą poprzez Dolinę Starorobociańską. Przed nami pasmo Ornaka. Z niepokojem znów patrzę na ścianę chmur, która zbliża się od południa.

Tymczasem na trawersie do Chochołowskiej akcja TOPR, desantowany jest ratownik, turyści z ramionami w literę Y wskazali miejsce. Nie wiemy co się dzieje, nie mamy też czasu na sprawdzanie *. Mamy jeszcze 700 metrów wysokości do wytracenia do schroniska. Ruszamy przez Ornak. Niestety przed właściwym szczytem coś mnie podkusiło żeby obejść szczyt letnim obejściem, gdzie zobaczyłem świeże ślady. Po pół godzinie tkwiliśmy w kosówce w świetle księżyca zastanawiając się czy na pewno dobrze idziemy. Skrótów mi się cholera zachciało! Dość już zmęczeni zmagaliśmy się ze świeżym śniegiem. Andy poprosił w końcu o wyciągnięcie GPS, powiedziałem ok, tylko stańmy te 3 metry dalej, bo akurat walczyłem z gałęziami kosówki, o które zaczepiły się moje raki... Andy zrobił te kilka kroków i ... stanął na szlaku. Uff.

W dół po kamieniach w świetle czołówek do Iwaniackiej, później lasem i o 19 byliśmy w schronisku. Tym razem wykorzystaliśmy w 100 % cały zapas czasu. 

* Suplement z 2013-11-12, wyjaśniający akcję widzianą z Siwej Przełęczy (źródło www.topr.pl):

"O godz. 15.38  powiadomiono ratowników, że podczas zejścia z Siwej Przeł. do Dol. Starej Roboty kontuzji doznała turystka. Wystartował śmigłowiec. Po desancie ratownicy udzielili rannej pierwszej pomocy. Następnie kobieta wraz z ratownikiem została windą wciągnięta na pokład będącego w zawisie śmigłowca i przetransportowana do szpitala."

Lista dostępnych szlaków turystycznych w polskich Tatrach, których nie zaliczyliśmy co najmniej raz jest bliska wyczerpania, a takich, które wiodą trudniej dostępnymi graniami jest zerowa. Przyszedł czas na ciekawe połączenia. Szpiglasowy Wierch jest szczytem łatwo dostępnym zarówno z Doliny 5 Stawów Polskich, jaki i od strony Morskiego Oka więc plan był taki żeby wejść od "piątki" a zejść do "moka" odwiedzając po drodze Wrota Chałubińskiego.

Pogoda - jak zwykle bliska doskonałości. Koniec października i niemal cały dzień spędzony w jednej cienkiej koszulce. Na ale najpierw podejście moją ulubioną, zwłaszcza zimą, Doliną Roztoki.

Na podejściu. Tę część wycieczek zazwyczaj znaczą spotkania, których katalizatorem jest w Andy. Tu doprowadził do łez ze śmiechu TOPRowców. 

Andy w oczekiwaniu na kolejkę, która zabierze go do do schroniska w D5SP.  Wyciąg techniczny z Doliny Roztoki w zimie podczas zjazdu na nartach to dobry punkt orientacyjny. Niestety dzisiaj trzeba dymać na nogach, jak zazwyczaj wybieramy szlak przez Siklawę, bo ładniej. 

Wielki, Mały i Przedni Staw. Trzy z pięciu widziane ze szlaku na Szpiglasowy Wierch. Turystów umiarkowana liczba. Jesień, więc mniej jest osób przypadkowych na szlakach, wędrówka jest bardziej płynna. Zasada lato w Tatrach po słowackiej stronie, jesień i zima u nas działa w 100 %. 

I wyżej. Jesień nie próżnuje dostarczając właściwych zestawień barw.

Zapraszam MisQ na herbatę. Jej przygotowanie to część porannych rytuałów. Zawsze tak samo - jeżeli jesień to wystarczy mały termos (0,5 l). Sparzyć wrzątkiem żeby herbata była długo gorąca, 6 łyżeczek cukru, torebka earl greya i cytryna. Te poranne mechaniczne zwyczaje odbywane o 4 rano przed wyjazdem sprawiają, że na cały dzień pakuję się w 30 minut łącznie z przygotowaniem jedzenia, nie zastanawiając się nad elementami wyposażenia. W zimie pakowanie jest bardziej staranne, o tej porze roku ewentualne braki w ekwipunku trudniej nadrobić, a skutki zapominalstwa są zdecydowanie bardziej dolegliwe.

Andy oddalił się po grani, a MisQ zrobił mu zdjęcie z malowniczą panoramą Tatr Zachodnich w tle.

Co jest po drugiej stronie. Podejmujemy próbę uderzenia na Wrota Chałubińskiego nieco inną ścieżką. Śliskie trawy, narastająca stromizna i brak pewności co do przebiegu właściwej drogi powoduje, że po przejściu połowy drogi decydujemy się zawrócić i zejść ceprostradą do Morskiego Oka. Zgodnie z oczekiwaniami przy schronisku jesteśmy niemal sami, co pozwala podziwiać kontury Wysokich Tatr odcinające się od rozświetlonego gwiazdami i poświatą księżyca nieba.

Ostatni popas nad Morskim Okiem, jeszcze tylko 9 km i parking w Palenicy. Foty MisQ

piątek, 01 listopada 2013

Lukcio rzekł tydzień wcześniej. „Śnieg zszedł - można wrócić do tematu ataku na Chłopka”. No to wróciliśmy. Mięguszowiecka Przełęcz pod Chłopkiem, Przełęcz pod Chłopkiem uchodzi za trudny szlak, być może ale to jednak wytyczony szlak turystyczny, nie droga taternicka więc poszliśmy. Po raz pierwszy w tym sezonie raki w plecaku, bo to jednak październik, a kamery TOPR udowadniały, że wyżej temperatura nie rośnie znacząco powyżej zera, na początek największe wyzwanie mentalne tej wycieczki – 9 kilometrowy asfalt do Morskiego Oka. Na szczęście jest już po sezonie i nie ma tłumów. 

To jest słynna „graniówka” mapa Tatr, którą rozumie tylko autor i Andy.


MisQ wykonuje zdjęcia podwodne przy pomocy swojej kamery, a Mnich (pomiędzy konarami) przegląda się w Morskim Oku.

Księżulo nad Mięguszami.

 

Już na 1800 m pojawiają się pierwsze zlodzenia i pierwsze wątpliwości

Idziemy jednak wyżej zgodnie ze stosowaną zasadą. Idziemy, a jak będzie źle do się zobaczy. Spotykamy kolejne wycofujące się ekipy. Podobno wyżej jest jeszcze więcej lodu.

Stawiając stopę warto jest zapewnić sobie chociaż jeden pewny punkt podparcia.

"Oczy Boga" tak skomentowała to zdjęcie znajoma graficzka

Pod Kazalnicą zostajemy sami, reszta ekip już się wycofała. Problemem nie jest wspinaczka. Przewidujemy problemy na zejściu, kiedy trudno o chociaż jeden pewny, pozbawiony lodu chwyt. Kiedy uznajemy, że upadek nie skończy się tylko obiciem twarzy i złamaniami lecz będzie ostatnim upadkiem decydujemy o odwrocie.

Pamiątkowe zdjęcie pod Kazalnicą i zasuwamy z powrotem.

Pozowanie nad Czarnym Stawem pod Rysami. Niestety chwilę później się stało...

MisQ tak to opisał: "To było ostatnie zdjęcie mojego aparatu Canon PowerShot SX 240 HS.Niestety chwilę później upadł tak tragicznie, że zmarł na miejscu [']Panie świeć nad Jego matrycą! Bo dobry "chłopak" był i przez ciut ponad rok robił nam bardzo fajne focie ;(Najlepsza Grópa Gurska pogrążona w głębokim smutku będzie Cię pamiętać zawsze, przy każdym wyjściu w Horki!Paaaaaa..."

No. To mamy na sumieniu już drugi aparat.

czwartek, 31 października 2013

Trasa: Dolina Chochołowska - Wołowiec - Jarząbczy Wierch - Trzydniowiański Wierch - Dolina Chochołowska

Moje zadziwienie Tatrami Zachodnimi trwa. Wysokie są cudne, efektowne, strzeliste, ale im dłużej chodzę po górach tym bardziej doceniam potęgę spokoju i przestrzeni Tatr Zachodnich. To trochę tak jak w relacjach między ludźmi. Jest okres burzy i naporu, wysokich emocji i zachwytów tym co wyraźne i jednoznaczne, później można dostrzec niuanse, półcienie, siłę w stabilności i spokoju, bez wybryków, strzelistych Mnichów, niedostępnych Zamarłych Turni czy nieosiągalnych (prawie) progów Kazalnicy. W to miejsce Wołowiec kusi niezmiennością i spokojną potęgą. Oczywiście niech nas nie zwiedzie ten spokój. Zima, mgła, wiatr, załamanie pogody, lekceważenie i objawia się alter ego.

Ale nie tym razem.

Tym razem w Dolinie Chochołowskiej przywitała nas...

...przyroda bardzo ożywiona.

Rude trawy to nie trawy a tzw. sit skucina (Juncus trifidus) wyłaniają się zza drzew. Idzie jesień, jeszcze tydzień temu leżał tu śnieg, teraz mamy jesień.

W krzakach

W stronę Wołowca. Tak się zastanawiam. Na te dziesiątki wyjść w Tatry złą pogodę mieliśmy może 2, może 3 razy. Obawiam się, że jak nam się nazbiera to w wykopanej jamie śnieżnej spędzimy dwa tygodnie.

 

Wołowiec, popas. MisQ (jak widać) oraz Andy, PePe, Lukcio i ja

Andy w poszukiwaniu transcendencji  tym razem zwrócił się do ekspertów/ek.

PePe jest aktualnie fit i żeby to udowodnić rozpoczął bieg na, ale... zrezygnował, czym zyskał wsparcie reszty ekipy

Andy i Jarząbczy, całkiem zacny. I Andy i Jarząbczy.

Czas ruszać w drogę powrotną.

W stronę Ornaku. Autorem scenografii niezmiennie w tym miejscu jest stwórca, orogeneza alpejska (późna kreda), sit skucina, kosówka i własna wyobraźnia.

Fotki MisQ.

niedziela, 29 września 2013

Wycieczka na Sławskowski Szczyt. Tym razem ekpię stanowily Ania i Kasia, MisQ i ja. Nie miała to być wymagając.a wycieczka i tak też było. Sławkowski jest położony na południowym skraju Tatr i przez cały dzień towarzyszy tu panorama doliny Popradu.

W górach zwiastuny jesieni.


 Dziewczyny napierają, a w tle krajobraz po huraganie Kalamita z 2007 roku. 

Popasy są równie istotną częścią wycieczek jak napieranie w górę

Wydawało mi się, że jest tu szlak w stroną Velkej Studenej Doliny (Dolina Staroleśna). Wydawało mi się.

Wspólnie na szczycie.

I z MisQ.

Jaskółka uwolniona. Patrz

wtorek, 13 sierpnia 2013

Z Przemem przed startem. Fot. Kocur

Wystartowałem w maratonie Michałowice. To już 10. edycja tego najbardziej z krakowskich i najbardziej lokalnych zawodów. Tu 6 lat temu po raz pierwszy zapiąłem numer do roweru. Ponieważ miałem przejechane do tego momentu 300 km od początku roku to mogę o tym wyścigu powiedzieć, że fajnie spotkać znajomych, poczuć ten klimat. Nie miałem zamiaru startować, bo bez przygotowania to nie ma sensu, ale padło hasło „Zieloni na start” no i zapiąłem numerek. Rzeczywiście na starcie było nas widać. Magda, Lesław i Maciu zmieścili się w pierwszej trójcie w kategorii.  Na pożyczonym od Andyego rowerze (pierwsza raz na rowerze MTB w tym roku) dotarłem do mety z czasem 02:21:34 (131/181). To mi wygląda na koniec startów w tym roku. No może jeszcze kończąca sezon „Zielona Ustawka”.

 

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Wycieczka integracyjna z Maćkiem, osobistym synem J.  Rzetelnie weszliśmy na Kozi Wierch i z niego zeszliśmy, po drodze rozsądnie porzucając myśl o drodze Orlą w Stronę Krzyżnego. Było za późno (g. 12.00), za mało picia. Jak wiadomo głównym problemem na tym szlaku jest to, że nie ma gdzie zatankować. Lato w polskich Tatrach jest dużym wyzwaniem. 10 minutowy ogonek do kasy do TPN i sznur wozów wiozących turystów do Morskiego Oka. Narzekanie na tłok jest banalne, na szczęście było wiadomo, że im wyżej tym mniej ludzi. Tak też było.

Młody nie bywały w Tatrach. Na początku wycieczki szedł dość spokojnie i zastanawiałem się czy kondycyjnie podoła, ale na stromym progu ponad Wielką Siklawą wyrwał do przodu i musiał na mnie czekać. Tak było aż do szczytu. Na Kozim sporo turystów, jeszcze nie tłum, ale gęstniało.

Mała przygoda z kostką Juniora na zejściu skończyła się opaską uciskową i ibupromem, chociaż widząc i słysząc co mówi po tym jak źle postawił stopę obawiałem się czy nie trzeba będzie interwencji (stało się to na około 2 000 m.n.p.m, na dość stromym odcinku). Okazało się jednak, że to tylko naciągnięcie więzadeł, które po wielu przygodach w grawitacyjnym używaniu roweru nie są już tak stabilne. Kilka godzin później zbiegaliśmy po kamieniach Doliną Roztoki.

Fajna wycieczka z synem, do zapamiętania.

Ps. Jak już tak się naprzewodnikowałem Maćkowi, tak na brzegu Wielkiego Stawu chciałem sobie umyć twarz, oddaliłem się dziarsko wkraczając na śliskie kamienie. Kiedy się gramoliłem z wody, gdzie upadłem na plecy młody nadszedł ścieżką i powiedział... No tak, zostawić Cię na chwilę.

środa, 07 sierpnia 2013

Szczyrbskie Jezioro - Popradzkie Jezioro - Rozejście pod Żabim Potokiem - Hińczowy Staw - Koprowy Wierch - Hlińska Dolina - Ciemne Smreczyny - Kobyla Dolina - Zawory - Walentkowa Dolina - Liliowe - Kasprowy Wierch - Myślenickie Turnie – Kuźnice

Dłuuuga trasa 30 km i 2200 m przewyższeń.

Przejście ze słowackiej strony na polską to był zawsze zamysł do zrealizowania. Mógł się udać pod jednym warunkiem – transport. Zostawić samochód na Słowacji i wrócić, czy lepiej pojechać autobusem. Ani jedna opcja, ani druga, w perspektywie całodziennego marszu nie wydawała się szczególnie atrakcyjna. Znalazł się jednak w końcu kierowca - zaprzyjaźniony „Kot”, który zabrał samochód ze Słowacji i podstawił go do Zakopanego.

Andy zaproponował, można było iść.

Pogoda była niepewna. Chłopaki 2 tygodnie wcześniej wycofali się z trasy z powodu ulewy, dlatego mieli sporą determinację żeby iść. Mnie się nie podobały ani chmury, ani mżawka, no ale zwyciężył pogląd – nie marudzimy, idziemy, jak będzie bardzo źle to wracamy. Dotąd taka taktyka się sprawdzała.

Przy Hińczowym Stawie zasiedliśmy na popas. Andy zauroczył angielską wycieczkę, a my z ciekawością obserwowaliśmy wyłaniający się z kosodrzewiny kształt. Coraz bardziej znajomy. Nie kto inny, tylko Wojtek z którym przed dwoma tygodniami byliśmy na Krywaniu. Po wymianie serdeczności („Nie po to człowiek idzie sam w góry żeby napotkać tę  bandę”, „Nigdzie spokoju” etc) poszliśmy razem na Koprowy Wierch. Pomysł żeby ruszyć na Polska stronę Wojtek przyjął sceptycznie, wskazując na dzielące nas jeszcze kilometry.


Krywań z Koprowym się nie zejdzie, a Wojtek tak

Ponieważ poruszam się ostatnio po górach w tempie i stylu wytrwałego zombie z filmów klasy „B” propozycja Wojtka żeby z nim wrócić wydawała się kusząca. No, ale jak zwykle nie skorzystałem. To nie był mój dzień… niestety tak nie mogę napisać. To nie jest mój miesiąc, kwartał i rok. Słaby jestem okrutnie i wlokłem się noga za nogą skracając czas odpoczynku.


Z Koprowego Wierchu 2363 widok na Vyzne i Nizne Temnosmercanskie stawy. 

Hlińska, jej mać, Dolina ciągnęła się w nieskończoność, co gorsza opadając w dół. Traciliśmy wysokość 1700m, 1600m… i tak do 1400 m, powrót oznaczał ponowną wspinaczkę na 2000 m. 

Piękna przełęcz Zawory (na zdjęciu wyżej) i zielone hale wynagrodziły trudy, no trochę wynagrodziły. Jednak tajemniczy stary zielony szlak to było to. Wydarzenie dnia. Zamierzaliśmy dotrzeć nim na Liliowe. Niezrozumiałe dlaczego  ten szlak, biegnący trawersem nad Doliną Cichą jest oficjalnie zamknięty. To jedno z piękniejszych miejsc w Tatrach.

Gdzieś pomiędzy Zavorami a Liliowym

Andy poratował batonikiem i jakoś krok po kroku udało mi się doczłapać najpierw do skrytej w chmurze Przełęczy Liliowe, a później na Kasprowy. Była godz. 19, ruszyliśmy 11 godzin wcześniej.


Zachód słońca, bajeczne cienie Giewontu, drapiącego podstawę chmury i płonące czerwonym światłem trawy. Tatry jak zwykle na koniec dnia dały popis możliwości.


I znów nostalgicznie, tym razem na zejściu do Myślenickich Turni.

wtorek, 30 lipca 2013

Trzy Źródła (Tri Studnicky) - Gronikowy Żleb - Gronik - NIżnia Przechyba - Rozejście pod Krivaniem - Krywań - Pawłowy Grzbiet - Rozejście przy Jamskim Jeziorze - Jamy - Pavlova Polana - Tri Studnicky

Krywań nie zostanie moją górą zachwytu. Święta i narodowa góra Słowaków. Kiedyś uważana za najwyższą w Tatrach. Rzeczywiście od polskiej strony masyw wygląda imponująco, od Słowackiej  tak jak niżej, nie polubiłem jednak Krywania (z wzajemnością), a i wycieczka byłą nader leniwa. To i owo zapamiętam.

Np. wyboistą ścieżkę . W oddali święty masyw. 

Symbol niepodległej Słowacji na szczycie.

Andy na szczycie rozglądnął się i odpłynął...

Mnie MisQ dokarmiał czekoladą, ale po chwili...

...dołączyłem do Andy`ego. Lukcio się trzyma (ledwie? jeszcze?)

Niebawem polegli i MisQ i Wojtek, którym również...

...udzielił się stan bezbrzeżnego zachwytu urokami Krywania.

niedziela, 28 lipca 2013

W Tatrach wiosna. W porównaniu z poprzednim wypadem pokrywa zmniejszyła się o 2/3. Długi weekend postanowiliśmy uczcić turą na Kozi


Kiedy szliśmy asfaltem w stronę doliny roztoki targając na plecach sprzęt pomysł skiturów wydawał się średnio dobry. Doświadczenie z poprzednich lat mówiło, że będzie dobrze. MisQ zrezygnował z nart tego dnia.


Zeszliśmy z asfaltu i nastroje od razu zrobiły się bardziej bojowe. Osobiście lubię Dolinę Roztoki. Spacer lasem wzdłuż potoku, później wyżej perspektywa progu Doliny 5 Stawów Polskich, Wołoszyna i Masywu Koziego Wierchu.


Wielka Siklawa jest najpiękniejsza w kwietniu i maju w oprawie oślepiającej bieli śniegu, ciemnej zieleni kosówki, brązu pozimowych traw, przeplatanego szarą inkrustracją skał. Lukcio cieszy się słońcem i okolicznościami :)


Docieramy do Piątki. Chwila kontemplacji, bo jest co podziwiać.

Nawet mój telefon dostosował się do chwili i zrobił takie zdjęcie


Podążamy w górę. Szeroki żleb do 2/3 wysokości prezentuje się dobrze. Wyżej łaty śniegu pomiędzy kępami trawy i skałami. 


Lukcio zostawia sprzęt nieco niżej. Z Andym docieramy do grzędy pod Kozim (powyżej widok z tego miejsca) i zyskujemy. dzięki czemu zyskaliśmy dodatkowe 150 metrów zjazdu po stromej łacie. 



Już pierwszy skręt mówił - jest bosko. W końcu legendarny tatrzański firm, którego nie udało mi się w pełni doświadczyć w swojej krótkiej karierze narciarza pozatrasowego. To śnieg, który pozwala na wszystko. Dostatecznie zbity żeby narty nie przepadały, a wierzchnia warstwa jest luźna zapewniając dobre trzymanie w skręcie. Pozatrasowy ideał, nie licząc puchu, o ile ktoś w tym drugim potrafi jeździć. Na co dzień w Tatrach mamy do czynienia raczej z betonami, lodem, szrenią łamliwą, gipsem i innymi nieprzyjemnymi nawierzchniami. Nie dzisiaj, twarz sama się śmiała i mimowolnie po każdym skręcie wydawaliśmy mało ekologiczne okrzyki juhuuuu! Na zdjęciu Lukcio.


Atakuje Andy.

Kolej na mnie, W Szerokim Żlebie

MisQ skorzystał z okazji, że nie ma nart i zrobił kilka słodkich foci, tym razem z zaprzyjaźnioną kozicą, która jak nigdzie tutaj była u siebie.

Rozochoceni fantastycznym śniegiem, schodząc chcieliśmy jeszcze uderzyć na zboczę Niedźwiedzia, małego pagórka u stóp Miedzianego, jednak na wysokości przesmyku pomiędzy Przednim a Zadnim stawem chłopaków zawrócił strażnik parkowy. No tak, długi weekend, wzmożony nadzór. Posiedzieliśmy jeszcze przy schronisku w Dolinie 5 Stawów Polskich ciesząc się zachodzącym słońcem, przywołującym wspomnienia sprzed roku i ruszyliśmy w dół, nie odmawiając sobie przyjemności...


Zjazdu Litworowym Żlebem... To był już naprawdę koniec. 

sobota, 27 lipca 2013

Znów trasę wycieczki wyznaczyła pogoda i warunki śniegowe. Było mokro i mgliście, a po świeżym opadzie TOPR ogłosił lawinową 2. 
Zebrała się spora ekipa: Anuszka, Kaja, Andy, Lukcio, Marcus, MisQ, Tomek (jedyny pieszy) i ja. Po krótkiej wojnie na śnieżki na polanie w Dolinie Jaworzynki dotarliśmy do Murowańca, gdzie zorganizowano metę zawodów skiturowych. Kręcił się tam tłumek odzianych w kolorowe kostiumy zawodników, ludzie obsługi, kibice. Tłoczno. Zdawaliśmy sobie sprawę, że nasza marszruta skrzyżuje się z trasą zawodów, nie bardzo jednak mieliśmy alternatywny pomysł, a mieliśmy ochotę na bardziej wymagający zjazd dlatego wybraliśmy Granaty i kierunek wzdłuż trasy wyścigu. Trzeba było uważać i co raz uskakiwać przed zjeżdżającymi 
do mety.

Aż do Zmarzłego Stawu szanse na wejście wyżej zdawały się niewielkie. Chmura gęstniała. Postanowiliśmy jednak podejść tak wysoko jak się da. Nad żlebiem do Zmarzłego rozstaliśmy się z Tomkiem, który zapadał się w rozmokłym śniegu i był już całkiem przemoczony. 

U progu Koziej Dolinki. Przepak i klejenie fok, które przemoczone zostawały za moimi nartami, Andy poratował mnie zapasową parą, ja wspomogłem foki Lukcia srebrną taśmą i poszło.

MisQ postanowił mu towarzyszyć w odwrocie, więc w stronę Granatów w okrojonym składzie.U progu Koziej Dolinki chmury się rozstąpiły i Granaty przywitały nas błękitem i słońcem. Krok po kroku, wyżej i wyżej. Anuszka i Kaja zostały w 1/3 podejścia i postanowiły na nas poczekać wygrzewając się w kwietniowym słońcu. My w końcu dotarliśmy. 

Śnieg mokry, przepadający, dodatkowo wyraźnie rysowałą się świeża 10-15 cm warstwa na uleżałym, a obciążenie powodowało małe zsuwy. Ruszyliśmy w dół. Znów zapłaciłem podatek za głupotę lub lenistwo i w trakcie jednego ze skrętów wypiął mi się but. Poleciałem, zwiedzając przy okazji przez stertę kamieni. Widocznie zamiast kary za niewyregulowanie wiązań miałem dzisiaj tylko otrzymać upomnienie, dlatego skończyło się na kilku siniakach.

Granaty są fajną górą na mój poziom umiejętności narciarskich. Południowa ekspozycja sprawia, ze śnieg mięknie, strome, ale równe nachylenie pozwala wybrać optymalną linie zjazdu.Nad Zmarzłym znów spotkaliśmy dziewczyny, które zniecierpliwione naszą długą nieobecnością zjechały nieco niżej. Razem, bez większych przygód dotarliśmy na dół, tego dnia był możliwy jeszcze zjazd żlebem do Czarnego Stawu Gąsiencowego jednak wyraźnie już było widać wystające kamienie i odwilż w natarciu.

poniedziałek, 15 lipca 2013

Zapowiadały się trudne warunki lawinowe i zła pogoda. Z Kają, Marcusem i Andym postanowiliśmy jednak podziałać w Tatrach. Zachodnie narciarsko mam słabo spenetrowane więc  wybraliśmy Przełęcz pod Kopą Kondracką (1863). Ze względu na dostępność od nartostrady na Goryczkową i małą odległość od Kasprowego to rejon często wybierany przez skiturowców. Kaja była po raz pierwszy towarzyszką naszej wycieczki, ale szybko się okazało, że zarówno pod górę jak i w dół jest mocnym punktem zespołu.

Śnieg był już mokry, ale było go ciągle sporo. Obawialiśmy się trochę o widoczność, ale okazało się, że podstawa chmur byłą ponad przełęczą.  Marcus jak zwykle szybko wyruszył w górę i stał się dla nas maleńkim punktem. Przełęcz w takich warunkach w jakich wchodziliśmy jest do osiągnięcia bez odpinania nart pomimo, że na samej przełęczy lód. Udało się dojść.Chwila odpoczynku, kanapka i herbata. Rozważaliśmy ruszenie na Kopę, ale zbocze wyglądało na mocno zlodzone. Nawet Marcus nie nalegał. 

Marcus zdobył szczycik, który mógłby być Suchym Wierchem Kondrackim. Zdjęcie Kaja

Marcus w szusie w dół. Zdjęcie Kaja.

Radość Kai, w tle Kondratowa Dolina, którą przyszliśmy na przełęcz. Zdjęcie Marcus

Kiedy ruszyliśmy okazało się, że śnieg nie jest tak przyjemny jak się wydawał na podejściu. Zachowywaliśmy odstępy, bo tu i ówdzie było widać świeże zsuwy. Śnieg trzymał mocno narty utrudniając inicjowanie skrętu. Braki techniki trzeba było nadrobić rozwiązaniami siłowymi, czyli wyrywaniem narty z trzymającego gipsu. Co ciekawe dwóch TOPRowców, którzy zjechali gdy byliśmy na podejściu wyglądali jakby bez wysiłku szusowali po  przygotowanym zboczu Gąsienicowej. No cóż. Umiejętności. Zamieniliśmy kilka słów o warunkach i sprzęcie. Jednak zwrócili uwagę, że pod butem powinno być szerzej... Cholera. Coś w tym jest, a byłem zwolennikiem normalnej szerokości, jednak wiele razy w tym roku poczułem, ze poza trasą szerokość 8 cm nie jest przesadą, nawet w Tatrach. (dla niewtajemniczonych - węższa narta ułatwia utrzymanie krawędzi na lodzie, szersza lepiej spisuje się w sypkim śniegu i puchu).

niedziela, 21 kwietnia 2013

To było znamienne wyjście. Lukcio i MisQ stanowili dotąd odłam pieszy naszych zimowych wycieczek. Nie rozumiałem po co schodzić w dół skoro można jechać i to z taką dawka adrenaliny i radochy. Próby przekonania jednak kończyły się na rozmowach ideologicznych. Odpuściłem... To czasami działa lepiej niż argumentacja. Dość powiedzieć, że na początku kwietnia w zestawie Andy, Lukcio, Marcus i MisQ zasuwaliśmy na nartach w stronę gąsienicowej.

Historyczne zdjęcie MisQ na skiturach


Lukcio na podejściu na Gąsienicową

Warunki były słabe. Mgła, mgła i mgła. Plan minimum to było dojście do Hali Gąsienicowej, tak żeby chłopaki mogli sprawdzić jak się jeździ na nartach poza trasą. Warunki słabe ale snie wydawał się bardzo dobry do takiej próby. Twarde podłoże, a na twardym trochę nasypanego świeżego.

W każdym razie dotarliśmy do Murowańca, stamtąd raz kolejką na Kasprowy i wzdłuż trasy, chociaż poza nią do wylotu Doliny Gąsienicowej - cel Karb.

Próbowanie skiturów. Jeszcze przy wyciągu

Karb jest oznaczony jako dwójkowy w skali trudności. Poza pierwszym szusem i ustawieniem się do zjazdu, w stablinych warunkach śniegowych nie jest trudny. Szeroki, widać daleko, nie ma wystających skał.

Trochę się niepokoiłem o debiutantów widząc (a właściwie nie widząc nic) że im wyżej idziemy tym gęstsza staję się chmura. Tak gęsta że szliśmy na mojego garmina (60 CSX). Dzielny stary klocek. Duży, nieintuicyjny, ma dwie zalety - niezawodny i baterie paluszki trzymają 12 godzin. 

No więc na przełęczy przepak. Ruszam pierwszy i od razu wiem, że to nie jest fajny dzień na rozpoczęcie przygody ze skiturami. 

Rzeczywiście było cholernie twardo, więc każdy skręt kończył się długim zsuwem po lodzie. Na dodatek środek zajęło szerokie zmrożone lawinisko. Nie pamiętam kiedy ostatni raz tak mnie piekły uda jak wtedy, kiedy próbowałem się utrzymać na tych zmrożonych kalafiorach. Świadomość, że przy wywrotce zjedzie się do Czarnego Stawu dodatkowo usztywniała.

Na jednym z kalafiorów przysiadłem. To ten moment równowagi chwiejnej. Masz wrażenie, że jeśli na twoją nartę zsunie się płatek śniegu to runiesz w dół. Wbiłem palec w szczelinę lodu i - jakby to miało pomóc - mówiłem sobie... nie zsuniesz się, nie zsuniesz. Pomału udało się wbić krawędź w lód i szczęśliwie zjechać nad brzeg stawu. 

Widoczność była tak marna, że chłopaków, którzy nadjeżdżali z góry słyszałem od dawna, a widziałem gdy byli już kilka metrów obok.

Jeśli w takich warunkach dali radę i się nie zniechęcili, to już po nich. Nie przyjdzie im do głowy żeby wybrać się zimą w Tatry bez nart, ale o tym w następnych odcinkach. 

 

poniedziałek, 01 kwietnia 2013

Tym razem relacja filmowa, w środku fajne zdjęcia Marcusa więc można na pełnym ekranie. 

czwartek, 07 marca 2013

Z Marcusem uderzyliśmy na skiturach na Zadni Granat 2240.  To jeden z celów narciarskich na ten sezon. Marcus zabrał aparat i co z tego wyszło - niech opowiedzą te zdjęcia, moim zdaniem świetne.

Zdjęcia Piotr Markowski 

Było dość twardo i słonecznie. Lawinowa 1. Zadni Granat jest w takich warunkach celem ambitnym, realnym.

Nad Czarny Staw Gąsienicowy docieramy około godz. 12. Wieje i kurzy, ale nie przesadza. Kościelec pięknie pięknie prezentuje się z tej perspektywy.

Przez zamarznięty staw. Na horyzoncie Kozi Wierch.

Tzw. betony sprawiły, że zupełnie nie trzymały mi foki. Narty przytroczyłem do plecaka, założyłem raki i większość Koziej Dolinki pokonałem z buta. Wcześniej jeszcze byłem świadkiem heroicznej walki Marcusa z progiem pod Zmarzłym Stawem. Do zaliczenia go w całości na nartach zabrakło mu może z 20 metrów. Niestety było już za wąsko żeby robić zakosy.

Na podejściu na Zadni Granat. Marcus torował ślad dzięki temu tempo było znośne. Podchodząc wypatrywałem dogodnej drogi do zjazdu. Środek żlebu niestety zajęły zmarznięte kalafiory lawiniska. Zapewne lawina zeszła w okolicach ubiegłego weekendu.

Ćwiczenia z topografii Tatr. Marcus kazał mi tak zastygnąć.

Około 14 pojawiły się pierwsze chmury, tworząc wspaniały spektakl na słonecznym niebie.

Podhale już w chmurach, z minuty na minutę warunki się pogarszały, ale tego dnia łaskawie natura pozwoliła nam przebyć prawie całą trasę we względnie dobrej widoczności

Zjazd był wymagający. Szreń i nastromienie sprawiły, że po udanych szusach przybiliśmy sobie piątki. Tu Marcus zdjął mnie trawersującego do progu pod Zmarzłym Stawem. Ten odcinek grzecznie przebyliśmy w sporych odstępach od siebie.

 

To już koniec dnia. Na pożegnanie jeszcze rzut oka na  Kozi, tym razem oświetlony zachodzącym słońcem. Chmury już na dobre przejmowały we władanie doliny.

środa, 13 lutego 2013

Miałem niezły maraton w pracy i szkoleniach, w których uczestniczyłem. 14 dni bez przerwy. Nic tak nie resetuje mózgu jak solidna porcja wysiłku. Wziąłem jeden dzień wolnego i umówiłem się z Marcusem na wspólne turowanie. Lawinowa 3 utrzymuje się już dość długo dlatego postanowiliśmy podziałać okolicach Kasprowego. Goryczkowa i Gąsienicowa wzdłuż trasy to bezpieczne stoki.

Jeszcze w samochodzie uprzedzałem Marcusa, że będę zdychał pod górę i obietnicy dotrzymałem. Wejście na Kasprowy po raz pierwszy poszło nieźle pomimo zacinającej kaszy śnieżnej i gęstej mgły.

Pod dzwonem na Kasprowym Wierchu. Kiedyś służył jako akustyczny punkt nawigacyjny dla zagubionych we mgle, chmurach i śnieżycach. Podczas naszej wycieczki jak znalazł

Musiałem jednak z 10 minut posiedzieć przy górnej stacji kolejki i dojść do siebie. Zjazd Gąsienicową poszedł sprawnie, poza jednym momentem - znów wypięła mi się narta. Ustawiłem sobie bezpieczniki asekuracyjnie, ale chyba zbyt, bo po raz kolejny zostałem o jednej narcie w trakcie jazdy.

Odpoczynek w Murowańcu i propozycja Marcusa - To co jeszcze raz na Kasprowy. Ech... No i po 10 minutach zapylaliśmy pod górę, to znaczy Marcus zapylał, a sobie zdychałem 70 kroków, pauza, 50 kroków, ciemno w oczach itd. Marcus poszedł przodem, realizować swój zakład z kolegą. Założyli się kto zrobi pierwszy tej zimy 20 000 m przewyższeń.

Doczołgałem się na brzeg Gąsienicowej, w tym czasie Marcus zdążył uruchomić dzwon na szczycie Kasprowego Wierchu i ruszyliśmy w dół.

To był fajny fragment tej wycieczki. Pojechaliśmy tym razem obok trasy i można było założyć ślad na świeżym śniegu. Zaczynam czuć o co chodzi z tą jazdą.

W trakcie dnia spotkaliśmy kilkunastu skiturowców. Kasprowy Wierch był tego dnia jedyną bezpieczną alternatywą w Tatrach. Klimat tego skiturowania przypomina mi wczesne lata rowerów. Każdy zatrzyma się, pogada. Gdzie idziecie, jakie warunki itd. Nawet jeden z trenujących zawodników (czas wejścia na Kasprowy Wierch 52 minuty) zawrócił do nas żeby się przywitać. Fajne to.

Na dół zjechaliśmy starą nartostradą. Wyjechała mnie ta wycieczka do spodu. Wyszło około 22 km i 1680 m przewyższeń. 

środa, 30 stycznia 2013

Tym razem z Andym wybraliśmy się w Tatry. Celem był Zawrat, przez Dolinę 5 Stawów Polskich. Pogodę zapowiadano kiepską i taka była. Śnieg i mgła. Wadę przekuliśmy na zalety: przez cały dzień spotkaliśmy 7 osób i mieliśmy całą dolinę dla siebie do ćwiczenia jazdy w trudnych warunkach świeżego opadu zlegającego na łamliwej warstwie i w ograniczonej widoczności.

Orzechówka nachalnie domaga się poczęstunku bułką

Wkraczam na szlak przy Wodogrzmotach Mickiewicza

Andrzej na trawersie. Chwilę później musiał zdjąć narty i przytroczyć do plecaka. Było zbyt stromo, świeży śnieg zjeżdżał po zmrożonym stoku.

Andy obiera linię. W okolicach Kołowej Czuby postanowiliśmy zawrócić. Mgła, wiatr i opad śniegu. Nawet gdybyśmy dotarli do Zawratu zjazd w takich warunkach byłby niebezpieczny. W ogóle tego dnia było lawiniasto. Świeży opad na zmrożonej szreni, a pod tą warstwą sypki śnieg opierający się o kolejne zmrożone. Iść wysoko to prosić się o kłopoty.

Zawróciliśmy. Postanowiliśmy więc pocieszyć się zjazdami.

No i filmik. Jazda w takich warunkach powoduje, że każdy skręt jest zagadką. Obciążysz przody wjedziesz pod szreń lub w puch i face plant gotowy, siądziesz na tyłach tracisz kontrolę. Na filmie zresztą widać jak mi przytrzymało nartę w śniegu.

GPS jasno pokazywał - powyższe zdjęcie we mgle i śniegu Andy zrobił mi na skutym lodem Wielkim Stawie.

Pod schroniskiem w D5SP.

Na koniec robimy jeszcze zjazd stromym czarnym szlakiem między kosówką do Doliny Roztoki i stamtąd lasem szusujemy te 6 km do Palenicy Białczańskiej.

piątek, 25 stycznia 2013

Przyjechałem nieco wcześniej do Wisły na szkolenie, zaparkowałem koło dworca w Wiśle Głębce i poszedłem na Stożek Wielki. Śnieg, - 7 st. Podejście fajne, ale to za mała górka na fajne zjazdy. Na górze dość płasko, a niżej w lesie śnieg nie przykrywa dostatecznie korzeni.


Rzeczywiście kiedy się wchodzi w góry w zimie zaczyna się inny świat. 


Szedłem ze słuchawkami i zobaczyłem taki widok oraz usłyszałem:

Pod niebem pełnym cudów nieruchomieję z nudów
właśnie pod takim niebem
wciąż nie wiem czego nie wiem

światło z kolejnym świtem
ciągle nazywam życiem
które spokojnie toczy
swą nieuchronność nocy

ten błękit snów i pragnień
niejeden z nas odnajdzie
a niechby zaszedł za daleko
pewnie zostanie tam
pewnie zostanie sam

(Raz, Dwa, Trzy - Pod niebem Pełnym Cudów)

Kiczory

O 15 byłem w schronisku. Cola, snickers i w dół. Zajęcia od 17.

poniedziałek, 21 stycznia 2013

W czwartek byliśmy z Andrzejem (Andym) na pokazie sprzętu lawinowego.  Właściwie niewiele informacji, których byśmy nie znali: z aktywnych sposobów ratowania się faktycznie działa tylko plecak ABS (poduszka powietrzna uruchamiana w razie porwania przez lawinę, działa wypornościowo, trochę jak kamizelka ratunkowa), pasywne środki czyli pomagające zostać odnalezionym lub odnaleźć zasypanego to tylko zestaw ABC (łopata, sonda i detektor). No i oczywiście najskuteczniejsze jest nie pchanie się w żleby w ewidentnie złych warunkach. Nie wchodząc w szczegóły trochę detali dla nas ważnych, ale nie wartych wspominania tutaj.

Bardzo już chciałem być w górach znów. Koniecznie na nartach. Przez cały poprzedni tydzień utrzymywała się niestety lawinowa „3”, a z zasady nie chodzimy w Tatry przy tym stopniu, więc alternatywą była Babia Góra. Taki plan był od początku tygodnia i choć w piątek TOPR obniżył o jedno oczko stopień zagrożenia nie zmienialiśmy planu, bo ten stopień (SZL) jest tylko przybliżonym wskaźnikiem, a świeży opad śniegu z poprzedniego tygodnia na pewno nie zdążył się związać z podłożem w żlebach.

Czwartkowy pokaz sprzętu kończył się losowaniem nagród, a jakże wylosowałem książkę „Świat Babiej Góry”.  Zgodnie z teorią o braku szczęścia w innych dziedzinach, wygrana w losowaniu spośród około 60 osób wcale mnie nie zaskoczyła.

Plan pierwotny już nawet na mapie wyglądał ambitnie: Przełęcz Krowiarki-Sokolica-Babia Góra (Diablak)-Slana Voda-Babia Góra-Przełęcz Krowiarki.  Z czasów przejścia i prognoz pogody wychodziło mi, że jeśli się uda absolutnie wszystko na Babiej po raz drugi będziemy około 15.30. Trochę późno, bo zachód słońca 16.15 a nie chciałbym po zmroku i we mgle zjeżdżać po trudnym terenie. Wymyśliliśmy więc punkt decyzyjny po pierwszym zjeździe z Babiej.



O 8 rano zasuwaliśmy czerwonym szlakiem z Krowiarek. Pogoda bardzo, bardzo przyzwoita, śnieg bajeczny. Około -10 st. , ale na pierwszym podejściu zostaję już tylko w podkoszulku i cienkim polarze. Idzie się dobrze, szlak przetarty.

Kiedy zbliżamy się do Sokolicy Babia Góra przypomina jednak dlaczego nazywana jest „Matką Niepogody”. Odsłonięty, wysoki masyw, rzadko kiedy nie ma tu wiatru, mgły, chmur i opadów.  Tak jest i dzisiaj, ale tego się spodziewaliśmy.

Na szczycie jakby w nagrodę otrzymujemy bonus od natury.  Zjawisko „Morze mgieł” jest często obserwowane z Babiej, dochodzi do niego kiedy pułap chmur jest niższy niż szczyt (1725 m). Na południu widać wtedy wyłaniające się znad chmur szczyty Tatr. Wczoraj mieliśmy „Morze mgieł w wersji full wypas”, znaleźliśmy się pomiędzy pułapem niskich chmur a poniżej podstawy Altocumulusów (?), jakby w kanapce z warstw chmur.

Andy rysuje kijkiem niebo

Śniegu dużo, lekko zmrożonego. Wymieniamy z Andym uwagi, że podłoże wygląda idealnie do jazdy pozatrasowej. Śnieg nie przepada, jest na czym się oprzeć.

Czas goni więc po krótkiej pogawędce z turystami z Kielc i kanapce ruszamy w dół. Babia jak zwykle zamieniła wszystkie tyczki szlakowe, słupki kierunkowe w fantazyjne formy ze szreni więc za radą Kielczan ruszamy w stronę najbliższego słupka. No i nas poniosło. Cudowne skręty po stromym zboczu, narty trzymają idealnie, wszystko pokryte śniegiem. Wjeżdżamy w puch zakładając ślad pomiędzy choinkami. Prawdziwa własna linia.

Ostatnie ćwiczenia z techniką sprawiły, że mam czystą frajdę z jazdy. W miejsce obaw większa prędkość i dzioby nart wyjeżdżają na powierzchnie a sam skręt w świeżym, sypkim śniegu staje się płynny łatwy. Wreszcie kontroluję jazdę. Euforia.

Lekkim zgrzytem jest to, że nie trafiliśmy w żółty szlak. Zjeżdżamy  zielonym w stronę Lipnicy. Niestety nieznajomość topografii się kłania. Spróbujemy dojechać do łącznikowego niebieskiego i jeśli będzie czas wrócimy.  Wpadamy do lasu, robi się stromo. Udaje się kluczyć wśród drzew czasami przelatując nad obsypanymi leżącymi kłodami. Nie ma jeszcze tej płynności, ale to jest już zdecydowanie jazda, nie zsuwanie się w dół. Żałuję, że nie mam kasku, coś mnie zaćmiło kiedy się pakowałem. Odkładając na bok raki, czekan z normalnego wyposażenia uznałem, że tu nie ma potrzeby. Ostatni raz, spotkanie z drzewem nie jest niemożliwe w lesie.

Na zielonym szlaku, nie tu mieliśmy być.

No i popełniam kolejny błąd nawigacyjny. Zamiast przejechać przez potok ruszamy lasem oddalając się od szlaku. Nie zauważyłem, że włączyłem kompas w GPS i mapa odwróciła mi się o 180 st. Trawersujemy las, wreszcie podejmujemy decyzję – zmieniamy kierunek. Szlak powinien być około 500 metrów od nas. Niby nic, ale w śniegu po uda, a czasami po pas to jest już odległość. 

 

Przedzieramy się przez las. Najpierw trawersujemy na nartach, ale ostatnie strome podejście trzeba zdjąć narty i brodzić w śniegu.

Andy toruje trasę, ja się cieszę, że mamy kolejną przygodę, fakt, że z tyłu idzie mi się lżej. Wreszcie po 15 minutach docieramy do zielonego szlaku.

Kanapki, herbata i spojrzenia na zegarek. Jesteśmy na 1000 metrów, do podejścia 700 metrów… drugie tego dnia. W nogach czujemy już trochę trud wspinaczki, zjazdu i brodzenia w śniegu. Decyzja – idziemy szlakiem w górę. Pojawia się mały problem. Moje foki, zdjęte przed zjazdem, nie chcą się kleić.  Jedną z rzeczy, którą wożę ze sobą na wszelki wypadek jest srebrna taśma montażowa. Idealnei nadaje się do napraw i usztywniania kończyn. Foki dostają gustowne srebrne opaski i idziemy pod górę.

Już wiem, że podejście będzie bolało. Nie ma porannej świeżości. Czas nieubłagalnie ucieka. Na szczęście jest sporo śladów nart, więc strome podejście jest przetarte i łatwiejsze. Co chwilę podaję wysokość z GPSa, mam wrażenie, że idziemy bardzo wolno. Kolejne klejenie fok taśmą. Jeszcze 400 metrów w górę. Przeżywam kryzys.

Przydaje się trening mentalny z kolarstwa górskiego. Obaj z Andym ciężko idziemy, ale każdy wie, że trzeba napierać. Tak jak na maratonach liczy się tyko kolejny ruch korbą tu krok, kijek, krok. „Samo się nie podejdzie”.

Po wyjściu z lasu, 200 metrów przed szczytem robi się niepokojąco. 14.30. Gęste chmury i mgła. Coraz ciemniej. Kontroluje szlak na GPSie i żądam postoju. Zupełnie opadłem z sił. Buła, herbata, kostka czekolady. Wszystko w pośpiechu. Andy zmienia mnie na prowadzeniu. Teraz on ma drajw na bramkę. Jest bardziej stromo. GPS kieruje na Babią.  Decydujemy, że wrócimy przez Przełęcz Bronę i schronisko na Markowych Szczawinach. Tam się zagrzejemy, zmienimy ciuchy. To najbezpieczniejszy wariant, chociaż wcale nie łatwy w tych warunkach pogodowych, za to po zmroku zostanie nam wyłącznie łatwy, prosty szlak do Krowiarek. Damy radę w świetle czołówek.

Kiedy docieramy ponownie na Babią chmury na chwilę się rozstępują

Ruszamy w stronę przełęczy. Jakże inna jest ta jazda od tej dwa lata temu, kiedy zaczynałem przygodę ze skiturami. Sprawnie zsuwamy się po zmarzniętej kosówce. Nie jest to płynne szusowanie, ale raczej jazda kontrolowana. Co 100 metrów zatrzymujemy się sprawdzając przebieg szlaku.  Jadę przodem starając się nie tracić kontaktu z Andym. Tak jest bezpieczniej. Poza trasą w zimie może się zdarzyć wszystko i niewinny upadek, o który przecież łatwo w slalomie pomiędzy kosówkami może się skończyć źle w temperaturze -10 st., zapadającym zmroku i wiejącym lodowatym wietrze.  I tu nawet nie chodzi o obrażenia, bo jedziemy dość wolno, ale np. upadek, który uniemożliwi wygramolenie się samemu z sypkiego śniegu. Byłem świadkiem w Alpach takiej sytuacji, w której narciarz poza trasą upadł w śnieg przygniatając sobą skrzyżowane ręce, dłonie w pętlach kijków, narty wbite w puch. Brak jakiejkolwiek możliwości ruchu.

Babia mrozi

Dojeżdżamy do przełęczy Brona. Początek wąski i stromy spore wyzwanie techniczne. Nie decyduję się na zjazd z nawisu, za późno, za dużo w nogach. Tu Andy ma problemy. Jest ciemno i wyraźnie nogi odmawiają mu posłuszeństwa. Mnie po jednym z zakrętów niesie na całkiem sporą kępę kosodrzewiny. Szybkie rozważanie: kontrolowany upadek albo ryzyko i przelot nad. Wybieram drugą opcję. Udaje się. Zaczynam wyczuwać o co chodzi z tą jazdą w świeżym śniegu.

Śmigamy lasem w dół zakładając ślad. Jest pięknie. Kiedy dojeżdżamy pod oświetlone schronisko na Markowych Szczawinach zmierzcha. Znów idealnie zaplanowany czas. Wszystko co było niebezpieczne zjechaliśmy za dnia.

Przepak w schronisku, kanapki i bez pośpiechu, już w zupełnych ciemnościach ruszamy szlakiem do Krowiarek. Na początku kosztuje mnie to sporo siły, bo nie chciało nam się zakładać fok i narty ślizgają się po zmrożonej ścieżce, aż wreszcie nadchodzi ten moment i ruszamy w dół nieco pomagając kijami. Jest niesamowicie. W suchych ciuchach ciepło, śnieg skrzy się w świetle czołówki, ciemny las. Po godz. 18.30 docieramy na parking. Przebyliśmy 20 km, prawie 1700 metrów przewyższeń.  Ciężko wrócić do codzienności.

sobota, 12 stycznia 2013

Turowe maleństwo za to w jakich warunkach. Z Hotelu pod Jedlami wyszedłem o 5.55, o 7.15 byłem na Trzech Kopcach Wiślańskich. Po drodze zaliczyłem wspinaczkę lasem w nieprzetartym puchu w świetle czołówki, brzask i świt.  W powrocie udało się zjechać lasem zaliczając "noszenie" na puchu. Ależ to jest uczucie. O 8.30 mogłem już zjeść śniadanie i zacząć zajęcia podczas szkolenia, w którym uczestniczę. Stąd ta wariacka pora. Jutro też się wybiorę. Samotna wędrówka lasem o świcie, w świeżym śniegu jest czymś czego się nie zapomina. Jutro powtórka z rozrywki.

W drodze na Trzy Kopce. Szlak zetknął się z drogą. Widać było wczorajsze ślady nart.

Korzystając z braku warunków na skitury w Tatrach (najpierw brak śniegu, później lawinowa "3") tydzień temu ćwiczyłem skręty obskokami na wąskiej polnej drodze, a dzisiaj jazdę po puchu. Takie ćwiczenia techniki jazdy pozatrasowej były niezbędne. W ogóle to zacząłem się nieco ruszać. Coś tam biegam i się rozciągam.

niedziela, 30 grudnia 2012

Dolina Chochołowska – Dolina Starorobociańska – Siwa Przełęcz – Przełęcz Zwornik – Błyszcz – Bystra i z powrotem. (track gps)

Jeśli w naszych planach któryś z planów… był najczęściej nierealizowany to właśnie wycieczka na te dwa szczyty Tatr Zachodnich. Po pierwsze daleko, po drugie trzeba przejść nudną Chochołowską, po trzecie pogoda i warunki lawinowe. Tym razem byliśmy głodni żeby wreszcie gdzieś dojść, bo ostatnie wyjścia to porażki, porażki w znaczeniu nie osiągania celów topograficznych. W górach jest zawsze fajnie, ale miło też jest w końcu coś zaliczyć. Nie wychodziło nam to. Dość powiedzieć, że dwa tygodnie temu wyszliśmy w Zachodnie, ale z powodu warunków śniegowych i lawinowych skończyliśmy w schronisku w Dolinie Chochołowskiej. Wyjście nawet nie warte wspominania na blogu, do tego trzeba dołożyć poprzednie nieudane wyjście na Szpiglasowy Wierch (choć wycieczka fajna).

Termometr w  Nowym Targu pokazywał – 13,5 st. TOPR obniżył stopień zagrożenia lawinowego do 1. Należało tylko uważać na nawiane poduchy. Tego dnia ekipa to Alina, Lukcio, MisQ i ja. Niestety nie było z nami Andy`ego, który zaproponował i zawsze najbardziej parł na ten cel wycieczki.

Lukcio przy szałasie w Dolinie Chochołowskiej

Chochołowska poszła dość szybko, później Dolina Starorobociańska. Rzadka okazja żeby w zimie przejść ten zagrożony lawinami teren.

U wylotu Doliny Starorobociańskiej, wchodzimy w góry

Serwisy pogodowe nie były zgodne co do prognozy na ten dzień, jednak kiedy opuściliśmy las ukazało się czyste niebo, a więc była szansa, że meteo.icm.edu.pl przewidział słusznie, że cały dzień to mróz, bezchmurne niebo i umiarkowany wiatr. Czego chcieć więcej.

Majestatyczny Starorobociański Wierch 2176

Przed podejściem żlebem zakładamy raki. Czeka nas trawers do Siwej Przełęczy, lepiej mieć pewne oparcie na stopy. Alina ma nowe buty. To zupełnie inna jakość. Ostatnie dwa wyjścia z dużą obawą patrzyliśmy na to jak się słabo trzymają jej podeszwy na podejściu i zejściu i co chwilę zalicza niekontrolowane uślizgi. Tym razem idzie sprawnie. Lukcio nadaje tempo, bo trzeba się spieszyć, dlatego nie marudzimy zanadto podczas postojów.

Siwa Przełęcz, później przesmyk do Przełęczy Zwornik i widzimy masyw Błyszcza (2 159 m.n.p.m) i Bystrej (2 248 m.n.p.m) w całej okazałości.

Widok na Przełęczy Zwornik. Jakiś zespół zmierza na Starorobociański, nasz cel jest za plecami autora tej fotografii (MisQ)

A to właśnie Błyszcz i Bystra. Alina i Lukcio czekają na MisQ i na mnie.

Zaczyna mocno wiać. Na trawersach kije troczę do plecaka, tu lepiej mieć w dłoni czekan. Niby dość szeroko, ale jakoś pewniej się czuję wiedząc, że w razie czego można próbować hamować. Raki są moim dobrym przyjacielem, szczególnie na wąskich oblodzonych przesmykach, ale mają jedną nieprzyjemną cechę – jeśli postawić zbyt wąsko stopę mogą się wbić w nogawkę lub stuptuta. Wtedy upadek gwarantowany.

Regularna pokrywa śniegu jest bardzo cienka jak na koniec grudnia. Zmrożona lodoszreń daje dobre oparcie dla kolców raków

Pod czujnym spojrzeniami stadka kozic zdobywamy wysokość. Na górnym zdjęciu w znacznym zbliżeniu. Na dolnym wyłaniają się zza grani po prawej.

Turystów niewielu. Jest dość późno dlatego cały czas napieramy.  Błyszcz osiągamy o 13.30, stąd 15 minut na Bystrą. To już Słowacja. Idziemy choć oficjalnie ten szlak jest zamknięty zgodnie z regułą południowych braci, którzy zamykają szlaki powyżej schronisk na cały okres zimowy. Być tu jednak a nie wejść na Bystrą? No Way.

Pomiędzy Błyszczem a Bystrą. Na pierwszy szczyt docieramy po kilkunastu minutach.


Na szczycie jesteśmy sami. Tam kilka pamiątkowych zdjęć. Tu np. z cyklu "a teraz pokazujemy"

Wspólna focia

Zakładamy stuptuty, bo nawiany śnieg staje się dość głęboki i zdarza się nabrać go do cholewek. Przydadzą się dodatkowe warstwy ubrań przeciwwiatrowych i schodzimy w dół.

Wskazane jest o 15.30 być na Siwej Przełęczy, a około 16 osiągnąć granicę kosówki. Lasem można iść już w zupełnych ciemnościach, ale lepiej nie schodzić w świetle czołówek. Czuję jak zbliżają się kurcze. Sportowa bezczynność daje o sobie znać.

Wiatr rzeźbi charakterystyczne dla Zachodnich Tatr nawisy. To między innymi dzięki takim formacjom śnieżnym ten rejon Tatr jest uważany za bardzo narażony na zejście lawin, choć z daleka łagodne czapy nie wyglądają groźnie.

MisQ robi zdjęcie ekipie przygotowującej się do nielegalnego biwaku na Przełęczy Zwornik. MisQ dokumentuje wszystko co się dzieje wokół bardzo dokładnie. Z każdej wycieczki mamy od 350 do 600 zdjęć. Biwakowicze stali się przypadkowym celem, na tych samych zasadach co kozice. Jednak niezadowoleni pokrzykują do nas żeby zaprzestać tej sesji, machamy ręką i schodzimy w dół.

 

I jeszcze jedna focia, tym razem na Siwej Przełęczy z masywem Błyszcza i Bystrej w tle.

Zostaję nieco z tyłu, zatrzymując się co rusz żeby pooglądać spektakl zachodu słońca. Śnieg, który rano jarzył się seledynowo-niebieskim światłem teraz tonie w różowej poświacie.

Chłopaki i Alina odchodzą do przodu. Kiedy osiągam granicę lasu robi się zupełnie ciemno. Nie wyciągam czołówki, stawiając na nastrojowy spacer po zmroku, jednak po ciemku mijam skrzyżowanie szlaku z drogą techniczną. Po kilkuset metrach orientuję się, że nie idę drogą którą podeszliśmy, ale GPS pokazuje niezbicie, że szlak biegnie równolegle do technicznej drogi, którą przemierzam i że spotka się z nią w Dolinie Chochołowskiej. Nie chce mi się wracać. Problem pojawia się w Dolinie. Wyciągam telefon żeby zadzwonić do Chłopaków, bo obawiam się, że czekają gdzieś na mnie w lesie. Niestety nie ma zasięgu. Zaczepiam jakąś ekipę w nadziei, że w ich sieci jest sygnał. – Tu niedaleko masz schronisko – informuje jedna turystek. – Wiem gdzie jestem, niestety nie wiem gdzie są moi – odpowiadam ze śmiechem. Gdybym gubił się w Chochołowskiej nie powinienem opuszczać parkingu.

Na szczęście z lasu wyłania się lampka. MisQ. To dobrze, bo zastanawiałem się nad powrotem do lasu. Nie było to miłe, bo w nogach miałem ponad 20 km. (w sumie wyszło 25,2 km).

Krótki popas w szałasie, kilka zdjęć i zachwyty nad pełnią księżyca i docieramy do samochodu.

Na ten wyjazd umówieni byliśmy z Moniką i Szymkiem już w sierpniu podczas wspólnego wypadu na Orlą Perć. Chciałem żeby zobaczyli wysokie góry zimą no i żebyśmy pobyli razem. Pogoda zapowiadała się taka sobie. Serwisy, które sprawdzam przed wyjściem w góry mówiły o zachmurzeniu i wietrze od 40 km/h, tylko ICM podawał, że wiatr w porywach do 108 km. Dziwna prognoza.

Celem maksimum był Kozi Wierch, nie zdecydowałem się na rozważany wcześniej Szpiglasowy Wierch ze względu na północną wystawę żlebu biegnącego do przełęczy. Przez ostatnie 3 dni wiały wiatry południowo-wschodnie, więc należało się spodziewać sporych depozytów śniegu, tym bardziej, że TOPR utrzymywał lawinową 2 przez ostatnie dwa tygodnie. Dziwny ten grudzień. Niby śniegu niewiele, a już trzy ofiary lawin w Tatrach. To smutne potwierdzenie teorii, że podstawowym czynnikiem kształtującym zagrożenie jest wiatr przenoszący śnieg z miejsca na miejsce, usypujący niestabilne warstwy na starszej pokrywie.

No więc idziemy ceprostradą rozważając kto jest ceprem, a kto nie i wchodzimy w Dolinę Roztoki. Zgodnie z moim przewidywaniem jest ślisko. Zwłaszcza pierwsze metry to czepianie się gałęzi, szukanie oparcia na pojedynczych kamieniach wystających spod lodu. Dalej jest już znacznie lepiej. Po wyjściu z lasu zakładamy raki.

Na podejściu do "Piątki"

Idziemy przez Siklawę. Szlak zamknięty zimą, głównie z powodu lawiniastości Litworowego Żlebu. Nie spodziewam się dzisiaj tam zagrożenia, a chciałem pokazać moim towarzyszom lodospad. Rzeczywiście śniegu niewiele, lawiniaste miejsce jest go właściwie pozbawione bez trudu więc docieramy najpierw do Siklawy, a później do progu Doliny Pięciu Stawów Polskich i tam okazało się o co chodzi z tymi porywami do 108 km/h. Kryształki śniegu wbijały się w twarz. Wiatr zasypywał ślady w kilka minut. Góry zimą pokazały jakie potrafią być srogie.

Trzeba było się chronić przed wiatrem

Ruszyliśmy więc realizować plan optimum, czyli Pustą Dolinkę. Im wyżej, tym śniegu więcej, wiatr mocniejszy. Momentami przebieg szlaku musiałem ustalać przy pomocy GPS-a, pomimo, że szedłem tamtędy wielokrotnie, a szlak poprowadzono w oczywisty sposób. Spotkaliśmy ekipę, która bezskutecznie próbowała osiągnąć Zawrat, łatwym przecież od strony D5SP szlakiem. Zawrócili, kiedy wiatr zrzucił ze szlaku jednego z chłopaków. Krótkie konsylium i decyzja - nie idzemy dalej. Cel główny został osiągnięty góry zimą zaprezentowały się godnie

Pamiątkowe fotki. Pomimo odwrotu wycieczka udana. Będzie co wspominać, a w końcu w życiu pracuje się tylko na fajne wspomnienia :)

Zawróciliśmy więc do schroniska i tym razem przykładnie i grzecznie zeszliśmy zimowym wariantem do Doliny Roztoki i do Palenicy Białczańskiej.

wtorek, 04 grudnia 2012

Pogoda zapowiadała się taka sobie więc obraliśmy cel Szpiglasowy Wierch. Wyższe góry, ale wycieczka niezbyt odległa. Lubię i Dolinę Roztoki i Dolinę 5 Stawów Polskich więc była perspektywa na fajny dzień. Szczerze mówiąc mnie się podoba w Tatrach kiedy pogoda jest jak żyleta, ale także wtedy kiedy nie widać na krok, a śnieg sypie mocno. Tym razem poszliśmy w zestawie Alina, Lukcio i MisQ. PePe, który poprzedniego dnia spacerował z synem w okolicach Gąsienicowej mówił, że jest chmura i kilka centymetrów śniegu. Takie też warunki zastaliśmy nas na szlaku.

Tatry przyprószone. Wygląda zimowo, ale bliżej temu warstewce cukru pudru na pączku niż pokrywie na torcie śmietanowym.

Po wejściu do lasu w Dolinie Roztoki spotkałem turystę. Szedł z Gąsienicowej przez Przełęcz Krzyżne. Zainteresowany tym, że z pasją fotografuje drzewa zagadnąłem. Okazało się, że człowiek-leśnik. Fotografował liszaje na świerkach wywołane przez kornika. Wdaliśmy się w dłuższą pogawędkę. O wpływie monokultury i obniżenia poziomu wód gruntowych na zniszczenia drzewostanu w górach. Esencją jest taka teza: niski poziom wód gruntowych (zjawisko charakterystyczne dla całej Polski) ma największy wpływ na świerki. Ich system korzeniowy jest płytki, rozgałęziony, więc przy obniżeniu lustra wód gruntowych są permanentnie zbyt słabo nawodnione ergo nie mogą transportować w górę wody i produkować żywicy do zasklepiania otworów wykonywanych przez owady. Takie osłabienie powoduje, że drzewo jest nieodporne na silne podmuchy. To tłumaczy działanie Kalamity po Słowackiej stronie.

Kolejny test zdigitalizowanych informacji o Tatrzańskim Parku Narodowym

W Dolinie Roztoki. Pokazuję MisQ poziom śniegu z kwietnia 2012 roku. Siedzieliśmy tu z PePe jedząc kanapki, a czubek tego słupka kierunkowego wyłaniał się z zagłębienia poniżej poziomu naszych stóp.

Przed południem przejrzystość w Dolinie Roztoki była zachęcająca.

Siklawa. Jeszcze ładniejsza wczesną jesienią. Za miesiąc zmieni się w lodospad i zniknie pod pokrywą śniegu.

Tym razem nie było potrzeby ubierania raków na podejściu.

Krótko po 13 na Dolinę nasunęła się chmura. Wielki Staw.

Na rozstaju szlaków. Po wykonaniu tego zdjęcia ruszyliśmy w stronę Szpiglasowego Wierchu. Niestety dość szybko trzeba było zawrócić. Podeszwa w butach Aliny już podczas wycieczki na Rysy zachowywała się zdradliwie. Jeden krok przy przekraczaniu potoku okazał się brzemienny w skutkach. Wyciągnęliśmy mokrą koleżankę i biegiem do Schroniska. Podróż w górę przy temperaturze -2 st. C nie była możliwa.

Suszenie ciuchów w najfajniejszym moim zdaniem schronisku w polskich Tatrach.

Nie ryzykujemy. Wiadomo, że na tej podeszwie nie można polegać. MisQ pomaga Alinie założyć raki przed zejściem do Doliny Roztoki. 

W dół. Po lewej Litworowy Żleb. Zapewne w tym roku znów do zjechania na skiturach.

Już po zmroku, ku radości Aliny osiągamy asfalt. Alina rusza w dół, na wszelki wypadek wyposażona przez MisQ w lampkę. Poświata przed nią to snop rzucany przez latarkę MisQ. Wycieczka pod znakiem: lepiej zaliczyć mądry wycof niż głupio utknąć na szczycie. Za dwa tygodnie znów tu będziemy :)

sobota, 24 listopada 2012

Jak się powiedziało

A) Skrzyczne nocą 2010

B) Skrzyczne nocą 2011

To trzeba powiedzieć C.

Jeszcze na 3 dni przed tym wyjazdem nie chciałem w tym brać udziału. Nie jeżdżę na rowerze, a to jednak 5-6 godzin w górach i to w nocy. Na 2 dni przed wyjazdem byłem pewien, że nie jadę. Zmarzłem wracając z pracy, Kraków przykryła lepka zimna mgła. Po powrocie do domu pierwszą czynnością jaką wykonałem był telefon do MisQ i ustalenie przejazdu, później umówiłem się z PePe. Metoda "Klamka zapadła". Zawsze ją stosuję kiedy nie chce mi się ruszyć. Działa.

O 18.30 wyjeżdżamy z Krakowa. W dwa samochody. Prowadzi MisQ i Simo. 6 osobowa ekipa zaprawiona w bojach ze Skrzycznem - PePe - Wielki Nawigator; MisQ - naczelny szyderca i właściciel światła o mocy c.a. 700 lumenów; Andy - moja nadzeja na to, że nie tylko ja nie jeżdżę na  rowerze; Simo - człowiek pozytyw, człowiek maszyna oraz Versus - skrzyczeński debiutant, objuczony dodatkowo ciężką lustrzanką.

Po drodze robiło się zimno i zimniej, na szczęście w ciągu nocy temperatura nie przekroczyła -2 może - 3 st. Fotki. Mariusz "Versus"

Przepak w domu w Milówce i jedziemy w górę. Przeforsowałem trasę ubiegłoroczną, która choć licząca 56 km cechowała się długim łagodnym podjazdem, na którym można było sobie umierać powoli oraz technicznym, acz krótkim zjazdem.


Ostatnie planowanie na podłodze w garażu

Chwila przerwy na podjeździe. Interesujące widoki są ponad głową. "Tym się różni nocne Skrzyczne od wycieczki górskiej" podpisał to zdjęcie Versus.

Trudno to pokazać na zdjęciach, bo jest prawie zupełnie ciemno, ale jeśli nawierzchnia równa można wyłączyć lampki i jechać w świetle gwiazd, tej nocy tylko gwiazd, bo księżyc akurat był w nowiu.

Na górze jak zwykle wieje. Pijemy herbatę i wiśniówkę, przebieramy się w suche koszulki i o drugiej w nocy ruszamy w dół.

Na zjeździe. Dobrze trzymać się MisQ (z przodu), który oświetla drogę.

Nocne klimaty. Zjazd dostarcza niepowtarzalnych wrażeń, tym większych im słabsza lampka. Normą jest oświetlenie na kierownicy i czołówka.

Przeprawiamy się przez zwalone drzewo. O 5 jadąc przez uśpione, lub kończące dyskoteki przedmieścia Żywca docieramy do Milówki.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 37