Aktywność sportowa Kuby w myśl cytatu Marka Twaina: Za dwadzieścia lat bardziej będziesz żałował tego, czego nie zrobiłeś, niż tego, co zrobiłeś. Więc odwiąż liny, opuść bezpieczną przystań. Złap w żagle pomyślne wiatry. Podróżuj, śnij, odkrywaj

Góry pieszo

niedziela, 10 stycznia 2016

Okres świąteczno-noworoczny to był czas, w którym kostucha po obu stronach Tatr jakby chciała nadrobić czarne statystyki 2015. Scenariusz śmiertelnych wypadków był dość zbliżony - poślizgnięcie, zsuw po zmrożonym śniegu i uderzenie o skały lub upadek z wysokości.

Przyznam, że zawsze z uwagą śledzę wszelkie doniesienia o wypadkach w Tatrach, tych letnich - taternickich oraz wszystkich zimowych. Informacje o wypadkach po polskiej stronie zwykle trzeba gromadzić z wielu źródeł, bo kroniki TOPR są przekazywane z opóźnieniem. HZS (Słowacki TOPR) podaje szybkie i dokładne analizy przyczyn oraz przebiegu wypadków, to dobre źródło informacji - jest szansa w swojej praktyce uniknąć błędów, czasami też z tej analizy wynika tylko wniosek - shit happens.

Bywa, że o wypadki uczestnicy się proszą, innym ulegają osoby dobrze przygotowane, posiadające wiedzę, sprzęt i umiejętności. Te pierwsza grupa ciągle potrafi wzbudzić niedowierzanie, że można aż tak głupio. Tragedia jest jednak tragedią i lepiej powstrzymać się z oceną. Druga grupa zdarzeń, tych, które dotykają doświadczonych, nierzadko profesjonalistów górskich, jest źródłem doświadczeń i odpowiedzi na pytania: w jaki sposób zmienić swoje działanie w górach, żeby uniknąć dramatycznych sytuacji.

Na podejściu do Doliny Pięciu Stawów. Słońce, mróz i maleńko śniegu

Akcja TOPR. Tego dnia, o tej porze, kiedy Andy zrobił to zdjęcie, w tym miejscu (okolice przełęczy Krzyżne, za kosówką) 19 letnia turystka zsunęła się w stronę Doliny Pańszczycy, niestety wypadek śmiertelny.

Więc gdy Andy zaproponował wyjście w góry od razu miałem ochotę sprawdzić, czy warunki w Tatrach są trudniejsze rzeczywiście od tych, które znam z naszych wielu zimowych eskapad? Idziemy tylko we dwóch. To, że jest twardo i mało śniegu to wiadomo. Kozia Przełęcz zdobywana od Pustej Dolinki to był cel w sam raz. Umówiliśmy, że dodatkowo zabierzemy liny i cały szpej, bo choć podejście jest tam oczywiste, warto nie stać się bohaterami kolejnych doniesień.

Zimno. Kiedy wychodziliśmy z parkingu w Palenicy było - 16 st., za to sucho (jak to przy takiej temperaturze) dlatego śnieg dobrze trzymał, trzeba było uważać tylko na lodowe jęzory na podejściu. Decydujemy przejść przez Siklawę żeby pooglądać zamarzający wodospad i dalej bez posiadu w schronisku w stronę Pustej Dolinki. 

W Dolinie Roztoki spotykamy pojedynczych turystów. Widocznie medialne informacje i apele TOPR o niewychodzenie w wysokie góry trafiają tam gdzie trzeba.

Andy, a za nim Zamarła Turnia

Pusta Dolinka to jedno moich ulubionych miejsc w polskich Tatrach, tajemnicza i osłonięta. Po prawej urwisty Kozi Wierch na wprost moje marzenie (plan) wspinaczkowy Zamarła Turnia. Chciałbym poprowadzić kiedyś tam drogę... No ale na razie sza - ścianka, skałki, trening i doszkalanie! Może w październiku się uda. Pod Zamarłą operuje jakiś zespół wspinaczkowy.

Lodoszreń zalegała w Pustej Dolince. W żlebie było nieco lepiej.


Na podejściu w Pustej Dolince

Żleb Koziej wygląda dobrze. Jest twardo, ale bez przesady. Lodoszreń, o której TOPRowcy mówią obrazowo w komunikatach "Szklane Góry", spotykamy tylko na wypłaszczeniach. Przypominam sobie co najmniej dziesięć innych wyjść w których lodoszreń lub szreń łamliwa pokrywała całe góry. Dodatkowo jeszcze są wybite stopnie. Szybko oceniamy. Nie jest źle, mogłoby być wcześniej, ale  damy radę. Hamowanie czekanem jest możliwe pod warunkiem, że zareaguje się błyskawicznie. Jeśli jednak po kilku metrach to się nie uda, to nie uda się w ogóle. Pod wrażeniem doniesień i zgodnie ze szkoleniowym celem tej wycieczki postanawiamy iść z pełną asekuracją, tj. ze stanowiskami etc. Do góry wystarczy jedna lina połówkowa (nasz sterling fusion ma atest na linę pojedynczą, więc zgodne ze sztuką). 

Pierwsze stanowisko jest wygodne oparte o taśmy i kość. Przeloty zamierzam dawać rzadko, bo tu nie ma mowy o locie co najwyżej o zsuwie. Idzie mi się bardzo swobodnie. Raki i czekan dają dobre oparcie, więc kolejne wpinki są robione w poczuciu przyzwoitości, bardziej niż z poczucia zagrożenia. 

Drugie stanowisko, szukam rys i szczelin do osadzenia kości.

Drugie stanowisko to jednak większy problem. W przysypanym śniegiem żlebie znaleźć takie miejsce, które pozwala na umieszczenie dwóch przyzwoitych punktów zajmuje czas. Opieram się pokusie zrobienia tego na odpiernicz, więc cierpliwość Andy`ego jest wystawiana na próbę czasu. Dobrze, że mamy słoneczko w plecy, więc tkwienie na stanowisku oraz motanie nowego nie jest okupione przemarznięciem. Wszystkie operacje udaje się realizować w cienkich polarowych rękawiczkach. 

Jakaś ekipa pojawia się na przełęczy z zamiarem zejścia drogą naszego podejścia. Weszli tu od tej nieco łatwiejszej strony - od Koziej Dolinki, po drugiej stronie grani. Śniegu mało więc mogli korzystać z odsłoniętych łańcuchów. Ktoś rozpoczyna zejście, ale po kilku krokach rezygnuje - zbyt stromo i zbyt twardo. Wracają drogą swojego podejścia. Żleb jest wiec tylko dla nas.

 

Idzie Andy. Szybko się porusza w górę trudno nadążyć w wybieraniem liny.

Wreszcie mogę dać komendę "Chodź". Andy szybko znajduje się przy stanowisku w połowie żlebu. Mam nadzieję, że 60 metrów liny wystarczy do przełęczy i tam będzie można skorzystać z kolucha łańcuchów, bez konieczności budowania stanowiska. Niestety... zabrakło nam z 8 metrów. Zasada, która mówi, żeby szukać miejsca do budowania stanowiska na 10 metrów przed końcem liny. Miotam się góra-dół w końcu udaje się osadzić dwie kości i połączyć je taśmami. "Siadły" dobrze. 

Trzecie stanowisko. Słońce chowa się już za grań. Ruchy, ruchy...

Proszę Andy`ego żeby przeszedł obok i poszedł ponad stanowisko, a tam wpiął się do kolucha. Kilka zdjęć i telefonów, że wszystko jest ok (wreszcie jest sieć) i zjeżdżamy na dół.

Przygotowania do zjazdu. Cień coraz wyżej.

Pierwsze 60 metrów na dwóch żyłach i tzw. "górnym przyrządzie", najpierw Andy, później ja. Swój zjazd kończę już po zmroku. Kolejne zjazdy będziemy trochę improwizować. Teren jest na tyle łatwy, że asekurujemy z półwyblinki na karabinku (HMS) przypiętym do czekana wbitego do śniegu, na którym stoi asekurujący. Na zsuw powinno wystarczyć, najlepiej jednak się nie zsuwać dlatego warto jest utrzymać koncentrację   - lewa noga wbita, prawa noga, czekan, lewa... itd.

Dość sprawnie poruszamy się w dół i około 18 jesteśmy już w bezpiecznym terenie. Teraz znaleźć w mroku drogę do schroniska. Początkowo widać ślady, które jednak gubimy na twardej skorupie. Gdzie dalej... Gasimy czołówki. Gwiazd miliony, brak księżyca więc i na podstawie kształtów konturów szczytów orientujemy swoje położenie... Miedziane, Szpiglas, Kostury... Już wiadomo gdzie iść. Raki chrzęszczą o lód, ekspresy pobrzękują radośnie. Jest miło, a jeszcze bardziej, kiedy pojawaia się wizja herbaty, piwa i kanapek w schronisku w Dolinie Pięciu Stawów Polskich. 

Około 19.30 wreszcie światła schroniska. Tu popas, porządkowanie szpeju i ruszamy na dół do Doliny Roztoki. Warto być czujnym, bo lód pod śniegiem czyha na beztroski krok. Zaliczamy po kilka gleb i około 22 jesteśmy na parkingu w Palenicy.

No i po drodze spotyka nas najbardziej niepokojący moment tej wycieczki... Lekko przymarznięta ropa co rusz przytyka silnik samochodu. Las, - 16 stopni, godzina 22... My lekko zmarznięci i zmęczeni. Nie mam ochoty na takie przygody. W końcu dławiąc się i prychając ford dowozi nas do stacji w Białce. Kupujemy samochodzikowi dopalacz (uszlachetniacz) i możemy wracać do Krakowa.

Podsumowując. Zdarzało się bywać w znacznie trudniejszych warunkach. Z wypadków warto jednak wyciągnąć nauczkę, że w takich warunkach lina pomaga i trzeba ją właściwie zastosować. To jednak wpływa na tempo poruszania się zespołu, a to trzeba uwzględnić przy planowaniu.

czwartek, 07 stycznia 2016

Jak co roku na początku listopada tradycyjna wycieczka na Szpiglasowy Wierch. Listopad w górach to jeden z fajniejszych miesięcy. Mało ludzi, jesienne słońce. Brać jak dają za darmo. To jedno listopadowe wyjście na Szpiglas jest przeznaczone na luz, odpoczynek i lenistwo oraz wygłupy.

P51108112306

Kozi Wierch, tam nie idziemy, ale ładnie wygląda przykryty czapką z chmury.

P51108125255

Dłuugi popas w pustej dolinie Pięciu Stawów Polskich. Wieje, ale i świeci jak trzeba.

P511081410121

Próba skoczności Andyego i MisQ zakończona dość miękkim lądowaniem. Muszę przyznać, że i Lukcio i ja braliśmy udział w jesiennych lotach. Jeśli jest miękki dywanik - warto spróbować.

P51108160227

No i nostalgicznie. Lukcio na jednym z bocznych wierzchołków Szpiglasowego Wierchu. Z tyłu ładnie widać Świnicę (ta najwyższa) po prawej Niebieska Turnia a grzbiet po lewej bliżej to Walentkowa.

 

środa, 31 grudnia 2014

Czteroosobowa ekipa, którą nazywamy nieco prześmiewczo "Najlepszą Grópą Gurską" ukonstytuowała się 5 listopada 2011 podczas polegiwania w ciepły (sic!) listopadowy wieczór. Od tego czasu w takim składzie lub składzie powiększonym (tzw. Grópa Gurska i przyjaciele) odbyliśmy prawie 60 wycieczek w polskie i słowackie Tatry. Na nartach i pieszo.

Wycieczka inicjacyjna NGG została opisana tutaj. I tym razem przebieg wycieczki był podobny - Dolina 5 Stawów Polskich, później chłopaki zrobili mały skok w celu rozpoznania Mnicha, a ja zaległem wśród kamieni ucinając sobie drzemkę.


Grópa na Szpiglasowym Wierchu, w formie

sobota, 27 grudnia 2014

Pierwsze wejście na tę przełęcz. Rok wcześniej z powodu oblodzenia trzeba się było wycofać. 

Niemiła niespodzianka na drodze do Morskiego Oka, taką miałem ochotę na kłus...

Kaczek dokarmiać nie należy. Andy więc zajął się zdalnym dokarmianiem członków Grópy. Pogoda pod zdechłym kaczorem, ale nastrój na wysokim poziomie.

Po lewej Morskie Oko puszcza Andy, po prawej Lukcio ma minę a`la Czarny Staw.

Zabójcze Morskie Oko Andy`ego w zbliżeniu

Ekipa w komplecie w okolicach Kazalnicy. Trudności techniczne kiedy nie ma lodu są umiarkowane. Tydzień później w tej okolicy zdarzył się smutny wypadek śmiertelny. Doświadczony turysta chcąc ustąpić miejsca turystce, która nie dawała rady zrobił o jeden krok za daleko w tej uprzejmości.


Korzystając z tego, że byliśmy wcześniej zajrzeliśmy jeszcze na któryś z niższych wierzchołków Pośredniego Mięgusza. Nie bardzo wiemy dokładnie, który, bo było mocno mgliście.

W każdym razie wejście i zejście eksponowaną granią dostarczyło dawki, tego po co też się chodzi.

piątek, 26 grudnia 2014

Korzystając z wolnego czasu poskładałem wreszcie film z letniej wyprawy w Alpy. No i koniecznie z głośnikami.

poniedziałek, 15 września 2014

Tatry w lecie się nam kończą, przeszliśmy większość tego co oficjalnie dostępne, oraz część tego co nieoficjalnie. Stąd pomysły z gatunku mądrych inaczej. Wyjść o 0.30 z Kuźnic ruszyć w drogę i po 18 godzinach powrócić do samochodu.

Tu było do załatwienia kilka spraw:

- wschód słońca na Świnicy

- Orla Perć w jeden dzień z Kuźnic

- Orla Perć w wersji XXL czyli z zaliczeniem dodatkowo Kasprowego Wierchu i Świnicy.

MisQ ma statyw, dzięki temu może jeszcze złapać ostatnie promienie chowającego się miesiączka za którąś z grani zachodnich.

Maszerujemy więc w górę. Będzie prawie pełnia więc szybko pada hasło: lampki zgaś! W świetle księżyca i poświacie łuny od Zakopanego jest wystarczająco jasno żeby zdobywać wysokość. Marsz bez latarek o 2 w nocy w Tatrach ma szansę się udać o ile wszyscy konsekwentnie nie używają sztucznego światła i źrenice mogą się rozszerzyć, tak aby wyraźnie rozróżniać kształty korzeni i skał. Jeśli ktoś choćby na chwilę włączy czołówkę diabli biorą tę kocią zdolność. Więc nie zdziwiło mnie kiedy Misiek zaczął pokrzykiwać w stronę dwóch mocnych czołówek, które - jak sądziliśmy wówczas - należały do Andy`ego i Lukcia.

Okrzyk "Zgaś k... tę ledę"! To nie było nic takiego w męskim świecie grupy, właściwie pieszczotliwe napomnienie. Jak się można domyśleć postaci (lubię tę formę tego słowa), właściciele czołówek, okazali się nie być Lukciem i Andym. Dwóch zupełnie nieznanych nam turystów, którzy pomimo nocnej pory podobnie jak my ruszyli w góry. Oniemiali zbierali solidne joby. Hmm... kiedy dotarliśmy do nich nastała niezręczna cisza. Przeprosiliśmy, że myśleliśmy... itd. Zapytaliśmy, gdzie idą etc. Podałem rękę pierwszemu i powiedziałem:

- Kuba. 

- Leda pierwsza - przedstawił się również.

- Leda druga - wtórował mu kolega.

Spotykaliśmy się jeszcze kilkukrotnie tego dnia, za każdym razem potwierdzając, że "idą ledy". Nie dowiedziałem się jak noszą imiona.

Twardo, zimno i bez nadzwyczajnego przekonania. 

Pomimo wycieczkowego tempa wspinaczki na grań pomiędzy Kasprowym Wierchem a Świnicą dotarliśmy przed 4. Wschód słońca tego dnia miał nastać o 5.08. Nie pozostało nic innego jak poszukać osłoniętej od wiatru dziury i zlec na pół godziny żeby nie wchodzić w trudniejszy teren w ciemnościach. Kilkuminutowa drzemka i idziemy przemarznięci dalej. Po nieprzespanej nocy mam średni entuzjazm przed czekającym nas marszem.

Wschód słońca na Świnicy zobaczony.

Wschód słońca widziany ze Świnicy, wersja romantyczna by Lukcio

Inna perspektywa. Ta sama gwiazda, w tym samym momencie, widziana poprzez zmarznięte nogi Miśka, na pierwszym planie Andy, na drugim Słońce.


Gdzieś na grani Orlej Andy i jego legendarny czerwony polarek. Efekty, wyjątkowo wdzięczne zawdzięczamy guglowi

Do Kuźnic docieramy o 18.30 po dość ciężkiej przeprawie przez Orlą Perć. Jednak brak snu w nocy to nie jest dobry napęd na całodniową wędrówkę. Na szczęście jesteśmy na tyle wcześnie, że poza ostatnim fragmentem przed przełęczą Krzyżne nie ma kolejek w trudniejszych technicznie miejscach. Monotonny powrót Doliną Pańszczycy to cena za zostawienie samochodu po tej stronie grani.
Powrót samochodem jest również wyzwaniem. To już prawie 24 godziny na nogach.
Pewnie prędko nie powtórzę tego wyczynu. Jak to MisQ trafnie podsumował: po tym wyjściu nie potrzebuję sobie już niczego w Tatrach udowadniać.
Ta wycieczka była też sprawdzianem przed czekającym nas na początku sierpnia pierwszym wyjściem w Alpy, ale o tym w następnym odcinku. :)
 

sobota, 08 lutego 2014

Pieszo. Taka zima.

Już kilka miesięcy temu Alina zapowiadała, że jak przyjedzie do Polski to idziemy w góry. Oprócz naszej grupy zawiązała się alternatywna, która miała iść do Doliny Gąsienicowej i tam zdecydować co dalej. Celem była Kozia Przełęcz. Nie ukrywam, że chciałem zobaczyć jakie tam są możliwości zjazdu na nartach. To jeden z klasyków skiturów oznaczony jako "trójka" w skali trudności. Czarny Staw Gąsienicowy jeszcze nie był zamarznięty dlatego obeszliśmy go letnim szlakiem.

Przed nami próg do Zmarzłego Stawu. (zdjęcia moje, Andy`ego i MisQ)

W stronę Koziej Dolinki. Trochę nawianego śniegu, trochę przewianego betonu. Pogoda stabilna i turystów i wspinaczy niewielu, chociaż ten próg i to popularne miejsce do treningów wspinaczki lodowej. Napotkaliśmy kilka operujących ekip.


Decydujemy się na podejście żlebem bezpośrednio do góry. Okazało się, że letni szlak trawersujący zbocze obok żlebu również był do przejścia. Alina, Lukcio i Grzegorz, kolega z ekipy Aliny, który dołączył do nas. Jest już stromo i twardo. Raki są niezbędne, za chwilę też trzeba będzie wziąć czekany.

Już wysoko. Kozia Dolinka w całej okazałości. Śniegu tyle co kot napłakał. Przeciwległy stok po lewej to Zadni Granat. Dobrze widać żleb, którym zjeżdżaliśmy w ubiegłym roku dwukrotnie. Prostszy wariant zjazdu biegnie rozgałęzieniem widocznym najbardziej po lewej.

MisQ w żlebie. 

Alina osiąga Kozią Przełęcz (2137 m.n.p.m.)

Jest i Lukcio

Andy

I ja. Końcówka twarda. Zerkamy na zejście w stronę Pustej Dolinki. Był przez moment plan żeby zejść tamtędy i wejść na Zawrat, ale było zdecydowanie za późno. Za nami ciągnie jakaś duża ekipa więc trzeba będzie poczekać aż dotrą. Początek jest na tyle stromy, oblodzony i wąski, że lepiej nie ryzykować schodzenia i ewentualnego zsunięcia się na pochodzących.

Korzystamy z chwili czasu i oczekiwania na podchodzących i robimy fot ekipy.

Na przełęczy jak to na przełęczy - wieje więc oczekiwanie się dłuży. Gawędzimy z podchodzącą grupą. Wybierają się na nocleg do Doliny 5 Stawów Polskich. Zejście do Pustej wygląda stromo dlatego wśród damskiej części grupy czuć i słychać lekką panikę. Jedna z kobiet chce nawet schodzić z nami. Pomału docierają bardziej doświadczeni z liną i ze sporym zapasem spokoju. Kilkadziesiąt metrów w dół bezpieczniej przebyć tyłem. Po 100 metrach odbijamy na letni szlak, gdzie jest bardziej płasko. Wszyscy... poza MisQ, który wskutek nieporozumienia schodzi szlakiem, którym podchodziliśmy. Będzie później pogawędka na temat rozdzielania się zimą w górach i kto komu czego nie powiedział.

Tu już bardziej płasko. Wykorzystuję nawiany śnieg na wieeeelometrowe dupozjazdy. Nie można na nartach to przynajmniej tak. 

Kiedy schodzimy do dna Koziej Dolinki nadlatuje śmigłowiec TOPR i desantuje ratownika. Odlatuje i ponownie dociera nad Zamarłą Turnię. Zabiera ratownika i kogoś w noszach francuskich. Jesteśmy przekonani, że coś poszło nie tak tej licznej ekipie, która osiągnęła przełęcz po nas. Nawet odbywa się wymądrzanie na temat tego, czy rozsądne z ich strony było zabieranie wyraźnie przestraszonych dziewczyn... "Ale gwiazdorzycie" - podsumowuje Andy. No... i miał rację. Wieczorem spotykamy pod Murowańcem chłopaka, który był na przełęczy podczas akcji. To były ćwiczenia.

Popas już po bezpiecznej stronie nad Czarnym Stawem Gąsienicowym. I tak będziemy schodzić w świetle czołówek. Dociera do nas ekipa Aliny. Byli na Zawracie. Jest czas chwilę porozmawiać i sprawdzić jak po całym dniu smakuje porzeczkówka. Jest ok. 

niedziela, 08 grudnia 2013

Kuźnice - Hala Kondratowa - Przełęcz pod Kopą Kondracką - Goryczkowe Czuby - Kasprowy Wierch - Beskid - Świnicka Przełęcz - Świnica - Liliowe - Dolina Gasienicowa - Kuźnice

Poza zimowymi miesiącami kiedy już można podejść i zjechać na nartach czekam na listopad. Nieliczni turyści, ciepłe promienia słońca, przeplatane srogimi lodowymi podmuchami, opady i mgły i przede wszystkim brak listopadowej, miejskiej szarości.  Tym razem w planie mieliśmy niezbyt długą wycieczkę. Dawno nie byłem na Świnicy, Andy i Lukcio przystali na plan i oto szliśmy już zakosami na Przełęcz po Kopą, tam raki na nogi i granią do Kasprowego. 

Oczywiście jak to w porach przejściowych (wiosna i jesień) po drodze napotkaliśmy ofiary wyciągu. Osoby, które bez przygotowania i sprzętu ruszają poza obręb Kasprowego Wierchu. W listopadzie normą są zimowe warunki i oblodzenie skał. Andy asekurował panią która na widok dwumetrowego progu przyprószonego śniegiem przykleiła się do kamieni nie mogąc się ruszyć. Rzeczywiście było ślisko i łatwo o upadek. Krok po kroku została sprowadzona.

Tu na chwilę się rozdzielamy. Idę przez Kasprowy a chłopaki trawersem od południa. Sprawdzamy która droga jest szybsza - trawers, więc Panowie, w oczekiwaniu na mnie, zaliczają jeszcze sesję napotkanego fotografa.

Po przejściu przez Liliowe zostaliśmy prawie sami (gdzieś z przodu w tym samym kierunku szła para).

Zasadnicze podejście na Świnice. Warunki były dobre. Stabilny śnieg, niewielkie oblodzenie. Owszem trzeba uważać jak się stawia stopy, ale generalnie było przyjaźnie. Za nami Przełęcz Świnicka.

I wyżej. Tu już przeszliśmy na południową stronę. Pod nami Dolina Cicha po słowackiej stronie.

Przed ostatnim odcinkiem. Tu zawróciła para, która nam towarzyszyła. Poruszali się sprawnie, ale nie mieli raków, odradziliśmy im powrót przez Zawrat było jednak zbyt późno i zbyt ślisko.

Podejście na sam szczyt biegnie od południa. Tu jest zbyt stromo i zbyt południowo żeby utrzymał się śnieg w takich warunkach. Wspinaczka po skałach w rakach jest pewnym ... zagadnieniem :). Propozycja Lukcia, że zaostrzy nam wszystkim zęby w rakach po powrocie została przyjęta ciepło.

I Świnica popołudniową porą. Trzeba schodzić, tak aby zejście z Liliowego rozpocząć jeszcze z jakąkolwiek widocznością.

Późna pora powrotu ma też swoje zalety. Zachodzące słońce stroi skały w ciepłe barwy.

Kolory coraz bardziej niezwykłe

Robi się chłodniej i trzeba się spieszyć.

No i na koniec, przed zejściem z grani ukazał się pejzaż zasługujący na nową tapetę na pulpicie. 

Zejście z Liliowego i później z Doliny Gasienicowej zaliczamy już po zmroku.

poniedziałek, 11 listopada 2013

Najwyższy szczyt Tatr Zachodnich 2248 m.n.p.m. Byliśmy tu przed rokiem, również jesienią, ale bez Andy`ego, dlatego kiedy padł pomysł wycieczki w dwuosobowym składzie przystałem na jego propozycję dalekiego marszu na ten położony po słowackiej stronie szczyt. W sobotę lało, także w niedzielę rano całą podróż do Kirów, do wylotu Doliny Kościeliskiej odbyliśmy w strugach deszczu. Ufając jednak dwóm sprawdzonym wielokrotnie serwisom pogodowym yr.no i meteo.pl poczekaliśmy od godz. 7 do 8 w samochodzie i poszliśmy. Była 10.30 - nieco późno, kiedy, po krótkim przystanku w schronisku na Hali Ornak, rozpoczęliśmy podejście.

Świeży opad śniegu leżał od 1200 m, ale zapowiadane przez norwegów z Meteorogilisk Institutt okno pogodowe stawało się faktem. Szliśmy w kierunku Przełęczy Iwaniackej, dalej przez Pasmo Ornaka i Siwą Przełęcz do Siwego Zwornika.

Powyżej Iwaniackiej kolejne dowody, że słusznie nie odpuściliśmy kiedy deszcz nie przestawał padać, a temperatura spadła do 1 st.

To już 1700 metrów, wchodzimy na Suchy Wierch Ornaczański. Cały czas wisi nad nami widmo załamania pogody zapowiedziane na godz. 17.

Pojawiają się - w oddali Błyszcz i Bystra. Za chwilę na ich zbocza nasuną się chmury, a u nas pojawią się pierwsze wątpliwości czy damy radę dzisiaj, tym bardziej, że robi się późno. Zapada decyzja, że idziemy do godz. 14, a jak będzie źle - wracamy. Chciałbym rozpocząć zejście z Ornaka najpóźniej o godz. 16, tak aby w ciemnościach iść już w lesie, gdzie ścieżka staje się bardziej płaska i znikają trudności techniczne.

Osiągamy Siwy Zwornik 1965 m.n.p.m. Rzut oka w lewo. Niestety szlak na widoczny na trzecim planie Błyszcz i Bystrą jest nieprzetarty. Na dodatek nie wziąłem rzadko używanych przeze mnie stuptutów, wiec spodziewam się, że nabiorę śniegu do butów. Andy toruje drogę, za nami, korzystając z przetartego szlaku, rusza czworo innych turystów - grupa, którą dogoniliśmy w okolicy Siwych Skał. Póki co pogoda jest dobra, nominalnie do szczytu godzina. Odejmując to, że zwykle idziemy o 30 % szybciej niż wskazówki na szlakach i dodając konieczność przecierania szlaku i świeży śnieg ta godzina jest realna. Będziemy o 14.30. Pół godziny później niż plan.

Blyszcz. W trakcie zimy to jedno z najbardziej lawinowych miejsc w Tatrach. Wczoraj śniegu było 20-30 cm, a w nawianych miejscach najwyżej po kolana więc zagrożenie było nikłe.

Na zboczach. Trawersujemy, Andy szuka śladów szlaku, ale większość czasu idziemy na intuicję. Przydają się raki, które założyliśmy przed podejściem. Śniegu mało,, ale na wszelki wypadek proszę ekipę, która podąża naszym tropem żeby utrzymywali odległość. Po co obciążać.

Andy toruje szlak

Wyżej i wyżej. Chmury jednak nadciągają. Trzeba się spieszyć.

Wreszcie jest szczyt... coś mi tu jednak nie pasuje. Wyciągam GPS, który pokazuje 2252 metry... to nie może być Błyszcz, który jest prawie 100 metrów niżej. No tak poszukując szlaku skróciliśmy drogę omijając ten polski szczyt. Jesteśmy na Bystrej... chyba. Analizując ślad z GPS domyślam się, że minęliśmy Błyszcz o około 40 metrów, a na Bystrej z kolei nie ma tabliczek z oznaczeniem. Pewni, że wyżej się nie da wejść zawracamy. Na szczycie wieje, jest 14.30 i pojawiają się chmury. Pogarsza się widoczność. Z lekkim niepokojem czy nie zasypało nam śladów schodzimy w dół.

Idzie sprawnie i szybko dochodzimy do grani i Siwego Zwornika. Korzystając z osłony skał urządzamy krótki popas. Okazało się, że ekipa, która szła za nami, a o którą trochę się martwiłem sprawnie do miejsca naszego postoju. Podziękowania dla Andy`ego za przecieranie śladu wyrażone 60 % absyntem. Rewanżujemy się herbatą i wiejemy w dół. Jest późno.

Na Siwej przełęczy rozstajemy się z tymczasowymi towarzyszami, którzy schodzą poprzez Dolinę Starorobociańską. Przed nami pasmo Ornaka. Z niepokojem znów patrzę na ścianę chmur, która zbliża się od południa.

Tymczasem na trawersie do Chochołowskiej akcja TOPR, desantowany jest ratownik, turyści z ramionami w literę Y wskazali miejsce. Nie wiemy co się dzieje, nie mamy też czasu na sprawdzanie *. Mamy jeszcze 700 metrów wysokości do wytracenia do schroniska. Ruszamy przez Ornak. Niestety przed właściwym szczytem coś mnie podkusiło żeby obejść szczyt letnim obejściem, gdzie zobaczyłem świeże ślady. Po pół godzinie tkwiliśmy w kosówce w świetle księżyca zastanawiając się czy na pewno dobrze idziemy. Skrótów mi się cholera zachciało! Dość już zmęczeni zmagaliśmy się ze świeżym śniegiem. Andy poprosił w końcu o wyciągnięcie GPS, powiedziałem ok, tylko stańmy te 3 metry dalej, bo akurat walczyłem z gałęziami kosówki, o które zaczepiły się moje raki... Andy zrobił te kilka kroków i ... stanął na szlaku. Uff.

W dół po kamieniach w świetle czołówek do Iwaniackiej, później lasem i o 19 byliśmy w schronisku. Tym razem wykorzystaliśmy w 100 % cały zapas czasu. 

* Suplement z 2013-11-12, wyjaśniający akcję widzianą z Siwej Przełęczy (źródło www.topr.pl):

"O godz. 15.38  powiadomiono ratowników, że podczas zejścia z Siwej Przeł. do Dol. Starej Roboty kontuzji doznała turystka. Wystartował śmigłowiec. Po desancie ratownicy udzielili rannej pierwszej pomocy. Następnie kobieta wraz z ratownikiem została windą wciągnięta na pokład będącego w zawisie śmigłowca i przetransportowana do szpitala."

Lista dostępnych szlaków turystycznych w polskich Tatrach, których nie zaliczyliśmy co najmniej raz jest bliska wyczerpania, a takich, które wiodą trudniej dostępnymi graniami jest zerowa. Przyszedł czas na ciekawe połączenia. Szpiglasowy Wierch jest szczytem łatwo dostępnym zarówno z Doliny 5 Stawów Polskich, jaki i od strony Morskiego Oka więc plan był taki żeby wejść od "piątki" a zejść do "moka" odwiedzając po drodze Wrota Chałubińskiego.

Pogoda - jak zwykle bliska doskonałości. Koniec października i niemal cały dzień spędzony w jednej cienkiej koszulce. Na ale najpierw podejście moją ulubioną, zwłaszcza zimą, Doliną Roztoki.

Na podejściu. Tę część wycieczek zazwyczaj znaczą spotkania, których katalizatorem jest w Andy. Tu doprowadził do łez ze śmiechu TOPRowców. 

Andy w oczekiwaniu na kolejkę, która zabierze go do do schroniska w D5SP.  Wyciąg techniczny z Doliny Roztoki w zimie podczas zjazdu na nartach to dobry punkt orientacyjny. Niestety dzisiaj trzeba dymać na nogach, jak zazwyczaj wybieramy szlak przez Siklawę, bo ładniej. 

Wielki, Mały i Przedni Staw. Trzy z pięciu widziane ze szlaku na Szpiglasowy Wierch. Turystów umiarkowana liczba. Jesień, więc mniej jest osób przypadkowych na szlakach, wędrówka jest bardziej płynna. Zasada lato w Tatrach po słowackiej stronie, jesień i zima u nas działa w 100 %. 

I wyżej. Jesień nie próżnuje dostarczając właściwych zestawień barw.

Zapraszam MisQ na herbatę. Jej przygotowanie to część porannych rytuałów. Zawsze tak samo - jeżeli jesień to wystarczy mały termos (0,5 l). Sparzyć wrzątkiem żeby herbata była długo gorąca, 6 łyżeczek cukru, torebka earl greya i cytryna. Te poranne mechaniczne zwyczaje odbywane o 4 rano przed wyjazdem sprawiają, że na cały dzień pakuję się w 30 minut łącznie z przygotowaniem jedzenia, nie zastanawiając się nad elementami wyposażenia. W zimie pakowanie jest bardziej staranne, o tej porze roku ewentualne braki w ekwipunku trudniej nadrobić, a skutki zapominalstwa są zdecydowanie bardziej dolegliwe.

Andy oddalił się po grani, a MisQ zrobił mu zdjęcie z malowniczą panoramą Tatr Zachodnich w tle.

Co jest po drugiej stronie. Podejmujemy próbę uderzenia na Wrota Chałubińskiego nieco inną ścieżką. Śliskie trawy, narastająca stromizna i brak pewności co do przebiegu właściwej drogi powoduje, że po przejściu połowy drogi decydujemy się zawrócić i zejść ceprostradą do Morskiego Oka. Zgodnie z oczekiwaniami przy schronisku jesteśmy niemal sami, co pozwala podziwiać kontury Wysokich Tatr odcinające się od rozświetlonego gwiazdami i poświatą księżyca nieba.

Ostatni popas nad Morskim Okiem, jeszcze tylko 9 km i parking w Palenicy. Foty MisQ

piątek, 01 listopada 2013

Lukcio rzekł tydzień wcześniej. „Śnieg zszedł - można wrócić do tematu ataku na Chłopka”. No to wróciliśmy. Mięguszowiecka Przełęcz pod Chłopkiem, Przełęcz pod Chłopkiem uchodzi za trudny szlak, być może ale to jednak wytyczony szlak turystyczny, nie droga taternicka więc poszliśmy. Po raz pierwszy w tym sezonie raki w plecaku, bo to jednak październik, a kamery TOPR udowadniały, że wyżej temperatura nie rośnie znacząco powyżej zera, na początek największe wyzwanie mentalne tej wycieczki – 9 kilometrowy asfalt do Morskiego Oka. Na szczęście jest już po sezonie i nie ma tłumów. 

To jest słynna „graniówka” mapa Tatr, którą rozumie tylko autor i Andy.


MisQ wykonuje zdjęcia podwodne przy pomocy swojej kamery, a Mnich (pomiędzy konarami) przegląda się w Morskim Oku.

Księżulo nad Mięguszami.

 

Już na 1800 m pojawiają się pierwsze zlodzenia i pierwsze wątpliwości

Idziemy jednak wyżej zgodnie ze stosowaną zasadą. Idziemy, a jak będzie źle do się zobaczy. Spotykamy kolejne wycofujące się ekipy. Podobno wyżej jest jeszcze więcej lodu.

Stawiając stopę warto jest zapewnić sobie chociaż jeden pewny punkt podparcia.

"Oczy Boga" tak skomentowała to zdjęcie znajoma graficzka

Pod Kazalnicą zostajemy sami, reszta ekip już się wycofała. Problemem nie jest wspinaczka. Przewidujemy problemy na zejściu, kiedy trudno o chociaż jeden pewny, pozbawiony lodu chwyt. Kiedy uznajemy, że upadek nie skończy się tylko obiciem twarzy i złamaniami lecz będzie ostatnim upadkiem decydujemy o odwrocie.

Pamiątkowe zdjęcie pod Kazalnicą i zasuwamy z powrotem.

Pozowanie nad Czarnym Stawem pod Rysami. Niestety chwilę później się stało...

MisQ tak to opisał: "To było ostatnie zdjęcie mojego aparatu Canon PowerShot SX 240 HS.Niestety chwilę później upadł tak tragicznie, że zmarł na miejscu [']Panie świeć nad Jego matrycą! Bo dobry "chłopak" był i przez ciut ponad rok robił nam bardzo fajne focie ;(Najlepsza Grópa Gurska pogrążona w głębokim smutku będzie Cię pamiętać zawsze, przy każdym wyjściu w Horki!Paaaaaa..."

No. To mamy na sumieniu już drugi aparat.

czwartek, 31 października 2013

Trasa: Dolina Chochołowska - Wołowiec - Jarząbczy Wierch - Trzydniowiański Wierch - Dolina Chochołowska

Moje zadziwienie Tatrami Zachodnimi trwa. Wysokie są cudne, efektowne, strzeliste, ale im dłużej chodzę po górach tym bardziej doceniam potęgę spokoju i przestrzeni Tatr Zachodnich. To trochę tak jak w relacjach między ludźmi. Jest okres burzy i naporu, wysokich emocji i zachwytów tym co wyraźne i jednoznaczne, później można dostrzec niuanse, półcienie, siłę w stabilności i spokoju, bez wybryków, strzelistych Mnichów, niedostępnych Zamarłych Turni czy nieosiągalnych (prawie) progów Kazalnicy. W to miejsce Wołowiec kusi niezmiennością i spokojną potęgą. Oczywiście niech nas nie zwiedzie ten spokój. Zima, mgła, wiatr, załamanie pogody, lekceważenie i objawia się alter ego.

Ale nie tym razem.

Tym razem w Dolinie Chochołowskiej przywitała nas...

...przyroda bardzo ożywiona.

Rude trawy to nie trawy a tzw. sit skucina (Juncus trifidus) wyłaniają się zza drzew. Idzie jesień, jeszcze tydzień temu leżał tu śnieg, teraz mamy jesień.

W krzakach

W stronę Wołowca. Tak się zastanawiam. Na te dziesiątki wyjść w Tatry złą pogodę mieliśmy może 2, może 3 razy. Obawiam się, że jak nam się nazbiera to w wykopanej jamie śnieżnej spędzimy dwa tygodnie.

 

Wołowiec, popas. MisQ (jak widać) oraz Andy, PePe, Lukcio i ja

Andy w poszukiwaniu transcendencji  tym razem zwrócił się do ekspertów/ek.

PePe jest aktualnie fit i żeby to udowodnić rozpoczął bieg na, ale... zrezygnował, czym zyskał wsparcie reszty ekipy

Andy i Jarząbczy, całkiem zacny. I Andy i Jarząbczy.

Czas ruszać w drogę powrotną.

W stronę Ornaku. Autorem scenografii niezmiennie w tym miejscu jest stwórca, orogeneza alpejska (późna kreda), sit skucina, kosówka i własna wyobraźnia.

Fotki MisQ.

niedziela, 29 września 2013

Wycieczka na Sławskowski Szczyt. Tym razem ekpię stanowily Ania i Kasia, MisQ i ja. Nie miała to być wymagając.a wycieczka i tak też było. Sławkowski jest położony na południowym skraju Tatr i przez cały dzień towarzyszy tu panorama doliny Popradu.

W górach zwiastuny jesieni.


 Dziewczyny napierają, a w tle krajobraz po huraganie Kalamita z 2007 roku. 

Popasy są równie istotną częścią wycieczek jak napieranie w górę

Wydawało mi się, że jest tu szlak w stroną Velkej Studenej Doliny (Dolina Staroleśna). Wydawało mi się.

Wspólnie na szczycie.

I z MisQ.

Jaskółka uwolniona. Patrz

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Wycieczka integracyjna z Maćkiem, osobistym synem J.  Rzetelnie weszliśmy na Kozi Wierch i z niego zeszliśmy, po drodze rozsądnie porzucając myśl o drodze Orlą w Stronę Krzyżnego. Było za późno (g. 12.00), za mało picia. Jak wiadomo głównym problemem na tym szlaku jest to, że nie ma gdzie zatankować. Lato w polskich Tatrach jest dużym wyzwaniem. 10 minutowy ogonek do kasy do TPN i sznur wozów wiozących turystów do Morskiego Oka. Narzekanie na tłok jest banalne, na szczęście było wiadomo, że im wyżej tym mniej ludzi. Tak też było.

Młody nie bywały w Tatrach. Na początku wycieczki szedł dość spokojnie i zastanawiałem się czy kondycyjnie podoła, ale na stromym progu ponad Wielką Siklawą wyrwał do przodu i musiał na mnie czekać. Tak było aż do szczytu. Na Kozim sporo turystów, jeszcze nie tłum, ale gęstniało.

Mała przygoda z kostką Juniora na zejściu skończyła się opaską uciskową i ibupromem, chociaż widząc i słysząc co mówi po tym jak źle postawił stopę obawiałem się czy nie trzeba będzie interwencji (stało się to na około 2 000 m.n.p.m, na dość stromym odcinku). Okazało się jednak, że to tylko naciągnięcie więzadeł, które po wielu przygodach w grawitacyjnym używaniu roweru nie są już tak stabilne. Kilka godzin później zbiegaliśmy po kamieniach Doliną Roztoki.

Fajna wycieczka z synem, do zapamiętania.

Ps. Jak już tak się naprzewodnikowałem Maćkowi, tak na brzegu Wielkiego Stawu chciałem sobie umyć twarz, oddaliłem się dziarsko wkraczając na śliskie kamienie. Kiedy się gramoliłem z wody, gdzie upadłem na plecy młody nadszedł ścieżką i powiedział... No tak, zostawić Cię na chwilę.

środa, 07 sierpnia 2013

Szczyrbskie Jezioro - Popradzkie Jezioro - Rozejście pod Żabim Potokiem - Hińczowy Staw - Koprowy Wierch - Hlińska Dolina - Ciemne Smreczyny - Kobyla Dolina - Zawory - Walentkowa Dolina - Liliowe - Kasprowy Wierch - Myślenickie Turnie – Kuźnice

Dłuuuga trasa 30 km i 2200 m przewyższeń.

Przejście ze słowackiej strony na polską to był zawsze zamysł do zrealizowania. Mógł się udać pod jednym warunkiem – transport. Zostawić samochód na Słowacji i wrócić, czy lepiej pojechać autobusem. Ani jedna opcja, ani druga, w perspektywie całodziennego marszu nie wydawała się szczególnie atrakcyjna. Znalazł się jednak w końcu kierowca - zaprzyjaźniony „Kot”, który zabrał samochód ze Słowacji i podstawił go do Zakopanego.

Andy zaproponował, można było iść.

Pogoda była niepewna. Chłopaki 2 tygodnie wcześniej wycofali się z trasy z powodu ulewy, dlatego mieli sporą determinację żeby iść. Mnie się nie podobały ani chmury, ani mżawka, no ale zwyciężył pogląd – nie marudzimy, idziemy, jak będzie bardzo źle to wracamy. Dotąd taka taktyka się sprawdzała.

Przy Hińczowym Stawie zasiedliśmy na popas. Andy zauroczył angielską wycieczkę, a my z ciekawością obserwowaliśmy wyłaniający się z kosodrzewiny kształt. Coraz bardziej znajomy. Nie kto inny, tylko Wojtek z którym przed dwoma tygodniami byliśmy na Krywaniu. Po wymianie serdeczności („Nie po to człowiek idzie sam w góry żeby napotkać tę  bandę”, „Nigdzie spokoju” etc) poszliśmy razem na Koprowy Wierch. Pomysł żeby ruszyć na Polska stronę Wojtek przyjął sceptycznie, wskazując na dzielące nas jeszcze kilometry.


Krywań z Koprowym się nie zejdzie, a Wojtek tak

Ponieważ poruszam się ostatnio po górach w tempie i stylu wytrwałego zombie z filmów klasy „B” propozycja Wojtka żeby z nim wrócić wydawała się kusząca. No, ale jak zwykle nie skorzystałem. To nie był mój dzień… niestety tak nie mogę napisać. To nie jest mój miesiąc, kwartał i rok. Słaby jestem okrutnie i wlokłem się noga za nogą skracając czas odpoczynku.


Z Koprowego Wierchu 2363 widok na Vyzne i Nizne Temnosmercanskie stawy. 

Hlińska, jej mać, Dolina ciągnęła się w nieskończoność, co gorsza opadając w dół. Traciliśmy wysokość 1700m, 1600m… i tak do 1400 m, powrót oznaczał ponowną wspinaczkę na 2000 m. 

Piękna przełęcz Zawory (na zdjęciu wyżej) i zielone hale wynagrodziły trudy, no trochę wynagrodziły. Jednak tajemniczy stary zielony szlak to było to. Wydarzenie dnia. Zamierzaliśmy dotrzeć nim na Liliowe. Niezrozumiałe dlaczego  ten szlak, biegnący trawersem nad Doliną Cichą jest oficjalnie zamknięty. To jedno z piękniejszych miejsc w Tatrach.

Gdzieś pomiędzy Zavorami a Liliowym

Andy poratował batonikiem i jakoś krok po kroku udało mi się doczłapać najpierw do skrytej w chmurze Przełęczy Liliowe, a później na Kasprowy. Była godz. 19, ruszyliśmy 11 godzin wcześniej.


Zachód słońca, bajeczne cienie Giewontu, drapiącego podstawę chmury i płonące czerwonym światłem trawy. Tatry jak zwykle na koniec dnia dały popis możliwości.


I znów nostalgicznie, tym razem na zejściu do Myślenickich Turni.

wtorek, 30 lipca 2013

Trzy Źródła (Tri Studnicky) - Gronikowy Żleb - Gronik - NIżnia Przechyba - Rozejście pod Krivaniem - Krywań - Pawłowy Grzbiet - Rozejście przy Jamskim Jeziorze - Jamy - Pavlova Polana - Tri Studnicky

Krywań nie zostanie moją górą zachwytu. Święta i narodowa góra Słowaków. Kiedyś uważana za najwyższą w Tatrach. Rzeczywiście od polskiej strony masyw wygląda imponująco, od Słowackiej  tak jak niżej, nie polubiłem jednak Krywania (z wzajemnością), a i wycieczka byłą nader leniwa. To i owo zapamiętam.

Np. wyboistą ścieżkę . W oddali święty masyw. 

Symbol niepodległej Słowacji na szczycie.

Andy na szczycie rozglądnął się i odpłynął...

Mnie MisQ dokarmiał czekoladą, ale po chwili...

...dołączyłem do Andy`ego. Lukcio się trzyma (ledwie? jeszcze?)

Niebawem polegli i MisQ i Wojtek, którym również...

...udzielił się stan bezbrzeżnego zachwytu urokami Krywania.

niedziela, 30 grudnia 2012

Dolina Chochołowska – Dolina Starorobociańska – Siwa Przełęcz – Przełęcz Zwornik – Błyszcz – Bystra i z powrotem. (track gps)

Jeśli w naszych planach któryś z planów… był najczęściej nierealizowany to właśnie wycieczka na te dwa szczyty Tatr Zachodnich. Po pierwsze daleko, po drugie trzeba przejść nudną Chochołowską, po trzecie pogoda i warunki lawinowe. Tym razem byliśmy głodni żeby wreszcie gdzieś dojść, bo ostatnie wyjścia to porażki, porażki w znaczeniu nie osiągania celów topograficznych. W górach jest zawsze fajnie, ale miło też jest w końcu coś zaliczyć. Nie wychodziło nam to. Dość powiedzieć, że dwa tygodnie temu wyszliśmy w Zachodnie, ale z powodu warunków śniegowych i lawinowych skończyliśmy w schronisku w Dolinie Chochołowskiej. Wyjście nawet nie warte wspominania na blogu, do tego trzeba dołożyć poprzednie nieudane wyjście na Szpiglasowy Wierch (choć wycieczka fajna).

Termometr w  Nowym Targu pokazywał – 13,5 st. TOPR obniżył stopień zagrożenia lawinowego do 1. Należało tylko uważać na nawiane poduchy. Tego dnia ekipa to Alina, Lukcio, MisQ i ja. Niestety nie było z nami Andy`ego, który zaproponował i zawsze najbardziej parł na ten cel wycieczki.

Lukcio przy szałasie w Dolinie Chochołowskiej

Chochołowska poszła dość szybko, później Dolina Starorobociańska. Rzadka okazja żeby w zimie przejść ten zagrożony lawinami teren.

U wylotu Doliny Starorobociańskiej, wchodzimy w góry

Serwisy pogodowe nie były zgodne co do prognozy na ten dzień, jednak kiedy opuściliśmy las ukazało się czyste niebo, a więc była szansa, że meteo.icm.edu.pl przewidział słusznie, że cały dzień to mróz, bezchmurne niebo i umiarkowany wiatr. Czego chcieć więcej.

Majestatyczny Starorobociański Wierch 2176

Przed podejściem żlebem zakładamy raki. Czeka nas trawers do Siwej Przełęczy, lepiej mieć pewne oparcie na stopy. Alina ma nowe buty. To zupełnie inna jakość. Ostatnie dwa wyjścia z dużą obawą patrzyliśmy na to jak się słabo trzymają jej podeszwy na podejściu i zejściu i co chwilę zalicza niekontrolowane uślizgi. Tym razem idzie sprawnie. Lukcio nadaje tempo, bo trzeba się spieszyć, dlatego nie marudzimy zanadto podczas postojów.

Siwa Przełęcz, później przesmyk do Przełęczy Zwornik i widzimy masyw Błyszcza (2 159 m.n.p.m) i Bystrej (2 248 m.n.p.m) w całej okazałości.

Widok na Przełęczy Zwornik. Jakiś zespół zmierza na Starorobociański, nasz cel jest za plecami autora tej fotografii (MisQ)

A to właśnie Błyszcz i Bystra. Alina i Lukcio czekają na MisQ i na mnie.

Zaczyna mocno wiać. Na trawersach kije troczę do plecaka, tu lepiej mieć w dłoni czekan. Niby dość szeroko, ale jakoś pewniej się czuję wiedząc, że w razie czego można próbować hamować. Raki są moim dobrym przyjacielem, szczególnie na wąskich oblodzonych przesmykach, ale mają jedną nieprzyjemną cechę – jeśli postawić zbyt wąsko stopę mogą się wbić w nogawkę lub stuptuta. Wtedy upadek gwarantowany.

Regularna pokrywa śniegu jest bardzo cienka jak na koniec grudnia. Zmrożona lodoszreń daje dobre oparcie dla kolców raków

Pod czujnym spojrzeniami stadka kozic zdobywamy wysokość. Na górnym zdjęciu w znacznym zbliżeniu. Na dolnym wyłaniają się zza grani po prawej.

Turystów niewielu. Jest dość późno dlatego cały czas napieramy.  Błyszcz osiągamy o 13.30, stąd 15 minut na Bystrą. To już Słowacja. Idziemy choć oficjalnie ten szlak jest zamknięty zgodnie z regułą południowych braci, którzy zamykają szlaki powyżej schronisk na cały okres zimowy. Być tu jednak a nie wejść na Bystrą? No Way.

Pomiędzy Błyszczem a Bystrą. Na pierwszy szczyt docieramy po kilkunastu minutach.


Na szczycie jesteśmy sami. Tam kilka pamiątkowych zdjęć. Tu np. z cyklu "a teraz pokazujemy"

Wspólna focia

Zakładamy stuptuty, bo nawiany śnieg staje się dość głęboki i zdarza się nabrać go do cholewek. Przydadzą się dodatkowe warstwy ubrań przeciwwiatrowych i schodzimy w dół.

Wskazane jest o 15.30 być na Siwej Przełęczy, a około 16 osiągnąć granicę kosówki. Lasem można iść już w zupełnych ciemnościach, ale lepiej nie schodzić w świetle czołówek. Czuję jak zbliżają się kurcze. Sportowa bezczynność daje o sobie znać.

Wiatr rzeźbi charakterystyczne dla Zachodnich Tatr nawisy. To między innymi dzięki takim formacjom śnieżnym ten rejon Tatr jest uważany za bardzo narażony na zejście lawin, choć z daleka łagodne czapy nie wyglądają groźnie.

MisQ robi zdjęcie ekipie przygotowującej się do nielegalnego biwaku na Przełęczy Zwornik. MisQ dokumentuje wszystko co się dzieje wokół bardzo dokładnie. Z każdej wycieczki mamy od 350 do 600 zdjęć. Biwakowicze stali się przypadkowym celem, na tych samych zasadach co kozice. Jednak niezadowoleni pokrzykują do nas żeby zaprzestać tej sesji, machamy ręką i schodzimy w dół.

 

I jeszcze jedna focia, tym razem na Siwej Przełęczy z masywem Błyszcza i Bystrej w tle.

Zostaję nieco z tyłu, zatrzymując się co rusz żeby pooglądać spektakl zachodu słońca. Śnieg, który rano jarzył się seledynowo-niebieskim światłem teraz tonie w różowej poświacie.

Chłopaki i Alina odchodzą do przodu. Kiedy osiągam granicę lasu robi się zupełnie ciemno. Nie wyciągam czołówki, stawiając na nastrojowy spacer po zmroku, jednak po ciemku mijam skrzyżowanie szlaku z drogą techniczną. Po kilkuset metrach orientuję się, że nie idę drogą którą podeszliśmy, ale GPS pokazuje niezbicie, że szlak biegnie równolegle do technicznej drogi, którą przemierzam i że spotka się z nią w Dolinie Chochołowskiej. Nie chce mi się wracać. Problem pojawia się w Dolinie. Wyciągam telefon żeby zadzwonić do Chłopaków, bo obawiam się, że czekają gdzieś na mnie w lesie. Niestety nie ma zasięgu. Zaczepiam jakąś ekipę w nadziei, że w ich sieci jest sygnał. – Tu niedaleko masz schronisko – informuje jedna turystek. – Wiem gdzie jestem, niestety nie wiem gdzie są moi – odpowiadam ze śmiechem. Gdybym gubił się w Chochołowskiej nie powinienem opuszczać parkingu.

Na szczęście z lasu wyłania się lampka. MisQ. To dobrze, bo zastanawiałem się nad powrotem do lasu. Nie było to miłe, bo w nogach miałem ponad 20 km. (w sumie wyszło 25,2 km).

Krótki popas w szałasie, kilka zdjęć i zachwyty nad pełnią księżyca i docieramy do samochodu.

Na ten wyjazd umówieni byliśmy z Moniką i Szymkiem już w sierpniu podczas wspólnego wypadu na Orlą Perć. Chciałem żeby zobaczyli wysokie góry zimą no i żebyśmy pobyli razem. Pogoda zapowiadała się taka sobie. Serwisy, które sprawdzam przed wyjściem w góry mówiły o zachmurzeniu i wietrze od 40 km/h, tylko ICM podawał, że wiatr w porywach do 108 km. Dziwna prognoza.

Celem maksimum był Kozi Wierch, nie zdecydowałem się na rozważany wcześniej Szpiglasowy Wierch ze względu na północną wystawę żlebu biegnącego do przełęczy. Przez ostatnie 3 dni wiały wiatry południowo-wschodnie, więc należało się spodziewać sporych depozytów śniegu, tym bardziej, że TOPR utrzymywał lawinową 2 przez ostatnie dwa tygodnie. Dziwny ten grudzień. Niby śniegu niewiele, a już trzy ofiary lawin w Tatrach. To smutne potwierdzenie teorii, że podstawowym czynnikiem kształtującym zagrożenie jest wiatr przenoszący śnieg z miejsca na miejsce, usypujący niestabilne warstwy na starszej pokrywie.

No więc idziemy ceprostradą rozważając kto jest ceprem, a kto nie i wchodzimy w Dolinę Roztoki. Zgodnie z moim przewidywaniem jest ślisko. Zwłaszcza pierwsze metry to czepianie się gałęzi, szukanie oparcia na pojedynczych kamieniach wystających spod lodu. Dalej jest już znacznie lepiej. Po wyjściu z lasu zakładamy raki.

Na podejściu do "Piątki"

Idziemy przez Siklawę. Szlak zamknięty zimą, głównie z powodu lawiniastości Litworowego Żlebu. Nie spodziewam się dzisiaj tam zagrożenia, a chciałem pokazać moim towarzyszom lodospad. Rzeczywiście śniegu niewiele, lawiniaste miejsce jest go właściwie pozbawione bez trudu więc docieramy najpierw do Siklawy, a później do progu Doliny Pięciu Stawów Polskich i tam okazało się o co chodzi z tymi porywami do 108 km/h. Kryształki śniegu wbijały się w twarz. Wiatr zasypywał ślady w kilka minut. Góry zimą pokazały jakie potrafią być srogie.

Trzeba było się chronić przed wiatrem

Ruszyliśmy więc realizować plan optimum, czyli Pustą Dolinkę. Im wyżej, tym śniegu więcej, wiatr mocniejszy. Momentami przebieg szlaku musiałem ustalać przy pomocy GPS-a, pomimo, że szedłem tamtędy wielokrotnie, a szlak poprowadzono w oczywisty sposób. Spotkaliśmy ekipę, która bezskutecznie próbowała osiągnąć Zawrat, łatwym przecież od strony D5SP szlakiem. Zawrócili, kiedy wiatr zrzucił ze szlaku jednego z chłopaków. Krótkie konsylium i decyzja - nie idzemy dalej. Cel główny został osiągnięty góry zimą zaprezentowały się godnie

Pamiątkowe fotki. Pomimo odwrotu wycieczka udana. Będzie co wspominać, a w końcu w życiu pracuje się tylko na fajne wspomnienia :)

Zawróciliśmy więc do schroniska i tym razem przykładnie i grzecznie zeszliśmy zimowym wariantem do Doliny Roztoki i do Palenicy Białczańskiej.

wtorek, 04 grudnia 2012

Pogoda zapowiadała się taka sobie więc obraliśmy cel Szpiglasowy Wierch. Wyższe góry, ale wycieczka niezbyt odległa. Lubię i Dolinę Roztoki i Dolinę 5 Stawów Polskich więc była perspektywa na fajny dzień. Szczerze mówiąc mnie się podoba w Tatrach kiedy pogoda jest jak żyleta, ale także wtedy kiedy nie widać na krok, a śnieg sypie mocno. Tym razem poszliśmy w zestawie Alina, Lukcio i MisQ. PePe, który poprzedniego dnia spacerował z synem w okolicach Gąsienicowej mówił, że jest chmura i kilka centymetrów śniegu. Takie też warunki zastaliśmy nas na szlaku.

Tatry przyprószone. Wygląda zimowo, ale bliżej temu warstewce cukru pudru na pączku niż pokrywie na torcie śmietanowym.

Po wejściu do lasu w Dolinie Roztoki spotkałem turystę. Szedł z Gąsienicowej przez Przełęcz Krzyżne. Zainteresowany tym, że z pasją fotografuje drzewa zagadnąłem. Okazało się, że człowiek-leśnik. Fotografował liszaje na świerkach wywołane przez kornika. Wdaliśmy się w dłuższą pogawędkę. O wpływie monokultury i obniżenia poziomu wód gruntowych na zniszczenia drzewostanu w górach. Esencją jest taka teza: niski poziom wód gruntowych (zjawisko charakterystyczne dla całej Polski) ma największy wpływ na świerki. Ich system korzeniowy jest płytki, rozgałęziony, więc przy obniżeniu lustra wód gruntowych są permanentnie zbyt słabo nawodnione ergo nie mogą transportować w górę wody i produkować żywicy do zasklepiania otworów wykonywanych przez owady. Takie osłabienie powoduje, że drzewo jest nieodporne na silne podmuchy. To tłumaczy działanie Kalamity po Słowackiej stronie.

Kolejny test zdigitalizowanych informacji o Tatrzańskim Parku Narodowym

W Dolinie Roztoki. Pokazuję MisQ poziom śniegu z kwietnia 2012 roku. Siedzieliśmy tu z PePe jedząc kanapki, a czubek tego słupka kierunkowego wyłaniał się z zagłębienia poniżej poziomu naszych stóp.

Przed południem przejrzystość w Dolinie Roztoki była zachęcająca.

Siklawa. Jeszcze ładniejsza wczesną jesienią. Za miesiąc zmieni się w lodospad i zniknie pod pokrywą śniegu.

Tym razem nie było potrzeby ubierania raków na podejściu.

Krótko po 13 na Dolinę nasunęła się chmura. Wielki Staw.

Na rozstaju szlaków. Po wykonaniu tego zdjęcia ruszyliśmy w stronę Szpiglasowego Wierchu. Niestety dość szybko trzeba było zawrócić. Podeszwa w butach Aliny już podczas wycieczki na Rysy zachowywała się zdradliwie. Jeden krok przy przekraczaniu potoku okazał się brzemienny w skutkach. Wyciągnęliśmy mokrą koleżankę i biegiem do Schroniska. Podróż w górę przy temperaturze -2 st. C nie była możliwa.

Suszenie ciuchów w najfajniejszym moim zdaniem schronisku w polskich Tatrach.

Nie ryzykujemy. Wiadomo, że na tej podeszwie nie można polegać. MisQ pomaga Alinie założyć raki przed zejściem do Doliny Roztoki. 

W dół. Po lewej Litworowy Żleb. Zapewne w tym roku znów do zjechania na skiturach.

Już po zmroku, ku radości Aliny osiągamy asfalt. Alina rusza w dół, na wszelki wypadek wyposażona przez MisQ w lampkę. Poświata przed nią to snop rzucany przez latarkę MisQ. Wycieczka pod znakiem: lepiej zaliczyć mądry wycof niż głupio utknąć na szczycie. Za dwa tygodnie znów tu będziemy :)

piątek, 23 listopada 2012

Dziwne, ale pomimo intensywnej eksploracji Tatr nie mieliśmy na rozkładzie dotąd Rysów. W czerwcu zaliczyliśmy wycof z powodu niebezpiecznych warunków - twardej skorupy śniegu, w sezonie letnim nie mieliśmy ochoty na zmierzanie w sznurze turystów. Stąd listopad, który przy zachowaniu ostrożności i odpowiednim przygotowaniu, jest świetnym miesiącem na górskie wędrówki.

Tym razem towarzyszyła nam Alina. Było trochę pytań w samochodzie, czy Alina chodzi po górach i czy jest przygotowana do zimowych warunków, ale po pierwszych słowach wiadomo, że nie odstaje doświadczeniem zimowym, o ile nas nie przewyższa.

Ceprostrada, zgodnie z listopadowym zwyczajem, prawie pusta. Spodziewamy się leżącego śniegu, niskiego pułapu chmur i porywistego wiatru, tak też byliśmy wyposażeni - kurtki, raki, czekany.
TPN podarował nam świąteczny prezent - wejście za free. 

Z Lukciem oglądamy słupek drogowskazowy. Od tego sezonu takie punkty wyposażone są w chipy oparte o technologię NFC. Nowsze smartfony (mój niestety nie) potrafią się przy pomocy aplikacji TatryInfo skomunikować z chipem, a posiadacz otrzymuje informacje o aktualnym położeniu, warunkach i pogodzie oraz o szacie roślinnej i ciekawych miejscach w pobliżu. 21 wiek mocno wkroczył w sposoby eksploracji gór.


Ekipa w komplecie. Tradycyjny popas w Dolinie Roztoki.


Od rana towarzyszą nam takie atrakcyjne ptaki. Kompromitujemy się ornitologiczicznie nazywając zwierzę dzięciołem i zimorodkiem. Google, któremu wrzuciłem do wyszukiwarki grafiki tego stwora znalazł co najmniej 3 bliźniaczo podobne zdjęcia - na jednym był żaglowiec, na drugim foka, a na trzecim rekin. Pomimo, że jestem ignorantem w zakresie awifauny to żadna z powyższych teorii nie wydawała mi się prawdopodobna. 

Okazało się, że to Orzechówka (Nucifraga caryocatactes), z rodziny krukowatych, która występuje w Polsce tylko na tym terenie, a dzięki ochronie na terenie parku narodowego oraz żerowisku jakim są odpadki po turystach, można ją obserwować z wyjątkowo bliska


Nudny asfalt do Morskiego Oka to niewielka cena jaką się płaci za możliwość dotarcia do stóp wyniosłych Mięguszów. 

Śnieg w okolicach Buli pod Rysami jest plastyczny. Da się korzystać z wybitych stopni, lub kształtować własne. Na około 2000 m.n.p.m decydujemy się założyć raki, a kijki zastąpić czekanami.

Andy i MsiQ trochę chojraczą i odmawiają założenia raków. Andy podejmuje w końcu tę rozsądną decyzję u wylotu zimowego szlaku na Rysy - żlebu zwanego Rysą, ale MisQ zakłada raki dopiero na przełęczy pod Rysami, kiedy już wszyscy członkowie ekipy burczą na niego głośno, grożąc, że dalej z nim nie idą.

A taki widoczek zobaczyliśmy na wysokości około 2 100 m. Dwóch młodych ludzi siedziało patrząc w dół i zastanawiając się jak zejść. MisQ podszedł do jednego z nich i powiedział - Hej, pozwolisz, że zrobię zdjęcie Twoich butów. Miał nosa. Kiedy ruszyliśmy w górę spotkaliśmy w żlebie wycofująca się ekipę. Napotkali na oblodzony próg i zdecydowali się nie ryzykować. Wieczorem kiedy znów zobaczyliśmy ich na asfalcie do Palenicy poinformowali, że jeden z właścicieli powyższych, pięknych adidasów poleciał w dół, na szczęście po 50 metrach zsuwu, tuż przed kamiennym progiem zatrzymał się na miękkim śniegu. "Mam nadzieję, że po tej lekcji już nie wrócą w Tatry w takim obuwiu" podpisał MisQ zdjęcie w swoim albumie.

To dość drastyczne zdjęcie. Ślady tej krwi wytłumaczy lepiej wycinek z kroniki TOPR: "8.11 Czwartek. O godz. 6:40 rano na plac przed schroniskiem nad Morskim Okiem, doczołgał się z otwartym złamaniem stawu skokowego niemiecki turysta. Geneza tego wypadku jest dość kuriozalna i mogła by stanowić scenariusz do niejednego filmu. Dzień wcześniej 32-letni Niemiec samotnie wybrał się na wycieczkę na Rysy. Ok. 15 dotarł w rejon przeł. pod Rysami, tam zorientował się ,że zgubił drogę. Logicznie rozumując zaczął schodzić po swoich śladach. Podczas zejścia pękła pod nim lodowa płyta wytrącając go z równowagi i doprowadzając do 30 metrowego upadku. Zatrzymał się cudem zahaczając rakiem o wystające fragmenty podłoża. Koszt feralnego upadku to otwarte zwichnięcie stawu skokowego z kością, która przebiła solidnego zimowego buta. Niemiec nie posiadał ze sobą tel. komórkowego, co gorsza nie poinformował nikogo o swoich planach i godzinie powrotu!!! Nikt tez nie słyszał jego wołania o pomoc.  Zdając sobie sprawę ze swojego marnego położenia postanowił walczyć o swoje życie. Podpierając się na zdrowej nodze krok po kroku po 16-tu godzinach dotarł nad M.Oko. tam został zauważony przez pracownika schroniska, który powiadomił TOPR."

Nieszczęsny turysta był wyczerpany, ale w stanie dość dobrym.

W żlebie rzeczywiście robi się stromo

I lodowo. MisQ przywiązał się do swojej dziaby.

W końcu docieramy na szczyt. Wieje okrutnie, jest późno więc zamiast tradycyjnego popasu wspólne szybkie zdjęcie i wiejemy na dół. 

Chmury poruszają się prędkością ekspresu. Trochę obawiam się drogi powrotnej ze względu na nastromienie.



Za radą innej ekipy wybieramy zejście szlakiem letnim. Asekuracja łańcuchem i czekanem sprawia, że najbardziej stromy fragment pokonujemy z uśmiechem na ustach. Popełniam jeden błąd zaczepiając rakiem o rak i padam na plecy i plecak. Dobrze, że w na małą półkę. Upadek kończy się śmiechem, ale poważna mina MisQ przypomina, że nie wolno ani na chwilę się zdekoncentrować.

Andy pokonuje kamień, bezpiecznie zsuwamy się na dół. Nogi bolą mnie okrutnie. W ciągu dnia wykonaliśmy 1800 m przewyższeń, do tego to napięcie przy schodzeniu stromym zboczem. Zaczynam sobie wyobrażać co przeżył pechowy turysta z Niemiec.

Zgodnie z planem o godz. 16 jesteśmy nad Czarnym Stawem pod Rysami. Tak miało być - o zmierzchu w łatwym technicznie terenie. Kolejna udana wycieczka, tym razem sporo adrenaliny kosztowało nas wejście Rysą, tym większa frajda na dole. Zima to jest to.

Foty MisQ, ze dwie moje 

niedziela, 28 października 2012

Fantastyczna pogoda, temperatura w górach powyżej 20 st. Wykorzystaliśmy ją. Strbskie Pleo-Dolina Młynicka-Furkotny Szczyt-Hruby Wierch-Bysty Przehod-Dolina Furkocka-Strbskie Pleso

Tu się kończą Taty (Tatry Bielskie). O 6.30 omijamy je od wschodu Zdziarską Doliną w rdzawej poświacie. Hawrań i Płaczliwa Skała.

Jesień. Modrzewie płoną w Młynickiej Dolinie.

Wodospad Skok. Porównując Tatry Słowackie z naszymi, w konkurencji wodospadów i innych widowiskowych cieków przegrywamy z kretesem.

Tablica upamiętniająca wypadek śmigłowca Horskiej Zahrannej Służby. 25 czerwca 1979 roku zespół ruszył na pomoc turystce z NRD, która  poślizgnęla się płacie śniegu pod Bystrym Przehodem. Pilot zbliżył zanadto swoje MI-8 do progu skalnego i zahaczył łopatami. Maszyna spadła i eksplodowała. Na miejscu zginęło 6 osób, 7 zmarła w szpitalu. Turystka zeszła z gór bezpiecznie, o własnych siłach.

Na skałach, o które rozbiła się maszyna, pozostawiono jej szczątki. Porozdzierane blachy poszycia, akcesoria i osprzęt przemawiają mocniej niż jakikolwiek opis.

MisQ przybrał barwy jesienne. Staw nad Skokiem.

Lukcio udowadnia, że noce w Tatrach są już bardzo zimne, a Staw nad Skokiem pokrywa cienka warstwa lodu.

Ekipa rusza na Bystry Przechod, ale po drodze pojawia się szansa wejścia na pobliski Furkotny Szczyt. Nie ma tu znakowanego szlaku, ale podejście jest bezpieczne, a wiedzie nań wydeptana ścieżka.

Z Andym osiągamy Furkot. Krótkie spodnie i koszulki 21 października na wysokości 2404 m.n.p.m.

Rude trawy i porosty, głębokie cienie i przejrzyste powietrze. To chyba najbardziej widokowy dzień w naszych letnich eskapadach w Tatrach. Na Tatry Wysokie, Masyw Krywania, Tatry Zachodnie. Wszystko wydaje się na wyciągnięcie ręki. Stawy poniżej należą do Doliny Furkotnej.

Tatry Zachodnie z Furkotu.

Pamiątkowa fotka. Na pierwszym planie wiadomo, za plecami (nad głowami MisQ i Andy`ego) Rysy, a nieco w prawo masyw Gerlacha.

Widok na Hruby Wierch. Tu już na pewno nie ma szlaku, ale nieodległy szczyt kusi. Cienie na dole zdjęcie to nasza ekipa zastanawiająca się - iść, czy nie. Grań nie wygląda na bardzo trudną, tym bardziej, że widzimy jakiś zespół sprawnie pokonujący eksponowany odcinek.

Lukcio już po bezpiecznej stronie grzędy obserwuje jak radzimy sobie: Andy i ja.

Chwila adrenaliny i docieram na Hruby. Nie było bardzo trudno, ale jak zwykle trzeba było uważać na to co się robi z kończynami.

Lukcio ustawia aparat do pamiątkowej foty. Nie widać tego na zdjęciu, ale na Hrubym jest niezła ekspozycja i trzeba uważać jak się stawia stopy.

Coś nas mocno rozbawiło.

Dwie godziny później jesteśmy już w Dolnie Furkotnej, korzystamy z zachodzącego słońca  dla wykonania zdjęcia.

To już koniec wycieczki nad Strbskim Plesem. Sądzę, że następna wyprawa odbędzie się w zimowej scenerii.

Zdecydowana większość zdjęć autorstwa MisQ

wtorek, 09 października 2012

Stary Smokovec - Hrebenok - Mala Studena Dolina - Hata Teryho - Czerwona Ławka - Zbójnicka Chata - Velka Studena Dolina - Hrebienok - Stary Smokovec

Czerwona Ławka to najtrudniejszy wg. niektórych szlak turystyczny Tatr. Wybraliśmy się na nią w składzie Lukcio, MisQ, Wojtek i ja.

To już jesień. MisQ na parkingu w Starym Smokowcu wypatrzył grzybek. Po oględzinach okazał się nie do spożycia.

 

Od rana mieliśmy fantastyczną pogodę, widoki po horyzont. To górna stacja kolejki Hrebenok. Tu zaczynają się góry.

Trzeba widzieć, że MisQ robi rzetelną dokumentację wycieczek. Zaczynał od 300 ujęć na jedno wyjście, teraz osiąga i 500. Ważne jest więc czym robi te zdjęcia. Poprzedni Sony MisQ poległ strącony wiatrem z kamienia podczas wycieczki na Szpiglasową Przełęcz, tym razem towarzyszył nam nowy model - ze statywem, który nawet z ręki najbliższego satelitę Ziemi... 

...potrafi zbliżyć tak jak na zdjęciu wyżej. Jak na aparat kompaktowy jest to fajny wynik.

W górach kolorowo.

Idziemy Malą Studeną Doliną. Wbrew temu co widać na zdjęciu ludzi całkiem sporo.

Docieramy do chaty Teryiego, najwyżej położonego w Tatrach (2015 m) schroniska. MisQ napawa się widokiem na Malą Studeną Dolinę i Dolinę Popradu widoczną w oddali.

Jest już chłodno. Trzmiel wywabiony promieniami słońca wyleciał i zmarzł. Otumaniony zimnem znalazł schronienie w opakowaniu tabliczki czekolady.

Wiśniówka nad szlakiem.

Krajobraz w Dolinie Pięciu Stawów Spiskich jakby odrealnony. Zrudziałe trawy i granatowe niebo. Po prawej Łomnica (2634 m) drugi po Gerlachu szczyt Tatr. Biała kreska na szczycie to dach obserwatorium astronomicznego.

Trzeba zejść do stóp tego piargu, a następnie wspiąć się na przełęcz powyżej to Czerwona Ławka

Z dołu wygląda groźniej niż jest w rzeczywistości. To faktycznie najdłuższa ścieżka ubezpieczana łańcuchami w Tatrach, ale nie przesadzałbym z opisami pełnymi grozy. W dobrych warunkach i przy zachowaniu koncentracji nie jest dramatycznie.

Po dojściu do stóp ściany zakładam nogawki i idę wyżej żeby mieć dobre ujęcia podchodzących chłopaków.

Lukcio, Wojtek i MisQ na początku drogi badają właściwą ścieżkę.



MisQ obfotografował wszystko co się da i zmierza w górę. 

Klamry, łańcuchy. Ułatwienia wszędzie tam gdzie powinny być.

Lukcio już wysoko, Wojtek jeszcze wyżej.

Mnie też już nie brakuje dużo do przełęczy.



Wreszcie jest - Czerwona Ławka, podobno od koloru traw i skał. Po słowacku Poprzeczna Przełęcz.

Pamiątkowe zdjęcie i rozglądanie się po dwóch dolinach złączonych siodłem Czerwonej Ławki -  Dolinie Staroleśnej (za plecami) i Dolinie Studenej Wody.

Czeka nas długa wędrówka Doliną Staroleśną.

Pora w drogę. Mamy do zgubienia 1100 metrów wysokości i około 10 km marszu. Porywy wiatru zwiastują zmianę pogody, ale niebo nam sprzyja do końca dnia.

Poniżej Zbójnickiej Chaty. Zrobiło się zimno. Sezon letni ani chybi się konczy... czas rozpocząć jesienny :)

niedziela, 07 października 2012

Chata Zverovka - Łatana Dolina - Zabrat - Rakoń - Wołowiec (trawers) - Jamnicka Przełęcz - Rohacz Ostry - Rohacz Płaczliwy - Smutna Przełęcz - Trzy Kopy - Hruba Kopa - Banikov - Banikowska Przełęcz - Spalona Dolina - Rohacka Dolina - Chata Zverovka

Pamiętna wycieczka. Znów udało się wszystko. Pogoda, umiarkowana ilość ludzi. Fantastyczne panoramy i klimat.

Andy na chwilę przerwał zagraniczną delegację i mogliśmy go wyciągnąć w góry. Słowacki Rohacze w Zachodnich Tatrach jest uważane za jeden z bardziej malowniczych i wymagających szlaków, więc oczywiście wzbudzał pożądanie.

Ruszamy spod Chaty Zverovki. Gdzieś tam są Rohacze.

Charakterystyczne krajobrazy Zachodnich Tatr. Andy zmierza w stronę Zabratu.

Tu z Lukciem rozważamy czy to zbocze jest mocno lawinowe w zimie. Zgadzamy się, że bardzo tak. Nachylenie, brak skał i innych elementów rzeźby terenu utrzymujących śnieg. Dowodem uzasadnienia tej tezy jest brak roślinności na stoku, schodzące lawiny wycięły nawet odporną kosówkę.

MisQ, Lukcio, ja, Andy. Chwila odpoczynku na Zabracie. Jak widać na załączonym zdjęciu trafiliśmy na promocję koszulek termoaktywnych. Koszulka Lukcia również z tego źródła.

Zmierzamy w stronę Wołowca, a więc na chwilę znów do Polski. Grzbietowe ścieżki wijące się w otoczeniu hal to kolejny znak rozpoznawczy Tatr Zachodnich.

Wyżej i wyżej. Pojawia się wysokogórska rzeźba.

Chłopaki kontemplowały więc postanowiłem ruszyć do przodu. I tak zasuwają po tych górach jak kozice więc mnie dopadną. Teren nie jest nadzwyczajnie trudny, ale zaczyna wymagać koncentracji. 

Próba przyczepności vibramu :) Wygląda jakbyśmy nieco chojrakowali, ale tak nie jest. To prawidłowa technika pokonywania płyt skalnych. Wcześniej pokonywałem takie płyty kucając, lub zsuwając się, jednak zmieniłem sposób postępowania  po przeczytaniu ksiązki  "Góry - wolność i przygoda" Dona Graydona i Kurta Hansona. Ma to uzasadnienie ze względu na utrzymywanie optymalnego środka ciężkości.

Andy przysiadł na chwilę na skraju

Po raz pierwszy nie miałem ze sobą GPSa i akurat powstała wątpliwość , gdzie powinniśmy zejść żeby trafić do Smutnej Doliny.

Andy pokonuje eksponowany fragment

To siodełko przed Banikovem okazało się najtrudniejszym fragmentem w naszych dotychczasowych letnich wędrówkach. Grzebień. Ekspozycja z lewej i prawej i konieczność wykonania metrowego kroku w przód spowodowała wyraźny wzrost stężenia adrenaliny u wszystkich. Udało się, ale było o czym rozmawiać do końca dnia.

Banikova przełęcz. 18 sierpnia, a kolory coraz bardziej jesienne. 

MisQ zległ na chwilę w Spalonej Dolinie

Wydawało się, że to koniec wycieczki, ale zahaczyliśmy jeszcze o Rohackie Wodospady, o których Wikipedia pisze, że "Wyżni Rohacki Wodospad lub Wyżnia Spaleńska Siklawa (Vyšný Roháčsky vodopád). Ładniejszy i większy. Znajduje się na wysokości 1340 m n.p.m. w głębokim korycie potoku w lesie. Łączna jego długość wynosi 23 m. W górnej jego części woda spada z szumem z pionowego progu skalnego, niżej rozbija się na kamieniach stromego koryta."  

Byliśmy tam późnym popołudniem i cały ten cud natury był przez 20 minut naszą wyłączną własnością.

Dzień  był długi, ostatnie kilometry do Chaty Zverovki pokonywaliśmy w scenografii malowanej sierpniowym zmierzchem.

Zdjęcia MisQ

W rocznicę Powstania Warszawskiego wybraliśmy się na Orlą Perć. Monika i Szymon obecnie nie chodzą po górach zbyt intensywnie, ale są sprawni i obyci z górami w ogóle, więc kiedy wreszcie udało nam się ustalić wspólny termin to od razu pomyślałem o szlaku, który dostarczy wrażeń.

Piękna pogoda, wędrówka Doliną Jaworzynka wpływa na nastroje - jak widać. Szymon i Monika. Idziemy dobrze znaną trasą - Dolina Gąsienicowa - Czarny Staw Gąsienicowy - Zawrat - Orla Perć, a dalej się zobaczy.

Nad Czarnym Stawem.

Na Orlej Perci dzieci nie wykazywały lęku z powodu ekspozycji i utrudnień.

Przeważała ciekawość.

Zaliczanie słynnej drabinki nad Kozią Przełęczą

Monika po początkowych kłopotach z wpasowaniem się w drabinkę sprawnie poruszała się w dół. 

Na Koziej Przełęczy zadałem pytanie - w górę czy w dół. Ekipa zdecydowała, że z powodu zmęczonych nóg nie powinna wchodzić na kolejne trudne sekcje. Bardzo rozsądna decyzja i trzeźwa ocena sytuacji. 

Zeszliśmy na dół, zaliczając bardzo udaną wycieczkę.

poniedziałek, 06 sierpnia 2012

Tatrzańska Łomnica - Zielony Staw - Jagnięcy Szczyt i z powrotem

Tym razem w pięcioosobowej ekipie odbyliśmy eskapadę na Jagnięcy Szczyt. Tłem były zbierające się burzowe chmury. Miałem w pamięci wypadek pod Durbaszką, nie tylko zresztą ja więc uważnie wsłuchiwaliśmy się w pomruki krążącej burzy. 

Jagnięcy zaproponował Wojtek, który dostał zadanie - ma być interesująco, ale nie za trudno technicznie. MisQ ciągle ma rękę w gipsie po małym dzwonie na rowerze.

Łaskawie natura dała nam wejść na szczyt i bez dodatkowych atrakcji opuścić grań i sekcje z łańcuchami.

MisQ zachwycił się przełomem Białego Potoku Kieżmarskiego

Nawinąłem się pod rękę więc kazał pozować

Nieco wyżej Lukcio znalazł bardziej wdzięcznego modela (modelkę)

Tytułowe jagnięta były zresztą obyte z obiektywem

Tym razem scenografię zapewniały zbierające się zewsząd i znikąd chmury. Podążam za Lukciem.

Na szczycie MisQ został zaatakowany przez agenta Smitha, ale dał odpór dzięki kodom wyroczni zapisanym na zwojach bandaży

PePe niestety poległ, ucinając sobie drzemkę po całonocnym powrocie z urlopu.

Inne ekipy pokonywały trudności techniczne z asekuracją.

PePe również poważnie potraktował ekspozycję i nastromienie. Schodząc użył swojej super parasolki. 

Schronisko nad Zielonym Stawem. Z daleka staw jest równie malowniczy jak z bliska, czego nie można powiedzieć o schronisku.

Nieco styrani wracamy łąkami pełnymi Wierzbówki Kiprzycy. Te łąki to znów pozostałość po pamiętnej wichurze z 2007 roku, która w ciągu jednej nocy zmieniła krajobraz nad Tatrzańską Łomnicą.

Zdjęcia MisQ i Lukcio. 

 
1 , 2