Aktywność sportowa Kuby w myśl cytatu Marka Twaina: Za dwadzieścia lat bardziej będziesz żałował tego, czego nie zrobiłeś, niż tego, co zrobiłeś. Więc odwiąż liny, opuść bezpieczną przystań. Złap w żagle pomyślne wiatry. Podróżuj, śnij, odkrywaj
Kategorie: Wszystkie | Góry pieszo | Na sznurku | Narciarstwo wysokogórskie | Rower, maratony MTB | Trening | kubak
RSS

Narciarstwo wysokogórskie

środa, 10 sierpnia 2016

No, biję rekordy w przerwach pomiędzy wpisami. Dużo się dzieje górsko.

Blisko końca sezonu wybraliśmy się w Tatry Słowackie. Tym razem chcieliśmy mieć co najmniej dwa dni działalności górskiej. Pierwszego dnia celem były Żelazne Wrota (2255 m.) w Dolinie Złomisk, cel drugiego dnia został wybrany rozsądnie "to się zobaczy". Pojechał Lukcio, Marcus (Piotrek) i Tomek. W niedzielę spodziewaliśmy, że dojedzie Marcin, z którym Lukcio jeździ na nartach i Mateusz, który już towarzyszył nam w wyprawach.

20160402_07.53.04

Skiturowe poranki gdzieś pomiędzy Krakowem a Strbskiem Plesem. Pobudka po godz. 4 i dalej w Tatry. Praktyczniej byłoby spać gdzieś w schronisku lub u stóp gór, ale kiedy działalność prowadzi się co tydzień taki scenariusz jest trudny do zrealizowania.

20160402_10.27.04

 

Schronisko Popradzkie Pleso. Dobry punkt wypadowy na tury. W zasięgu kilka atrakcyjnych dla narciarza wysokogórskiego dolin: Hińczowa, Żabia, Smocza, Rumanowa, Złomisk.

20160402_11.35.21
Marcus na progu Kotlinki Lodoveho Plesa (Zmarzłego Stawu). Warto poczekać do wiosny żeby spotkać się z taką pogodą.

20160402_13.01.061

Na podejściu. Czkaliśmy aż trochę odpuści, bo śnieg w żlebie mocno zryty, zamarznięte zsuwy i narciarze, którzy pomimo umiarkowanej trudności zjazdu (2?) walczyli mocno u góry. Nawet zastanawialiśmy, czy to oni sobie nie radzą, czy jest tak trudno.

 Doszliśmy na przełęcz. Z góry nie wyglądało to fajnie. Wyryte ślady po zsuwie, kalafiory śniegu, które jeszcze nie odpuściły w wiosennym słońcu, ale to było nic w porównaniu z warunkami zjazdu na drugą stronę - do kaczej doliny. Stromiej i twardo. Właśnie do zjazdu przygotowywała się tam ekipa pod opieką jakiegoś vodcy (przewodnika). Kiedy pierwszy z narciarzy zsuną się za próg żlebu rozległ się charakterystyczny dźwięk nart szorujących po betonowym śniegu. Aż zęby bolały. Ostatnio udaje mi się unikać tej wątpliwej przyjemności, ale w poprzednich sezonach znana zabawa. Zsuwanie bokiem i walka z samym sobą żeby odważyć się wykonać pierwszy skręt. Na tej nawierzchni narty nawet na ułamek sekundy postawione wzdłuż stoku zadziwiająco szybko nabierają prędkości. Takie rozważania towarzyszyły też ekipie, która pierwsze 100-200 metrów zsuwała się w dół... a jeden z jej członków w końcu uznał, że to ponad jego możliwości. Przewodnik szybko wdrapał się z powrotem na przęłęcz, przywiązał go liną i asekurowany "z ciała" odważył się ruszyć.

W końcu i my zjechaliśmy, nie był to epicki zjazd. Narty wpadały w koleiny, na jednej z nich nawet zaliczyłem małą podpórkę, która zakończyła się wypięciem wiązania i kilkuminutową walką o zbudowanie półki do wpięcia, ech te wiązania kłowe... Ważą tyle ile powinny, ale wpięcie się na stromym wymaga większej sprawności niż moja.

20160402_13.58.23

Zalety długiego dnia i wiosny (mniejsze zagrożenie lawinowe). Po zjeździe postanowiliśmy zjechać z "tego po prawej", nie specjalnie przejmując się nazwą tej formacji. W domu sprawdziłem, że może to być Kozia Strażnica (2235 m). To nie był koniec tego dnia, po "tym po prawej" uderzyliśmy do sąsiedniej kotlinki żeby podejść pod Rumanową Przełęcz (2280 m). Było już po południu, ostre wiosenne słońce spowodowało, że śnieg był miękki. Kiedy tylko jednak skrywało się za sąsiednimi szczytami momentalnie zamarzał, stawał się mniej przyczepny i utrudniał podejście. Lukcio wyrwał do przodu, a my toczyliśmy wyścig ze strefą cienia obejmującą co raz większą połać doliny. 

Przyjemny szybki zjazd i zmierzamy do Schroniska, walcząc po drodze z zapadającym się wiosennym śniegiem. Marcus i Tomek na nartach, my z Lukciem na piechotę płacąc raz po raz zapadaniem się po pas. Wieczór przy Kofoli. Spotykam Darka, który przygotowuje się do wyjazdu w Alpy, umówili się tu z ekipą na zgrupowanie.

P604030922052

Drugiego dnia dołączają do nas Marcin (tu za Marcusem) i Mateusz. Obieramy za cel Wołową Turnię.

P604031138181

Mateusz, Tomek i Lukcio na szczycie. 

P60403114339031

Proszę Marcusa żeby zrobił mi zdjęcie na tle żlebu, którym udało się zjechać w czerwcu poprzedniego roku. To Rysa prowadząca z przełączki pod Rysami. Stąd robi wrażenie, może nawet większe niż kiedy stoi się na górze... chociaż, sam nie wiem.

20160403_16.31.582
Zjeżdżamy dwa razy i udajemy się w dość długa drogę najpierw do Schroniska, później asfaltową drogą do samochodu. To dla mnie koniec sezonu. Czas się przygotowywać do letniej aktywności w górach.

 

 

niedziela, 10 kwietnia 2016

No... wreszcie się udało. Zaczęło się od rzuconego przeze mnie pytania do Maćka - A może byś poszedł ze mną na skitury? I syn poszedł :) Okazało się, że uzbierało się w domu sprzętu dla drugiego narciarza, Andy pożyczył ABC. 

Wybrałem Chochołowską z zamiarem zrobienia pierwszego dnia zjazdu z Rakonia, a drugi dzień miał zależeć od tego jak nam pójdzie w piątek Maciek dobrze jeździł na nartach, ale ostatni raz byliśmy razem na stoku z 10 lat temu, więc nie wiedziałem jak sobie poradzi w warunkach pozatrasowych. Pogodę zapowiadano tatrzańską czyli umiarkowana ilość śniegu, za to chmur pod dostatkiem. Nieco nam zeszło na przygotowaniach i wybieraniu się w piątek wiec w Schronisku w Dolinie Chochołowskiej zameldowaliśmy się koło 12. Cała dolina z buta z nartami na plecach. Tak sobie pomyślałem, że jeśli teraz się nie zniechęci mając 20 kilogramowy majdan na plecach i dymając 9 km to da radę. Dał i to spokojnie... ech te 23 lata.

P60325141252

Na podejściu. Skitury są ok

Foczyć się dało niemal od schroniska i około 14 byliśmy na Grzesiu. Maćkowi się podobało i podchodzenie i wiatr i zima. Super, tym bardziej, że na szczycie się odsłoniło i zobaczyliśmy Ornak, Rakoń, Wołowiec i dalej pasma Zachodnich i wyłaniające się Wysokie. Łał... Przynajmniej się Tatry przedstawiły jak należy gościowi, który debiutował na skiturach. Ciekaw byłem jak sobie poradzi na wąskim zjeździe i w lesie, po płatach śniegu. Czym skorupka za młodu... Skorupka więc dawała sobie radę nadzwyczaj dobrze. Szurnęliśmy na dół. 

P60325150421

Selfie na Grzesiu

Zjawiskowy prażony syr, jakieś piwo i w kimono dość wcześnie. Rano około 6 Maciek obudził mnie żartując "powder day", rzeczywiście dopadało trochę śniegu. No więc poszliśmy. Szło się zdecydowanie lepiej niż wczoraj (jedna nie wstawanie o godz. 4 pomaga), za to na Grzesiu okazało się, że Tatry ktoś schował. Padał marznący deszcz, a widać było tyle co nic. Maciek odbywał szybki kurs nt. uroków skiturowania. Krótkie zjazdy na fokach z odpiętymi tyłami, chodzenie po lodzie etc. Z minuty na minutę wiało coraz bardziej i zacinało czymś mokrym co oblepiało twarze, kurtki i spodnie. Na Rakoniu zdecydowaliśmy - idzemy dalej na Wołowiec. Zależało mi żeby się wdrapać nieco powyżej 2000. Grań to było spore wyzwanie. Dość wąsko i nawis, którego przebieg wprowadzał w błąd. Dobrze, że jakaś ekipa przed nami robiła ślady i dało się iść. 

 P60326114512

Grzanie rąk na Wołowcu

Na Wołowcu zjedliśmy, ja się dowiedziałem, że wojskowe żelazne racje, które miał ze sobą Maciek nie nadają się za bardzo w góry, a gulasz instant, który się wysypał z żelaznej porcji śmierdzi okrutnie. Dość szybko ruszyliśmy w dół. Grzbiet nie był ulubionym miejscem do zjazdu Maćka. Rzeczywiście. Dość stromo, wąsko, lód okleja google... Spore wyzwanie jak na pierwszy raz. Jednak dotarliśmy do Rakonia. Spojrzałem na zielony szlak - nawis i brak widoczności. Jeśli coś miałoby się urwać to nawet bym tego nie zauważył, nie zdecydowałem się więc na zjazd szlakiem, tylko poszliśmy na Rakoń skąd chciałem odbić w lewo i nawiązać linią zjazdu do marcowych zawodów Strzeleckiego. 

Pod drodze spotkaliśmy trochę zagubionych freeridowców, którzy również chcieli uderzyć w dół zielonym szlakiem, ale kiedy usłyszeli, że są tam niepewne warunki postanowili się do nas przyłączyć. Znów nieoceniony okazał się mój stary, ale niezawodny garmin 60 csx. Ustaliśmy, że będziemy zjeżdżać starając się zachować kontakt wzrokowy. Och... na zjeździe okazało się, że warunki są idealne. Świeży śnieg spadł na twarde podłoże i pozwalał na absolutnie każdą ewolucję. Skręt szybki - bez problemu, długie esy floresy - jak najbardziej, skakanie przez hopki - nawet mnie się udawało. Z bananami na twarzy zjechaliśmy do zielonego szlaku i dalej do schroniska ciesząc się każdym metrem zjazdu. Tam narty na plecy i do samochodu. 

Fajne to skiturowanie - rzekł syn... No! I o to chodzi :) Mam nadzieję, że będą następne razy.

czwartek, 07 kwietnia 2016

Ciężko dogonić daty w tych wpisach. Więc skrótowo: z Lukciem, Marcusem, PePe i Tomkiem oraz kolegą Marcusa Jankiem uderzyliśmy do doliny Staroleśnej na Słowacji. Cele były dwa - Rohatka i Świstowy Szczyt (2383 m.n.p.m).

Tu jeszcze mieliśmy obawy czy w ogóle da się działać tego dnia w górach. Spotkaliśmy kilku Słowaków, którzy wyglądali na takich, którzy z niejednego pieca śnieg jedli i mówili, że wieje mocno. Zdjęcia Piotr Markowski (Marcus)


Na szczęście się uspokoiło i z minuty na minutę wiatr słabł. Słowackie Tatry Wysokie zawsze robią na mnie wrażenie swoim rozmachem, niby to tylko kilka kilometrów na południe, ale jest tu wyżej, szerzej i bardziej świetliście. 

Rohatka z dołu wyglądała na betonową więc odpuściliśmy na rzecz dwukrotnego wejścia na Świstowy. U góry nieco wiało, ale śnieg był całkiem fajny do zjazdu, więc pohasaliśmy. Nie mogłem się napatrzeć na Marcusa, który testował nowy sprzęt skiturowy (wcześniej używał zabytkowego). Jego technika zjazdu, płynność i ogólne wrażenia artystyczne poszybowały w kosmos. To był ten przypadek (jeden z nielicznych), kiedy sprzęt ograniczał narciarza.

W stronę Świstowego zmierzały poza nami dwie ekipy. Po lewej Lukcio.


 Na sam szczyt udało się wdrapać bez zdejmowania nart.

Przyjemny był również zjazd żlebem z progu od Zbójnickiej Chaty, pocżątek budził szacunek, ale później było sporo miękkiego. Na nartach dotarliśmy znaną ścieżką przez las aż do górnej stacji kolejki na Hrebenok. Później trzeba niestety było przebyć kilka kilometrów w butach narciarskich. Wiosna wisiała już w powietrzu.

niedziela, 27 marca 2016

Tym razem spędziłem 3 dni w górach jako wolontariusz organizujący zawody skialpinistyczne - Memoriał Jana Strzeleckiego. To najstarsze w Polsce zawody rozgrywane w Polskich Tatrach. Pierwsza edycja to 1989 rok! Zawody skialpinistyczne przypominają mi maratony MTB na dystansie mega. Jeden, dwa trudne podjazdy i kilka wymagających zjazdów. Wszystko na zapieku, czołówce cała zabawa zajmuje około 2 godzin, amatorzy potrzebują jeszcze jednej-dwóch godzin.

Sam nie trenuję obecnie. Bieganie i rower traktuję jako zajęcia, które utrzymują mnie w formie pozwalającej łazić na nartach po górach i zjeżdżać, poza tym skitury traktuję jako przygodę i turystykę i jakoś (na razie) jedno z drugim mi się mentalnie nie łączy. Zdecydowanie nie jestem przeciwnikiem takiej aktywności jednak. 

Zaangażowałem się w organizację ponieważ to inicjatywa Klubu Wysokogórskiego Kraków, a ta szacowna instytucja działa jeśli każdy coś dorzuci do wspólnego worka.

Zawody mają fajną formułę. Przede wszystkim startują pary, to dobrze odzwierciedla charakter działalności w górach i jej partnerskość. Nie można się oddalić od partnera zanadto na podbiegu ani na zjeździe (powyżej 100 metrów i 5 sekund o ile dobrze pamiętam).  Po drugie i trzecie czas podbiegu i czas zjazdu są liczone osobno i ważą na wyniku końcowym. W tradycyjnych zawodach im szybciej tym lepiej (czas brutto jest ważny) co sprawia, że decydujący jest czas podbiegu, bo i na nartach i na rowerze w górach ktoś kto wolno zdobywa wysokość nie ma szans odrobić strat zjeżdżając. Po czwarte oprócz trasy "na czas" jest tzw. "fakultatywa" czyli wycieczka dla zawodników. Nie musisz jej przejść, ale za jej zaliczenie otrzymujesz dodatkowe punkty.

P6031110440801

Ekipa gotowa rozstawiać tyczki na trasie.

W piątek ruszyliśmy ze schroniska w Chochołowskiej rozstawiać tyczki. Szedłem w ekipie przez Grześ na Rakoń. Kolejne zespoły zmierzały bezpośrednio na Rakoń i wytyczały zjazd z Grzesia. Bambusowe chorągiewki wystawały mocno nad głowę i trzeba było uważać w lesie. Koniec końców mam podejrzenie, że gałęzie zebrały mi kilka szmatek, bo w trakcie ustawiania okazało się, że osiem chorągiewek to puste kije bambusowe.

P60311104753

Obowiązkowy "group check", czyli sprawdzanie detektorów.

W moim zespole przewodził nie byle kto, bo Karol Życzkowski. Naukowiec, a przede wszystkim legenda narciarstwa wysokogórskiego. Autor (razem z Józefem Walą) przewodnika "Polskie Tatry Wysokie. Narciarstwo wysokogórskie". Karol poza tym, że jest świetnym i doświadczonym narciarzem, okazał się być znakomitym kompanem wycieczki. 

P6031112245602

Na szczycie Rakonia z Karolem Życzkowskim

Niestety pogoda nie sprzyjała zawodom. Śniegu ograniczona ilość za to chmur i mgły pod dostatkiem. Tyczenie po grani było proste za to trudno było znaleźć metę startu we mgle. Ostatecznie Sebastian, który organizował zawody, podjął decyzję o tym, że meta podbiegu i start zjazdu będą w miejscu charakterystycznym - na szczycie Rakonia. 

Nie wiem jak to się stało, ale we mgle i wietrze usłyszeliśmy głosy drugiej ekipy, która tyczyła podbieg Doliną Wyżnią Chochołowską. Idealnie co do minuty spotkanie na szczycie. Oni poszli na Wołowiec, gdzie miała biec trasa odcinka faktulatywnego, mój zespół znaczył zjazd. Mgła, mgła, mgła - wszędzie mgła. Nie wiadomo czy jeszcze się jedzie czy już się stoi, a do sprawdzenia w którym kierunku biegnie linia spadku trzeba rzucić bryłę lodu. Karol jechał w dół i nasłuchiwał przez radiotelefon sygnału "stop", ja miałem drugi radiotelefon i w momencie, kiedy przestawałem go widzieć dawałem sygnał. Momentami widoczność to było 20-30 metrów. Nie bardzo sobie wyobrażałem zjazd na czas w takich warunkach. No ale dla mnie to były pierwsze zawody, a dla Karola 28. Śnieg był trudny, na zmianę twardo, nawiane i najgorszy śnieg tzw. przepadający, w którym narta wybija sobie twardy tor i trudno ją zmusić do ześlizgu, a więc skręcać i hamować. Co przeszkadzało wszystkim... poza jednym wyjątkiem, oczywiście Karola. 

W dniu zawodów zgłosiłem się do sędziowania i zgłosiłem chęć pójścia dalej. Dostałem do obstawienia najdalszy punkt - Wołowiec. Ponieważ poprzedniego dnia dołączyli do nas Misiek i Patrycja to jako drugiego zaproponowałem Miśka. Sebastian z Karolem poprosili jeszcze o jedno - żeby w trakcie podejścia zdecydować czy są warunki do rozegrania tej części zawodów. Po zakończeniu mieliśmy zebrać chorągiewki z odcinka na Wołowiec oraz trasy podbiegu.

Tuż przed wyjściem o 7.30 okazało się, że mamy jeszcze do zabrania ciężkie i nieporęczne sanie ratownicze SKED, które włożył nam na plecy obstawiający zawody TOPR. Tu przy okazji miałem do czynienia z drugą legendą narciarstwa wysokogórskiego - Piotrem Konopką, autorem dziesiątek trudnych zjazdów w Polskich Tatrach. 

Lekko nie było. Podzieliliśmy się z MisQ 30 minutowymi okresami noszenia, ostatnie minuty dłużyły się niemłosiernie, ale to dobry treningu.

P60312095309

MisQ ze SKEDem na szczycie Rakonia, wreszcie można zrzucić to cholerstwo

Co innego było jednak ważne - warunki były nieco gorsze od wczorajszych. Wiało mocniej, widać było mniej, trochę sypało. Sam lubię trudne warunki, więc mi to nie przeszkadzało, ale 62 osoby, bo tyle wystartowało na wąskiej grani - jedni podchodzą inni zjeżdżają, więc kiedy w radiotelefonie usłyszałem "Kuba, Kuba... Czy są warunki do puszczenia zawodników na Wołowiec?" odparłem, że nie.

P60312112526

MisQ robi porządki w TPN, dawno tu nikt nie odśnieżał.

No... i tym samym mieliśmy sporo wolnego czasu. Leniwie podeszliśmy na Wołowiec. O ile na przełęczy był mocny wiatr, który miał tę siłę, że żeby iść prosto należało się lekko na nim oprzeć, to na Wołowcu, górze bądź co bądź wybitnej nastała cisza.

P60312114115

Trochę trochę posiedzieliśmy i powygłupialiśmy się. MisQ w poszukiwaniu sikorki (o niej piszę niżej)

Na Wołowcu spotkała nas przedziwna przygoda. Trzeba sobie wyobrazić. Góry, zima, ponada 2000 m.n.p.m., mróz, mgła i wiatr, a tu nagle przylatuje piękna kolorowa sikorka. Co ją tu przyniosło? Lekko nieprzytomna siada na bucie narciarskim Miśka, później daje się złapać. Deliberujemy, czy należy ją zwieźć na dół, ale tego mogłaby nie przeżyć dlatego wypuszczamy ptaszka wolno. Siada mi na głowie a później ucieka do szczeliny w śniegu. 

My z MiśQ zjeżdżamy na dół zagarniając chorągiewki oraz zawracamy jedną, ostatnią parę z trasy - nie trafili na metę i na polecenie sędziego zawodów dajemy im sygnał - wracać. Zjeżdżamy na dół. Zawody się skończyły szczęśliwie. Wyniki i oficjalne komunikaty na stronie Memoriału (mjs.kw.krakow.pl).

Wieczorem jeszcze przyjemna impreza przy winie, w niedzielę krótka wycieczka z ekipą KW na Grzesia, zjazd po lesie i wracamy do Krakowa.

niedziela, 28 lutego 2016

Kto chodzi ten ma. Trzeba było dwóch dni działalności w słabych warunkach żeby trafić na ten dzień. Słońce, - 3 st. Andy nie mógł jechać, za to dołączyli koledzy Łukasza, z którymi już kiedyś skiturowaliśmy Tomek i Mateusz. W planie mieliśmy klasyk klasyków: o Zawracie mówi się, że jeśli chcesz być uznany za skiturowca, to powinieneś zjechać z tej przełęczy.

W dobrych warunkach śniegowych to nic trudnego, ale w ubiegłym roku raz już dostałem nauczkę. No ale nie uprzedzajmy faktów...

Podejście przez Polanę Jaworzynki (foto Lukcio). Bajeczka. Śniegu ciągle w Tatrach niewiele (liczę na marcowe opady), ale idziemy i michy się cieszą.

Na tafli Czarnego Stawu Gąsienicowego Mateusz i Lukcio.

Powyżej Czarnego Stawu jest taki próg. Podejście na niego na nartach jest dla mnie wyznacznikiem techniki podejścia, siły i warunków śniegowych. Tego dnia nikt z nas nie podszedł. Załóżmy, że wszyscy z powodu nikłej pokrywy.

Na progu Zmarzłego Stawu (jest tam pod śniegiem). No a przed nami droga na Zawrat. Na nartach da się podejść do połowy widocznego po środku fotografii żlebu. Nadludzie wchodzą na przełęcz bez ściągania nart, ja w wolę w połowie zamienić kij na czekan.


MisQ w żlebie. 

Śnieg w żlebie wygląda na fajny, nie jest ani za miękko ani za twardo, nie przepada, nie pęka. Widzimy tylko jeden ślad zjazdu, za chwilę (po naszym zjeździe) będzie tu wyglądać jakby stado wygłodniałych dzików wpadło w kartoflisko. Zawsze mam trochę wyrzutów sumienia zawalając śniegiem wybite przez piechurów stopnie. Niestety nie zawsze da się tego nie zrobić, bo zwykle droga podejścia idzie środkiem żlebu (lawinowo słusznie) lub trawersuje. Pocieszam się, że wiatr uporządkuje sprawy w kilkanaście minut.

Selfie by MisQ. Wbrew pozorom chłopaki cieszyli się z tego, że są na Zawracie ;)

I już w komplecie (selfie by Lukcio)

Przepak, zapinanie butów, ściaganie fok i spojrzenie w dół. Łapię tradycyjny dygot przed stromym zjazdem. Liczę sobie do 10 i przypominam jak tędy wielokrotnie zjeżdżałem. Jest to coś niesamowitego - odważyć się na pierwszy skręt i wszystko magicznie mija. Znowu potrafię jechać na nartach, tym bardziej, że śnieg jest znakomity i można jechać płynnymi skrętami. Zjazd nie jest długi, ale warto jest się wspinać cały dzień. Czeka nas jeszcze próg ze Zmarzłego Stawu. Przypominam sobie jakie to było wyzwanie jeszcze kilka lat temu. Wąsko, kamienie i lód. Dzisiaj robimy to w dość sprawnie.

Popas już w Gąsienicowej. Nie ma warunków do zjazdu starą nartostradą. MisQ robi selfie, Mateusz i Tomek oceniają jak daleko na ten Kasprowy.

Zapada decyzja - jeszcze jedno podejście na Kasprowy Wierch i zjazd przez Dolinę Goryczkową, jest dość wcześnie i poza tym, że jestem dość konkretnie wyrypany to nie mam argumentów przeciw. Idziemy więc. Na górze jest już mało ludzi i wieje. Na szczęście już tylko łatwy zjazd po stoku. Zjeżdżamy najpierw po trasie na chwilę zbaczając tylko na nieubity teren. Dobra decyzja. Cudowne 500 metrów. Później bez problemów docieramy na nartach do Kuźnic i dalej aż do zaparkowanych samochodów.

Na stronie KW Kraków ktoś napisał, że czekanie na puch w Tatrach jest jak oczekiwanie surfera na wielką falę na ...brzegu Bałtyku. Ten rok jest szczególnie dla wytrwałych i zdeterminowanych. 3 stopień zagrożenia (a o taki był tego dnia) sugeruje, że w śniegu w górach tony... I tak jest, ale tylko tu i ówdzie. Nie ma podkładu. Kosówka dziarsko pręży się ponad śnieg, kamienie czyhają tylko na ślizgi i krawędzie. 

Ponieważ MisQ był od piątku w Dolinie 5 Stawów to postanowiliśmy podziałać tutaj, a dokładniej wejść do Doliny 5 Stawów i zobaczyć co dalej. Od Palenicy asfalt ledwo liźnięty białym, szlak wzdłuż Roztoki biały i kamienisty. Śniegu naprawdę niewiele, dlatego zdecydowaliśmy się iść przez Siklawę. Szlak zdecydowanie w zimie nie zalecany, ma na koncie kilka ofiar, ale tak po prawdzie przy tej ilości śniegu czujny jest tam tylko jeden 50 metrowy odcinek. Śnieg jednak padał i na dodatek wiało w ciągu ostatnich dwóch dób.

W D5SP wyjaśniło się niewiele więcej, zrezygnowaliśmy z Koziego Wierchu, okazałe zsuwy w Szerokim Żlebie ostudziły entuzjazm, tym bardziej, ze wyglądało, że górna warstwa pojechała bez ingerencji człowieka. Zsuw to taka lawina o ograniczonym rozmiarze. Zasypać nie zasypie, ale może nieźle sponiewierać jeśli po drodze trafi się na skały lub drzewa. 

Wybraliśmy drugi obiekt - Gładką Przełęcz. Z daleka było widać nawisy na grani, ale ruszyliśmy w tamtą stronę z zamiarem zdecydowania u podnóża. Kiedy zbliżyliśmy się na 200 - 300 metrów zeszła chmura. Jedynym rozsądnym wyjściem przy takim stanie śniegu był odwrót. Lepszy dobry odwrót niż jego brak kiedy trzeba.

A tak to wyglądało z perspektywy MisQ, który przez chwilę nas obserwował spod szczytu Koziego (zawrócił, zapewne rozsądnie). Gładka Przełęcz to ta najbardziej po prawej. Za nią czai się chmura, która powiedziała nam w "dowidzenia" w imieniu bardziej ambitnych celów tatrzańskich tego dnia.

Posiadówa w Schronisku, pogaduchy z Patrycją, która uczestniczyła w kursie skiturowym i jedziemy w dół. Wybraliśmy litworowy żleb, a właściwie kluczenie pomiędzy kosówką. Nie było to zbyt spektakularne zdarzenie narciarskie. Mieliśmy się zatrzymać przy szałasach, ale lenistwo kazało pojechać dalej szlakiem. 

Moje amaruqi zapłaciły za to sporą wyrwą, ucierpiały też atomiki Andy`ego. Nasz stały serwisant, starszy Pan i szczególarz bardzo się ucieszył. 

Ech skitury w polskich pięknych Tatrach. Nie dało się nigdzie wejść, a pod wieczór było tak.

 

niedziela, 21 lutego 2016

Tym razem operowaliśmy w Tatrach Zachodnich. Zima w Tatrach jest jaka jest. Patrzymy na filmy z Kolorado albo Alaski, a w naszych pięknych górach mamy nawiany ciężki śnieg, betony i generalnie mizerię. Żeby trafić jednak na tzw. "warun sezonu" trzeba próbować. Ja zresztą w ogóle jestem dziwny bo podoba mi się w zimie zawsze: czy pada śnieg i są chmury, czy jest lampa.

No w każdym razie pomimo lawinowej trójki wyszliśmy (Andy, Lukcio, MisQ i ja) ponad granicę lasu, a tam śniegu zdecydowanie nie "trójkowe". Szreń i nawiane, w lesie więcej świeżego śniegu, ale bez podkładu. To wszystko nie przeszkodziło wykonać kilku fajnych skrętów.

Andy wśród choinek. Zdjęcie MisQ.

niedziela, 24 stycznia 2016

Śniegu w Tatrach ciągle niewiele. Ruch skiturowy skupia się w okolicach Kasprowego Wierchu. Tydzień wcześniej oglądnąłem sobie Wrota Chałubińskiego, wyglądały na dobrze przykryte. Pytaniem było, czy możliwy jest zjazd do Nadspadów (dolinka nad Morskim Okiem), a później na taflę Morskiego Oka.

Postanowiliśmy to sprawdzić z Marcusem (Piotrkiem). Od rana ziiiimno. W Nowym Targu o poranku - 22 st., w Dolinie Białki (od Palenicy Białczeńskiej) na szczęście nieco lepiej - 16 st. Za to od rana lampa, od różowej poświaty o świcie, po ultramarynę koło południa. Da się iść w nartach od parkingu, cieszymy się perspektywą przebycia "za darmo" 9 kilometrowego odcinka nudnego asfaltu w drodze powrotnej. 

Trochę rozważamy zagrożenie lawinowe. Wiatr, temperatura i opad były w ubiegłym tygodniu umiarkowanie "lawinotwórcze", ale w Tatrach obowiązuje lawinowa dwójka. Werner Munter zaleca trzy poziomy oceny: regionalny, lokalny i miejscowy. Ten pierwszy dotyczył w ogóle warunków Tatrach, lokalny dotyczy doliny gdzie się zamierza działać, a miejscowy konkretnego stoku, żlebu etc. Regionalny wypadł ok, temperatury były ujemne, suma opadów w tym obszarze to 10 cm w stosunku do ubiegłego tygodnia, wiatr umiarkowany. 

Wspinamy się "ceprostradą" do Dolinki za Mnichem, da się iść na fokach, podchodzimy pod żleb na Wrota. Kopię profil żeby sprawdzić warstwy. Wygląda to dość dobrze. Warstwy związane, co miękkie to na górze.

Marcus na podejściu i apetyczne, dziewicze pole, będzie można założyć ślad

Jakaś ekipa idzie przed nami wybijając stopnie, jest trochę łatwiej. W dół od połowy stoku zjeżdżają na tyłkach i to jest ok, w ten sposób szybko i łatwo. Na Wrotach spotykamy zespół, który powiązany liną próbował przejść grań w stronę Szpiglasowego Wierchu. Wycofali się - za późno, za dużo śniegu na obejściu. Miny słabe. Dobry wycof jest lepszy niż jego brak - żartuję. Fajna ekipa z Kalwarii Zebrzydowskiej. Proszę ich żeby poczekali aż zjedziemy żeby im czegoś na głowę nie spuścić. Jeśli coś mnie niepokoi to pierwszy fragment żlebu - nietknięty stopą, stromy i pełen nawianego ciężkiego śniegu. Tak wygląda lawinowa dwójka właśnie. Te kilkadziesiąt metrów niepewnego, na przestrzeni wielu kilometrów.

Kije skrócone na podejście teraz muszą wrócić do swoich 120 cm.

Czekamy jeszcze aż kolejny zespół podchodzący żlebem osiągnie bezpieczne miejsce. Plecak, buty, czekan do kija. Łapie mnie lekki dygot przed ruszeniem w dół, pierwszy żleb w sezonie, kilka głębszych oddechów i przypomnienie trudniejszych sytuacji pomaga. I tak najważniejszy jest pierwszy skręt, jeśli poczuję kontrolę to dalej będzie lepiej. No to jedziemy. Jest dobrze, śnieg trzyma. Zakładam ślad na nietkniętym śniegu. Nagroda za to żeby się nie przejmować ogólną opinią - nie ma warunków na skitury w Tatrach Wysokich. 

Kilkanaście skrętów i jesteśmy na dole, dalej ruszamy z progu Dolinki za Mnichem w stronę Nadspadów. Jeszcze kilka fajnych fragmentów zjazdu, niestety tu już czasami narta zahacza o wystające kamienie. W końcu po dyskusji decydujemy się nie pchać w stronę Morskiego Oka tylko wrócić szlakiem. O swobodnej jeździe i śmigu hamującym przy tej ilości śniegu nie ma mowy. Szlak ma szerokość 50 cm, po prawej urwisko, po lewej skały. Zakładamy więc foki korzystamy z ich naturalnego oporu. Jedna z moich fok szybko odmawia posłuszeństwa i spada raz po raz. Srebrna taśma na zjeździe nie daje rady. Decyduję się na zjazd z foką na jednej narcie..., a ostatnie kilkadziesiąt metrów znoszę narty. 

Kanapka w schronisku i obstawianie czasu w jakim przebędziemy czekające nas 9 km po asfalcie. Piechotą to normą szybkiego marszu jest 1 h 40 min. Szacuję - 30 minut. No rzeczywiście sama przyjemność jazdy w dół, zwłaszcza, że odprowadzani jesteśmy zazdrosnymi okrzykami idących w dół turystów. Sam bym krzyczał, bo powroty tym asfaltem orzą psychę.

piątek, 08 stycznia 2016

Wystające kamienie, trawa i kosówka, 15 cm śniegu tu i ówdzie ułożonego w wąskie pasy. Warunki na skitury dla koneserów. Skoro jednak ostatnie turowanie to były czerwcowe Rysy ciśnienie było spore wiec z Lukciem i Andym poszliśmy.

20151212_14.01.26

Pod szczytem śniegu znośnie, na samej grani przepadająca szreń.

P51212142830

Pierwsze tury w sezonie 2015/2016 zasługują na selfie. Zjazd fajny i co ważne aż do Kuźnic.

czwartek, 09 lipca 2015

Od ładnych kilku lat się do tego przymierzałem, a później przymierzaliśmy. Były już próby. Jeden rekonesans skończył się na Niżnych Rysach, a drugi zetknięciem ze strażnikiem parku, z którym wynegocjowaliśmy zjazd poniżej Rysy (żleb biegnący z miejsca "prawie" na Rysach, czyli Przełączki pod Rysami"). Zjazd tym żlebem był na moim rozkładzie już wcześniej, ale ostudził mnie wypadek, w trakcie którego dobrze jeżdżący narciarz zleciał Rysą, pociągając za sobą dwie turystki. I on, i jedna z jego ofiar nie przeżyły. Więc na pewno nie chciałem jechać tu, kiedy będą tzw. betony. Na pewno warto było poczekać na dobre warunki, miękki śnieg, brak zagrożenia lawinowego. Niestety kiedy tak czekaliśmy na te dobre warunki TPN zdecydował, że zamyka szlaki dla turystyki narciarskiej.  Pech...

Wieczorem 5.06 dotarliśmy jednak do Schroniska w Roztoce z zamiarem noclegu i wczesnoporannego ataku. Trochę się jednak miło zasiedzieliśmy i wstaliśmy o poranku, a słowo "wczesnym" było określeniem umownym.

Nad Morskim Okiem szarawo, trzeba będzie się przebić przez chmury. Podobno jednak powyżej Buli się przeciera, jest więc szansa na dobrą widoczność podczas zjazdu.

Narty na plecach w temperaturze + 20 stopni budzą zainteresowanie, jak się później okazało, nie tylko turystów, ale i rozlicznych służb i życzliwych. No nic na razie podchodzimy. Pokrywa śniegu w zasadzie ciągła od Czarnego Stawu pod Rysami. Nie ma więc wyrzutów sumienia, że robimy krzywdę przyrodzie. Ten wczesny zakaz to niestety raczej przejaw zmieniających się trendów, nowy dyrektor TPN nie sprzyja skiturowcom. Powody nie są znane, na pewno znane są podwójne standardy tej organizacji: dowożenie swoich gości do Morskiego Oka, turystyka narciarska strażnika na zakazanych terenach na Słowacji.

Andy i MisQ w Rysie. Nie udało nam się dotrzeć do samej Przełączki. Powyżej tego miejsca nie było już śniegu. No cóż, to znaczy, że ten żleb jest do poprawki...

Idzie mi się świetnie. Wreszcie. Ponad 2000 km przejechane od początku kwietnia na rowerze zaczyna przynosić rezultaty. Jest mnie stanowczo mniej i pomimo, że plecaki ważą po 22 kg (plecak, narty, szpej zimowy, buty) szybko zdobywamy wysokość. Wreszcie jesteśmy na górze (prawie, do przełączki zabrakło ze 100 metrów). Spóźniliśmy się z 2 tygodnie i śnieg zdążył stopnieć powyżej odkrywając nieprzejezdne głazy.

Wychodzimy jednak ponad chmury, które raz po raz zakrywają jednak żleb. Trzeba się będzie wstrzelić w przerwę. Lukcio.

Selfie przed zjazdem. Śniadanko, klejenie czekanów do kijków i ruszamy w dół.

Cholera stromo. Zjazd wyceniony na 3, a więc o 1 więcej niż nasz standard. Śnieg wygląda za to obiecująco i tak jest. Bywa momentami wąsko, momentami kamienie, ale wszystkim idzie dobrze. U podstawy Rysy chwila odpoczynku, nad nami jakiś desperat w adidasach wykonuje zjazd po kamienistej łasze... Ludzie bez raków, czekanów, w dżinsach... Już na mnie nie robi to wrażenia, kiedy wychodzę wiosną w góry to dziwię się, że wypadków jest tak mało.

Wjeżdżamy w chmurę, nad którą udało się wyjść i stąd już nieprzerwany, przyjemny zjazd firnem do Czarnego Stawu. Czeka nas jeszcze średnio miłe spotkanie ze strażnikami parku. Podobno urządzili na nas obławę. Co za bzdura. To był niestety jeden ze scenariuszy, który braliśmy pod uwagę i niestety się zrealizował. Dyskusje nie mają sensu.

Radochy ze zjazdu jednak znacznie więcej niż wkurzenia na biurokrację, dlatego popas nad Czarnym Stawem się przeciąga.


Z lżejszymi portfelami schodzimy w dół.

Znad MOKa obserwujemy akcję TOPR, o której czytałem dwa dni później w kronice. Jak zwykle ktoś w adidasach się poślizgnął, trzeba było angażować śmigłowiec, uruchamiać ratowników... Chłopaki wkurzeni na akcję TPN, drażnię ich mówiąc, że na coś muszą iść pieniądze z naszych mandatów. I tak było warto, to jak mandat za przekroczenie prędkości na autostradzie, kiedy się jedzie sportowym samochodem. Czasami warto, tym razem na pewno.

niedziela, 28 czerwca 2015

Tak jak podobny jest scenariusz wycieczek, tak inna jest każda z nich. To chyba jeden z głównych motorów, który każe ruszyć cztery litery z łóżka o godz. 4 rano. Owszem benefitów jest sporo: góry, frajda z wysiłku, ryzyko, satysfakcja z tego, że się dało radę. To prawda, jednak równie pociągające jest to, że za powtarzalny scenariusz za każdym razem realizowany jest inaczej. Raz się komuś chce bardziej, komuś mniej, ktoś ma głupawkę, a ktoś kryzys za kryzysem.

Tą wycieczkę zapamiętam ciąg śmiesznych sytuacji, a zdobywanie wysokości, zjazd coś co wyszło przy okazji.

Start z Brzezin. Pokrywa śnieżna na tej wysokości ... bywa. Lukcio przeprawia się przez potok. Po prawej dwóch dzielnych chłopaków podąża za tatą w stronę Doliny Gąsienicowej, my za chwilę nieco zbaczamy.

Poszukiwania śniegu trwają. Obejście złamanego drzewa bez ściągania nart nie do końca się udało. Musiałem się wygrzebać z gałęzi.

Krzyżne, krzyżowanie nart itd... Po lewej Andy, u góry MisQ, po prawej Lukcio. Moja pantera, tygrys lub lampart na dole. Jak widać biały jest umownym kolorem śniegu. 

Wspomniałem, że nieco zboczyliśmy? Wspomniałem, więc zasadnicze pytanie: gdzie do cholery jesteśmy i jak dotrzeć do zielonego szlaku.

Wbrew pozorom nie doszło do przemocy. Andy nieco wysunął... środek ciężkości za podstawę i ku uciesze Lukcia i Miśka rąbnął na śnieg. Swoją drogą to ciekawe jak dużo radości dają takie proste gagi, np. kiedy kolega spadnie z gałęzi.

Dolina Pańszczycy. Zaczyna wiać i padać, pałatki się przydają. Czerwony Staw już się wyłonił spod śniegu. Maj.

Nie pamiętam co w tej chwili ubawiło Lukcia, ale na to wyjście to ciąg głupawki.

Misiek też nie trzyma pokerowej twarzy.

Na przełęczy czas na hasanie. Wieje, ale już nie pada i wyłania się słońce. Udało się w całości podejść na nartach. Nie było za stromo, a dobrze trzymający śnieg dawał wsparcie.

Tu kończy się Orla Perć. My nie wybieramy się do D5SP, tylko w druga stronę.

Juhuuuu... Słoneczko, trochę świeżego śniegu i cała dolina dla nas. Nie warto się czasami przejmować prognozami. 

Sunie Misiek, Lukcio obserwuje.

W końcu docieramy do czerwonego szlaku. Walka w kosówce i zejście z przyjemnym, wieczornym popasem nad Pańszczyckim Potokiem.

Końcówka kwietnia gorąca, śnieg znika w oczach. Andy i Lukcio, którzy specjalizują się w wyszukiwaniu zjazdów na Słowacji zaproponowali Lodową Przełęcz (2376 m n.p.m.).

Na dole wiosna. Nie załapałem się na krokusy w Chochołowskiej (bez żalu), wolę te, bez tłumu.

Wciągamy się kolejką na Hrebienok. Nasza trasa wiedzie dzisiaj Studeną Doliną do Chaty Tery`ego i w stronę Lodowej Przełęczy (Sedelko) 2375 m n. p. m. Zjazd drogą podejścia i podejście na Czerwoną Ławkę (2352). Powrót Doliną Staroleśną.


Andy wypatruje śniegu. Wypatrzył więc możemy iść.

Tatry Słowackie oferują coś, czego po naszej stronie jest mniej - przestrzeń. Dolinka pod Sedelkiem, i żleb do Lodowej Przełęczy.

Jak wiadomo srebrna taśma jest dobra na wszystko. Podczas naszych eskapad służyła głównie do klejenia łamanych kijów, zastępowała urwany pasek w bucie, zgubioną klamrę oraz mocowania czekanów do kijków podczas stromych zjazdów. Od pewnego czasu moje wysłużone komperdele explorer contour trzymały się głównie na taśmie. Tym razem jeden z segmentów postanowił się oddzielić od pozostałych. Straciłem tu kilka minut na wyrywaniu go z głębokiego śniegu. W końcu udało się go wyciągnąć i naprawić... srebrną taśmą.

Dolina pod Lodową Przełęczą. Tu będziemy szusować. Na dole żlebu widać sylwetkę skiturowca. Zjazd przyjemny, momentami dość czujny, bo górna warstwa była mało związana, na dole kierujemy się w stronę Czerwonej Ławki. 


Podejście na Czerwoną Ławkę. Stromo, zwłaszcza u góry. Ten szlak jest uważany za jedno z trudniejszych turystycznych podejść po słowackiej stronie, moim zdaniem taka opinia związana jest tylko z ekspozycją, bo technicznie prezentuje średnią trudność. Nie chciałbym tędy podchodzić bez asekuracji jeśli śniegi byłyby betonowe, ale tego dnia łatwo można było wybić stopień, a raki i czekan dawały dużą stabilność.

Na Czerwonej Ławce. Zjazd nie wygląda na trudna. Śnieg jest miękki, firnowaty co daje dobrą kontrolę w stromych miejscach. Szuuuu... na dół. Zdjęcia MisQ i Lukcio.

Na dole miałem jeszcze niezłą przygodę. Już u wylotu Doliny Staroleśnej zjeżdżaliśmy wąską ścieżką w lesie wypatrując czy śnieg się nie skończy. Trochę mnie poniosła zabawa i jadąc dość szybko za Lukciem późno się zorientowałem, że w śniegu jest kilkumetrowa przerwa. Lukcio się zatrzymał, ja już nie miałem miejsca. Do wyboru zostało mi zatrzymanie się na nim lub przejazd, a właściwie przelot nad nadbrzeżem potoku i próba zatrzymania gdzieś dalej. Wybrałem druga opcję, odchyliłem się żeby czuby nart nie zahaczyły o kamień i szurnąłem górą dolatując do łachy śniegu, gdzie mogłem postawić narty w poprzek. Uff... Udało się, nawet rysy w nartach nie były głębokie.

Na dół dotarliśmy w strugach deszczu z poczuciem dobrze spędzonego dnia.

 

niedziela, 21 czerwca 2015

Zima się wreszcie rozkręciła w kwietniu. Wziąłem dzień wolnego w środku tygodnia i szurnęliśmy do Zakopanego. Klasyk zjazdowy - trzy przełęcze  Świnicka, Karb i Zawrat. To zjazdy wycenione w trudności na 2. Super, jest już adrenalina, bo stromo, ale z ciągle rosnącym doświadczeniem i (mam nadzieję) umiejętnościami powinniśmy sobie z tym poradzić. Tym bardziej, że nie miało być jakoś szczególnie betonowo. Wciągnęlliśmy się kolejką żeby zaoszczędzić czas i siły na trzy przełęcze. 

Grzbietem w stronę Świnickiej Przełęczy

Przełęcz Świnicka jednak mocno mnie tego dnia zweryfikowała. Z Kasprowego przez Beskid sprawnie dotarliśmy do nawisu nad przełęczą. Nawis jest tu normą w zimie, więc się go spodziewałem, nie spodziewałem się, że będzie tak twardo.

Na Świnickiej Przełęczy. Oglądanie zjazdu żlebem. Widać nawis, który tak nieelegancko potraktował mnie i Andy`ego

Lukcio sprawnie przejechał nawis, ja wydygałem i postanowiłem opuścić narty poniżej... rany, zajęło mi to wieczność, o stylu gramolenia się nie wspomnę, no i popełniłem błąd, duży błąd. Nie usztywniłem buta do pozycji "zjazd". W pierwszym zakręcie przeniosłem ciężar na buta, a but się pochylił i tyle. Skrętu nie było. Wykonałem całkiem ładnego fikołka i stanąłem na nartach. Samo się zrobiło, a to niezły wyczyn w takim stromym żlebie...

Andy`emu poszło równie słabo. Stojąc już w żlebie zastanawiając się co się wydarzyło z moim fikołkiem zobaczyłem jak leci narta, a powyżej właściciel sunie na mnie żwawo. Nie zdążyłem zwiać, więc żeby nie polecieć razem opuściłem dolną nartę, zaparłem się jak umiałem. Udało się, układ ustał i Andy miał się czego łapać. Po tym upokorzeniu i lekcji pokory dalej już było tylko lepiej. 

Karb poszedł gładko. Zmyliśmy część hańby.

Teraz kolej Zawrat, który tak mnie źle potraktował kilka tygodni temu. Od dwóch tygodni sporo trenowałem na rowerze i zacząłem czuć więcej mocy. Po raz pierwszy udało mi się w całości podejść na nartach próg do Zmarzłego Stawu.

Po południu śnieg "puścił", zapowiadało się fajne podejście i przyjemny zjazd. Ludzi prawie nie ma, zalety wędrówki w środku tygodnia

Zawrat stawiał się tylko na samej górze, właściwie nie sam Zawratowy Żleb tylko skały wystające spod śniegu, przez które trzeba było jakoś się przecisnąć. Poniżej jechało się super i z poczuciem, że poranna porażka została trochę przykryta dwoma fajnymi zjazdami zjechaliśmy do Gąsienicowej i dalej starą nartostradą do Kuźnic.

Przed zjazdem z Zawratu. Animusz wrócił.

sobota, 20 czerwca 2015

Lany, a właściwie sypany, poniedziałek. Sypało przez ostatnie dni więc pojawił się puch. Nie dało się operować wyżej więc wybraliśmy względnie bezpiecznego Grzesia i hasanie po lesie. Trafiliśmy na jedne z najlepszych warunków ever. Mało ludzi, mnóstwo śniegu. Nie dało się jeździć po cichu... więc pokrzykiwania juhuuu! dobiegały zza co drugiego drzewa, po każdym skręcie w którym wciskało w skręt. Czułem się jak Muminek na chmurkach wyczarowanych ze skorupek z jajek.

Chochołowska pusta, cała nasza.

Wycieczka niedaleka, nastawieni na hasanie. Tu z Lukciem w Dolinie Chochołowskiej.

Tę gałąź narciarstwa wytyczyli Maklakiewicz z Himilsbachem

Bajka, bajeczka, puch, puszek i gęby w zachwycie przez cały dzień.

Przepak na Grzesiu i w dół... Dzisiaj nie było czasu robić zdjęć, liczyła się jaaaaaaazdaaaa.

niedziela, 07 czerwca 2015

Zacząłem coś robić po porażce na Zawraciku, więc pomysł MisQ żebyśmy lany poniedziałek spędzili na skiturach był dla mnie jak najbardziej. Kasprowy Wierch dlatego, że była lawinowa "trójka" i to nie na wyrost. W ostatnich dniach spadło z 20-30 cm więc obiecywaliśmy sobie jazdę po puchu. 

Przepak i selfie przed wyruszeniem w górę. Śnieg, śnieżek wokół... 

Podejście nartostradą to klasyk podejścia na Kasprowy. Osobiście wolę iść przez Dolinę Jaworzynki, ale umówiliśmy się, że tamtędy będzie zjazd.

Dalej nartostradą i brzegiem trasy. Szybka decyzja. Kasprowy poczeka, a zjedziemy z Pośredniego Goryczkowego (gdzieś za moimi plecami). Trudno uwierzyć na podstawie tego zdjęcia, ale na szczycie dopadła nas chmura i solidny opad śniegu, więc pierwszy zjazd odbył się z nieustającym pytaniem - gdzie jedziemy? W lewo, w prawo... Trudno się zgubić w Goryczkowej więc i nam się nie udało. Zjechaliśmy i podeszliśmy ponownie na Kasprowy.

To Wielkanoc więc na szczycie MisQ wyjął dwa kurczaki. Ten po lewej to MisQ, po prawej ja. Za nami rozmazany grzbiet Beskidu.

Dzwon, obserwatorium. Klasyk, ilość śniegu, wiosenne słońce usprawiedliwiają oszołomienie. Za chwilę w dół. Przeciskamy się pod linką żeby złapać trochę głębokiego i świeżego. Fantastyczne 300 metrów zjazdu, dojeżdżamy do ubitego (przygotowanego stoku) i szybciochem wydostajemy się znów poza trasę. 

Gdzieś pod Zielonymi Turniami i Uhrociem Kasprowym trochę naszego śladu. 

MisQ zdobywca w pożegnalnej focie. Teraz jeszcze "starą" nartostradą fantastyczny zjazd po świeżym śniegu i na parking. Blitz Krieg - o 16.30 w samochodzie.

Zawrat, Zawracik to punkt zwrotny i tak też było. Brak treningu spowodował, że to wyjście w Słowackie Tatry wspominam jak najgorzej. Podjechaliśmy kolejką na Hrebeniok, piękne widoki i kompletna wata w nogach. Sił starczyło mi żeby podejść do Zbójnickiej Chaty. Tam powiedziałem chłopakom - Na ra i wróciłem z mocnym postanowieniem treningu. Bo to nie ma po co wchodzić w żleb jeśli na górze nie ma już siły żeby zjechać. To ani przyjemne, ani bezpieczne i dla mnie i dla ekipy.

Po Słowackiej stronie jak w Dolomitach

Chłopaki na podejściu.

niedziela, 10 maja 2015

Jeśli miałbym kłopot ze słowem ambiwalentny, to jego znaczenie wyjaśnia się kiedy w Tatrach jest duży opad śniegu. Z jednej strony robi się lawinowo (tak było tego dnia - 3), z drugiej strony puch kusi. Pomysłem jest znaleźć miejsce, gdzie jest na tyle stromo, że niesie i na tyle bezpiecznie, że nie "wyjedzie". W polskich warunkach zostaje las. Podejście szlakiem na Trzydniowiański, a właściwie jego najniższy wierzchołek - Kulawiec.

Zebrała się liczna ekipa, poza pewniakami Andym, Lukciem i MisQ dołączyli do nas Marcus, PePe i Tomek. To nie była skomplikowana wycieczka. Cel podejść do góry i zjechać, później podjeść i zjechać, a później (wersja dla wytrwałych) podejść i zjechać.

Chochołowska o poranku, po świeżym odpadzie jest dostojna, rozłożysta i obiecuje przygodę. Na dodatek w środku zimy jest jeszcze zwykle pusta. Fot. Marcus

No i ciąg dalszy bajkowych krajobrazów. Puch, puszek, puszunio...

  Śniadanie,  a Andy wypuścił się sprawdzić strukturę śniegu. Badanie wypadło obiecująco. Fot. MisQ

Podejście na Kulawiec. Im wyżej tym ładniej, ta nieskomplikowana reguła tego dnia działa jak złoto. Lukcio cieszy się obietnicą zjazdu. Fot. Marcus

Żleby kuszą, ale lawinowa trójka to nie przelewki, tym bardziej, że świeżego jest z 40-50 cm. Fot. Marcus

No to rozpoczyna się hasanie. Marcus nie daje się wciągnąć pod śnieg. Puch, puszek nie był idealny, trochę trzymał narty, ale narzekanie byłoby grzechem. Fot. MisQ

Lukcio na wybiciu. Tajner z Kruczkiem byliby z niego dumni. Fot. MisQ

Marsjanie też doceniają możliwość założenia śladu. I to w jakim stylu. Fot. MisQ - jak to możliwe?

Andy dowodzi, że epoka monoski (jednej narty) nie odeszła w zapomnienie w latach 70.  Fot. MisQ

środa, 08 kwietnia 2015

Ciekaw byłem tego wyjazdu. Ostatni raz na Zawracie na nartach rok temu. Pojechaliśmy z Andym we dwóch, bo chłopaki nie mogli. Nie dość, że kondycja taka sobie, to ostatni tydzień dręczyła mnie infekcja. Niby nic, ale lejący nos i ogólna słabość. W czwartek przeszło więc uznałem, że w niedzielę będę gotów. Na wyrost uznałem. Do Gąsienicowej jakoś się szło, na próg Koziej Dolinki gorzej, nawet nie próbowałem na nartach tylko z buta. Andy walczył prawie do końca, ale na ostatnim zakosie się poddał... za stromo. Na dodatek zwiała mu narta i zaliczył podejście pod próg dwukrotnie.

Kozia Dolinka. Na Zawrat tak blisko, tego dnia dla mnie bardzo daleko.

Później w moim wykonaniu było tylko gorzej. Podejście na Zawrat trwało i trwało. Śnieg wydawał się ok, ale ja się gramoliłem jakby to było 5000 m n. p. m. nie niespełna 2000. Przyplątały się kurcze, nogi jak z waty, więc na przełęczy po prostu padłem. Musiałem słabo wyglądać, bo Andy wskazał mi grajdoł, gdzie zległem. Znając słabość nóg miałem cykora przed zjazdem. Zawrat to dwójka. Zjeżdżałem z niego kilkakrotnie i poza pierwszym krótkim fragmentem nie jest przedstawia wielkich trudności, ale to jest prawdziwa teoria, kiedy uda trzymają a nogi się nie trzęsą tak jak mnie tej niedzieli. Postanowiłem więc przyczepić sobie czekan do kija, na wszelki wypadek, gdybym poleciał. To była dobra decyzja. 

Początek zjazdu, dawno się nie czułem tak niepewnie. To zdjęcie zrobił Robert, którego poznaliśmy na podejściu

Przecisnęliśmy się przez wąski przesmyk pomiędzy skałami tak żeby powiedzieć sobie, że cały żleb zrobiliśmy na nartach... mnie to stwierdzenie nie dotyczyło, bo po pierwszym skręcie coś poszło nie tak i grzmotnąłem na stromym i zacząłem się zsuwać. Pierwsza zasada to starać się nie przyspieszyć. Odruchowo więc wbiłem czekan i podciągnąłem się na nim przygniatając do śniegu. Zatrzymałem się po 10-15 metrach. Błogosławiłem wówczas nasze ćwiczenia i wygłupy z czekanami podczas jesiennych śnieżnych wyjść podczas, których sprawdzaliśmy w praktyce teorię hamowania na stromym, która mówi nie nie hamuj z czekanem wbitym nad głową, bo to czcza i nieskuteczna rozrywka.

Zbieram się po upadku. Andy wspiera mentalnie.

Stanąłem, narta gdzieś została wyżej, wszedłem po nią i zacząłem ustawiać stanowisko do wpięcia się. Kłowe wiązania TLT nie są moim ulubionym sprzętem. Lekkie są, ale w trudniejszych sytuacjach - na stromym lub w głębokim śniegu trudno się wpiąć. Szynowe wiązania działają podobnie jak wiązania narciarskie. Przód, pięta i klik. Jedziesz. W kłowych TLT trzeba równiutko ustawić stopę, klik i... znów, bo nie weszło... klik... tym razem lód w insertach ... klik... itd. Jeśli stoisz na równej powierzchni możesz się tylko powkurzać. Tyle, że właśnie stałem na stromym zlodzonym fragmencie, co chwile łapały mnie kurcze i nogi zaczęły się telepać. Dużo nie trzeba było ziuuu... znowu jadę w dół, tym razem tylko chwilę, bo odruchowo  wcześniej moszcząc stanowisko wbiłem czekan, a lonża została na nadgarstku. To nie był mój dzień.

Wreszcie zjeżdżamy. Andy śmiga w dół, ja się męczę okrutnie. Docieramy do progu Koziej.

To zdjęcie mówi więcej o tym dniu w moim wykonaniu niż cała relacja.

Później znana trasa - żlebem nad Czarny Staw Gąsienicowy i w dół Starą Nartostradą. Dobrze, że przynajmniej śniegu jest tyle, że docieramy do samochodu na nartach. Zdarzają się wyjścia niezbyt miłe narciarsko, jak to... ale i tak było fajnie :) Po upadku trzeba wsiąść na konia jak najszybciej... 

wtorek, 31 marca 2015

Jak podejście do Doliny 5 Stawów Polskich i wejście na Kozi Wierch to zawsze jest ok. Dodatkowo tego dnia zapowiadała się znakomita pogoda i fajne warunki śniegowe. Kozi Wierch to "minus dwójka" w 6 stopniowej skali trudności zjazdów. Dla mnie to taka trudność, która daje frajdę i trochę adrenaliny, ale nie jest - w normalnych warunkach - walką o przetrwanie. Lubię to podejście ośnieżoną Doliną Roztoki i ten moment, kiedy przed Wielką Siklawą las ustępuje i otwiera się przestrzeń.

W górę czarnym szlakiem. Na progu Doliny Pięciu Stawów Polskich.

Omijamy podejście do Siklawy - zbyt ryzykownie, niedawno padało, a u wylotu żlebu (Litworowy) zawsze jest czujnie. Dobrze to widać wiosną i latem. Wiosną to ostatnie miejsce gdzie trzeba trawersować śnieg, a latem lawiniastość tego miejsca wyznacza stromy tor pozbawiony kosówki. Piszę o tym, bo dwa tygodnie później (po tej wycieczce) tam właśnie znaleziono ciała dwóch chłopaków, którzy wracali tamtędy z długiej, wyczerpującej wyprawy. Przykryła ich niezbyt szeroka lawina.

Na podejściu, w Szerokim Żlebie.

Śnieg wygląda na stabilny, a pogoda... marzenie. Chłopaki jeszcze walczą z zakosami, ja wolę z nartami na plecach, mam wrażenie, że na stromym łatwiej zachować rytm. Na Kozi wspinają się również Andy, Lukcio, Mateusz, Marcus, PePe i ja. Nie trzeba zakładać raków. W takim śniegu twarde narciarskie skorupy dają wystarczające oparcie.

W 1/5 bardziej stromego fragmentu żlebu natykam się na grupę studentów, którzy właśnie debatują nad techniką zjazdu w dół... na karimacie. Harpagany. Owszem, zjazd na tyłku, tak zwany dupozjazd, jest zalecaną techniką pokonywania stromizm, ale pod warunkiem, że ma się czekan do kontrolowania prędkości. Można ten sposób znaleźć nawet w uznanych podręcznikach. Nic nie wspominali tam o karimatach no i jednak na tyłku jest chyba jakoś bardziej kontrolowanie niż oddać się śliskiej karimacie. Pomysłowy zespół ma czekany, ale zamierza hamować też rakami. Namawiam ich przynajmniej do zdjęcia raków, które przy próbie zatrzymania się działają jak haczyki do zrywania więzadeł, albo katapulta. Wszystko zależy od prędkości i tego jak góra postanowi nas potraktować.

Ekipa deliberuje chwile nad moją propozycją i decyduje się jednak zdjąć raki. Wyraźnie przestraszona wariackimi pomysłami dziewczyna robi hardą minę, ale widać, że najchętniej pozbyłaby się wysokości w sposób może i nudny, ale i bezpieczny - schodząc. Tylko jak tu żyć z etykietką nudziary... Podchodząc, długo ich widziałem jeszcze w miejscu, lub prawie w miejscu. Później zniknęli. Chyba im się udało bez szwanku stracić wysokość, bo kroniki TOPR milczały na temat tego wyczynu.

Lukcia Ti tajm na szczycie. 


Już na zjeździe. W dole tafle zamarzniętych stawów w Piątce.

Śnieg początkowo twardy, ale trzymający. Sam początek to jak zwykle taki spór wewnętrzny, bo stromo i wyobraźnia pracuje co jeśli... Ponieważ ruszyłem pierwszy rozglądam się też bacznie, czy nic nie wyjedzie spod nas, jest już dość późno (około 14) - słońce zdążyło roztopić wierzchnią warstwę śniegu, który stał się cięższy. Jakoś się jednak jedzie.

Jest z nami Mateusz, który dotąd nie jeździł na skiturach, jest jednak świetnym narciarzem i po paru skrętach, w których rozpoznawał teren, nastromienie i śnieg, przyjemnie na niego patrzeć.  

Chociaż to mój piąty zjazd z Koziego Wierchu (2291 m n. p. m.) to tak naprawdę pierwszy do końca, bo ruszyliśmy z samego wierzchołka. Wcześniej się nie składało, bo:

  1. wycof z PePe - zagrożenie lawinowe i deszcz.
  2. wycof z powodu ekstremalnego betonu, nawet raki się słabo wbijały, narty zostały w połowie żlebu.
  3. nie trafiliśmy na szczyt we mgle.
  4. wiosna, u samej góry nie było ciągłej pokrywy. 

Zjazd dość męczący, ale frajdy mnóstwo. Zaleta zimy jest taka, że można dotrzeć do samego schroniska.

Panorama Miedzianego z tafli Wielkiego Stawu piękna.  Autorstwo fot zbiorowe, większość tym razem Lukcio.

Idziemy do schroniska, tam piwo i zjazd Litworowym Żlebem, później roztoka i do Wodogrzmotów Mickiewicza. Na asfalcie ciągle mnóstwo śniegu, więc da się na nartach aż do samochodu. 3,5 km pokonujemy w niespełna 20 minut.

wtorek, 24 lutego 2015

Salatyn (Salatyński Wierch) to tzw. free zona na Słowacji, czyli nieprzygotowany stok z którego można zjeżdżać legalnie. Tym razem ekipa była spora, bo aż 8 osobowa. Poza zestawem stałym był PePe i trzech kolegów Lukcia, w tym Tomek, z którym mieliśmy okazję już być na Rysach w ub. roku. Dołączył też Mateusz, świetny narciarz, dla którego to było pierwsze skiturowe wyjście. 

To nie był mój dzień. W nocy wróciłem z Warszawy z przystankiem w Częstochowie, przespałem się 2 godziny i z lekkim poślizgiem o 5.30 siedziałem w samochodzie. No cóż za wybory zawsze się płaci jakąś cenę. Można siedzieć w domu, a można mieć pod powiekami trochę więcej. Ja wolę ten drugi stan. I to nie chodzi o piasek pod powiekami... Wyładowaliśmy się z auta w dobrych nastrojach na parkingu pod ośrodkiem narciarskim Rohacze. Narty na nogach (po raz pierwszy miałem Voelke Amaruq, które przeszły drobną przygodę ze świeczką, nad którą zawisły nieszczęśliwie, któregoś miłego wieczoru. Deskom został brązowy ślad na powierzchni i wżer na ślizgach, a ja mam nauczkę. Narty działają bez zarzutu. Skoro one mogą.

Podeszliśmy wzdłuż stoku i dalej przez kosówki trasą znaną z ubiegłego roku, w końcu zasadnicze podejście z nartami na plecach.

IMG_92761

Andy napiera 

IMG_93511

MisQ na pierwszym planie, Salatyn w tle

Niedospana noc sprawiła, że chciałem zawrócić, ale jakoś się dowlokłem. Zjazd za to bardzo fajny, na górze nieco twardo, ale dwie trzecie stoku to istna bajka. Amarq są nieco szersze, dłuższe i bardziej miękkie od Haganów, co w tych warunkach dawało dużą przewagę i łatwość, łatwość przekłada się na pewność, a jak się nie walczy z górą tylko współpracuje to jest flow. I o to chodzi.

IMG_95071

PePe w akcji

P10301781
Cała ekipa u podnóża Salatyna. Tego dnia część chłopaków poszła 3 x w góre, reszta ekipy (i ja) po drugim wejściu zwinęła się na parking.

 

poniedziałek, 23 lutego 2015

Kiedy w Tatrach tyle śniegu, że można go zmieść na łopatkę rozwiązanie jest jedno - Kasprowy Wierch. Tak jest zwykle na początku sezonu, kiedy wszyscy wyposzczeni ciągną na Kaspro jakby byli wyznawcami kultu Wielkiego Dzwonu (tego na szczycie). Poszliśmy i my. W tej wyciecze uczestniczył Andy, MisQ i ja.

Godzina 8. Poranna krzątanina na parkingu. Żeby tu dotrzeć trzeba było wstać o 4.30. Jak ja tego nienawidzę, ale kiedy już ma się na nogach buty i narty, to senność ustępuje i włącza się tryb "krok, za krokiem".

Dolina Goryczkowa. Dzień szarawy, wyciąg na Kasprowy jeszcze nie kursuje, spod cienkiej warstwy śniegu przebija trawa. Cała góra dla skiturowców. Wieje, ale w normie, słońce gdzieś też schowali. Cóż styczeń w Tatrach.

Jest i Mekka. Foki trzymają dobrze, więc podejście jest przyjemne.

Pogaduchy i selfie na Kasprowym.  Później fajny zjazd po twardym, ale dobrze trzymającym podkładzie. Udało się dotrzeć na nartach prawie do samochodów. To zawsze cieszy, kiedy nie trzeba nieść nart w dół. Na to jest czas w maju.

Już na dole. Zdjęcie do kampanii społecznej na rzecz wyposzczonych skiturowców "Bo śniegu było za mało". Krew nie miała nic wspólnego z glebą, którą zaliczyliśmy z Andym próbując zjeżdżać we dwóch na jednej parze nart po oblodzonej drodze, ani z walką o wiśniówkę... przyznaję - mała inscenizacja, chociaż krew prawdziwa.

(fotki MisQ)

Tego dnia zdefiniowało mi się zimno w Tatrach, ale po kolei.

Było wiadomo, że pójdziemy, ponieważ dawno nie było nas w Zachodnich wybór padł na Starorobocianski.

Szlak Doliną Chochołowska to zawsze jeden z bardziej wyczerpujących psychicznie odcinków, chłopaki na granicy załamania psychicznego, ale robią dobrą minę. 7 nudnych kilometrów sprawia, że w Zachodnich jesteśmy rzadziej niż na to zasługują.

Wyżej jest bardziej interesująco. Spotykamy Teletubisia kontemplującego świeży opad na kosówce. 

Nie dajemy się długo przekonywać, że świeży śnieżek smakuje najlepiej prosto z gałązki. 

Po wyjściu na grań od Siwego Zwornika nie mamy wielu zdjęć. Zamarzły baterie, poza tym wyjęcie ręki z rękawicy to był akt heroiczny. W kilkanaście sekund dłoń robiła się biała i doprowadzenie czucia zajmowało kolejne kilka minut. Byliśmy dobrze ubranie, ale zaczęło się robić srogo zimowo. Nie bardzo można było sobie pozwolić na błąd np. w postaci zgubienia szlaku. O to nie było trudno. Mgła ograniczyła widoczność do kilku metrów, na Starorobociańskim wiało okrutnie, w porywach do 80 km/h i temperatura spadła do - 16 st. Ruszyliśmy w stronę Kończystego Wierchu. Zupełnie nie było widać po czym się idzie, najpierw trzymaliśmy się grani, coś się jednak nie zgadzało, więc później za podpowiedzią gps-a odbiliśmy w stronę Słowacji i wreszcie dotarliśmy do szlaku. Ucieszyło mnie to.

Już na grani MisQ nagrał film, który oddaje srogi klimacik:



niedziela, 15 czerwca 2014

Sprawy mają swój koniec i trzeba pozwolić odejść, kiedy nie chcą być, a np. taka zima 2013/2014 też już nie chce. Dała o tym znać o godz. 7.30 na parkingu w Palenicy Białczańskiej - termometr pokazywał 22 st. 

Godne zakończenie wymagałoby fajnego finału dlatego ruszyliśmy na Rysy. Majowy rekonesans dowiódł, że są w zasięgu technicznym, w odpowiednich warunkach. Jakaś zła seria towarzyszy temu miejscu. Wiosenne śniegi potrafią zwieść. Dzień wcześniej ktoś nie miał szczęścia i zsunął się po śniegu na skały, ostatecznie. Tego dnia miało być lepiej. Śledziliśmy warunki w Rysie - żlebie pod Grzędą i o kilka dni przesunęliśmy wyjazd żeby nie trafić na beton (zmrożone śniegi).

Na podejściu do Morskiego Oka aktywnie dopingujemy biegaczy biorących udział w zawodach na odcinku Palenica - Morskie Oko. Z tego miejsca chciałbym przeprosić za wszystkie okrzyki "Dajesz, Kurwa, Dajesz", "Nie przyjechałeś tu żeby chodzić", "Uciekaj przed tym cieniarzem z tyłu" - do tego z przodu "Goń leszcza, bo słabnie" - to do tego z tyłu. "Pokaż cycki" - do długowłosego mężczyzny (pokazał)  i inne, których ten publiczny charakter bloga nie pozwala powtórzyć. Na zdjęciu powyżej Andy w typowej akcji dopingowej - biegu synchronicznym z zawodnikiem. 

MisQ zakłada buty i raki, bo od Czarnego Stawu pokrywa ciągła. No właśnie mamy iść a chwile wcześniej spotkała nas niemiła niespodzianka - straż parku z komunikatem, że szlak zamknięty dla turystyki narciarskiej i jeśli zjedziemy dostaniemy mandat. Fakt, zamknięty, ale śnieg leży na całej drodze, którą zamierzamy wejść więc przyrodzie krzywdy nie zrobimy. Dżentelmeńska umowa - możemy iść i zjechać od podstawy Rysy. Dobre i to, skoro już przytaszczyliśmy sprzęt tutaj to pójdziemy wyżej, choćby dla kilku szusów.

Śnieg nieco "przykurzony", trochę kamyków i pyłu. To nie szkodzi, ślizgi i tak do serwisu. Słońce tak mocne, że zatrzymuję się jeszcze na poprawki smarownicze dokonywane słynnym kremem. Zapach odstrasza niedźwiedzie od Roztoki po Poprad, ale działa.

Lukcio ocenia. Obiecująco twardo na podejściu, w rakach sama przyjemność, a w dół nie będzie brei.

Przyroda kusi widokiem rezultatów zmagań późnowiosennych sił natury - skał, słońca, śniegu i wody. Co jakiś czas rozlega się gromki huk i bazaltowe odłamki mkną w dół. Na te większe trzeba uważać.

To ostatni wpis zimowy, więc nie mogę się oprzeć przed zamieszczeniem większej ilości fotek.

To już Rysa. Trzeba zawracać, w końcu umowa, choć kusi bardzo żeby wejść wyżej. Nie mogę sobie odmówić jazdy w krótkich spodenkach. Lukcio i MisQ również nie przypinają nogawek, Andy podchodził w długich spodniach. Zakładam jednak kurtkę, bo gdyby coś poszło nie tak to hamowanie czekanem, podczas którego jednak jest sporo tarcia o śnieg nie byłoby miłe.

MisQ już czeka. Pod nim trasa naszego zjazdu. No to juhuuu! 

Ale pięknie. Pod spodem twardo, na wierzchu miękko i można jak się chce. Długim, krótkim, szybciej, wolniej. Turystów niewielu więc nie trzeba się martwić zsuwającym się śniegiem czy obieraniem toru.

I skręt. Śnieg czasami leci na gołe nogi, chłodzenie na bieżąco. Fajne uczucie.

Z Andym w synchronicznej jeździe. Mijamy Bulę. Poniżej Czarny Staw.

I Lukcio przygotowany do skrętu.

Andy wjeżdża w strefę cienia rzucanego przez Wielkie Mięgusze.

A w cieniu jeszcze ciekawiej. Nierówno i trzeba uważać na kamienie. Szczęśliwi i szczęśliwie dojeżdżamy do Czarnego Stawu, pijąc radlera i wygrzewając się na skałach podziwiamy pozostawione ślady. Żegnaj zimo 2013/2014. Było krótko, ale fajnie. Czas na lato.

Fotki autorstwa zbiorowego, jak zwykle w większość zrobił MisQ. Dzięki

wtorek, 13 maja 2014

Kuszą i przyciągają. Wysokością, długością zjazdu, nastromieniem. Żleb Rysa idący z Przełączki pod Rysami to przyszłość, ale postanowiliśmy zrobić rekonesans w okolice tego najwyższego szczytu Tatr. Maj i czerwiec to najlepsze miesiące na to żeby tu podziałać. Okolice Buli pod Rysami są okryte niesławą jednego z bardziej narażonych na lawiny miejsc w Tatrach dlatego zimą właściwą trudno trafić na w miarę bezpieczne warunki. Dodatkową trudnością jest twardy i zmrożony śnieg powyżej 2000 m.n.p.m. Sprawia on, że upadek może skończyć się dłuuuugim niekontrolowanym ślizgiem z niewiadomym finałem. Dlatego najlepszą taktyką jest wejście na górę około godz. 11 odczekanie aż beton odpuści i zjazd po jeszcze twardym, ale puszczającym śniegu. Po południu śnieg rozmięka, staje się ciężki i rośnie niebezpieczeństwo zsuwów, z którymi można zjechać w nieznane. 

W Krakowie pada, po drodze pada, Tatry w ołowianych czapach. Nic  to, 5 serwisów pogodowych mówi, że będzie "czasem słońce, czasem deszcz" więc wbrew temu co za szybą samochodu, w towarzystwie skocznych tyrolskich hitów i ryczącego Scatmana Johna (Dzięki MisQ :) docieramy do Palenicy. Przestaje padać chwilę po tym jak wysiadamy z samochodu. Spotykamy Tomka, kolegę Lukcia, który też wybiera się w ten sam rejon.

Nad Morskim Okiem. Idziemy na to śnieżne pole i grań po lewej stronie zdjęcia. Po prawej stronie kontemplujący Andy. Autor zdjęcia Tomek, inne zdjęcia w tym wpisie tradycyjnie MisQ, Andy`ego i moje.

Ludzi na szczęście niewielu. Padający od rana deszcz i pozornie złe prognozy zrobiły swoje. Pogoda jednak bajeczna. Jest dość późno, ale dzień długi.

Pozowanko nad Czarnym Stawem. Nie da się już po nim przejść wiec trzeba dookoła. Koło łokcia Lukcia po lewej widać wyjeżdżający spod Buli snieg. Żleb Rysa, to charakterystyczna ukośna kreska kończąca się nad kapelusikiem, nasz cel na dzisiaj znika za formacją po lewej stronie zdjęcia u góry. Za chwilę buty turystyczne zmienimy na narciarskie. Fok nawet dzisiaj nie braliśmy, słusznie przewidując, że nie będzie gdzie ich użyć.

Podejście mozolne. Nie ma takiego drugiego w polskich Tatrach. Pod Rysą skręcamy w lewo na Niżne Rysy, od tej chwili trzeba torować. Tę robotę biorą na siebie Tomek i Lukcio, później dołącza do nich MisQ. Śnieg miękki, zapadają się nawet wydeptane stopnie.

Idę od podstawy w rakach. Tak wolę, kilka minut na założenie, a nie traci się siły na wydeptywanie równych stopni i na powtarzanie kroków. Nad Bulą raki zakłada też Andy, wyżej pozostała część ekipy. Krótki popas, herbata i kanapka. Orientuję się, że nie mam już wody, a w tym słońcu leje się z nas konkretnie, dopycham śniegu do butelki licząc na słońce. Nic z tego... nie stopnieje aż do końca dnia. Zawsze jednak kilka kęsów mokrego śniegu pomaga. Trzeba tylko uważać na różne latające stwory, które nawet na tej wysokości i na śniegu zaczynają się roić.

Stąpając po stromym śniegu od czasu do czasu odwracamy się zerkając na legendarny tatrzański zjazd wyceniony na 6 w 6 stopniowej skali - Zachód Grońskiego przecinający zbocze z Małej Wołowej Szczerbiny (2355 m n.p.m.) do Kotła pod Rysami. Pierwszy raz pokonany przez himalaistę i taternika Piotra Konopkę w 1994 roku. Piotr jest aktywnym do dzisiaj ratownikiem TOPR. Skóra cierpnie od samego patrzenia na tę linię. Do dzisiaj niewielu jest takich, którzy pokonali ten żleb. Jak to wygląda z perspektywy ekstremalnego narciarza, a tak: Rastislav Peto

A tu Zachód z dalszej perspektywy

Tymczasem udajemy się na nasze 2+ z przekonaniem, że to na razie wystarczy. Na 50 metrów przed szczytem pakujemy się nie tam gdzie trzeba nie ma stamtąd dobrego zjazdu. Wycof i decyzja  - zjeżdżamy z tego miejsca co jak później się okazało było Zadnią Przełączką w Rysach. No cóż Niżne do poprawki.

 

Przygotowanie. Najpierw wyrąbać butami półkę na narty, przypiąć plecak do czekana, kontrolować rękawiczki, kaski, kije, kurtki czy nie zamierzają się wybrać w samodzielną wycieczkę w dół. Jeśli to czapka to pół biedy, gorzej bez kija czy kasku.

Śnieg bardzo miękki, zapewne ku uciesze starszego, uroczego pana, który serwisuje moje narty wjeżdżam centralnie na skałę, która wypina mnie ląduję w śniegu. No cóż znając realia jazdy pozatrasowej i widząc snopy iskier, które czasami wylatują spod krawędzi walących w kamienie nie oczekuję od nart, że przeżyją więcej niż 3 sezony, tym bardziej, że moje Dragony są nieco za wąskie w talii i na twardym sobie radzą, ale w takim czymś nie pomagają. Wiadomo wszystko zależy od techniki, ale sprzęt czasami może pomóc.

Zdecydowałem się na przyklejenie taśmą montażową czekana do kija co było nadmiarem ostrożności na górze.

Andy zmierza w stronę Buli

MisQ przedziera się przez lawinisko, poniżej Czarny Staw i Morskie Oko. Gdy dojeżdżamy do cienia rzucanego przez Mięgusze podłoże twardnieje i jazda staje się bajką. Mimo stromizny jedzie się świetnie, również po przebrnięciu lawinowych kalafiorów ostatni fragment do Czarnego Stawu to pełne flow i współpraca z górą. 

Korzystamy z długiego dnia i mimo, że zbliża się 18 po przebraniu butów zostajemy na dłuższy popas nad Czarnym Stawem i wypicie rytualnego Radlera i czegoś jeszcze. Ciekawe czy to koniec sezonu narciarskiego... 

poniedziałek, 05 maja 2014

W Tatrach jeszcze jest skąd zjechać dlatego na początku majówki za Andym wybraliśmy się na Wrota Chałubińskiego, z zamiarem zjechania później przez Szpiglasową Przełęcz do Doliny 5 Stawów Polskich.

Andy ver. wiosna 2014.

Najtrudniejsze mentalnie jest te pierwsze 9 kilometrów po asfalcie do Morskiego Oka. Zgodnie z oczekiwaniami na drodze pojawili się Ci inni, których przez całą zimę nie spotykało się w Tatrach. Stąd też pytania czy na pewno jest śnieg, skąd będziemy zjeżdżać, czy wyciągi jeszcze działają... Dlatego nie zatrzymując się przy schronisku czmychnęliśmy w górę, obierając kierunek Dolinki za Mnichem.

Niezwykle dumny ze swojej zapobiegliwości wyciągnąłem krem z filtrem dlatego nie będę znów wygladał w pracy jakbym spożywał przez tydzień trunki, których zamawianie ograniczałoby się do zwrotu "najtańsze proszę, byle szybko". Pani w czarnych tenisówkach, nieco utrudzona 30 minutowym marszem powyżej asfaltu pytała czy aby na pewno wiem co mówimy dobrodusznie jej radząc, aby nie szła wyżej granicy śniegu.

Walka żywiołów. Zimy z wiosną trwa. Nasze uzbrojenie.


Na tym zdjęciu jest parę przedmiotów westchnień i marzeń, ale o tym na razie sza!

Na szczęście w Dolince za Mnichem inny świat. Pierwszą ekipą, którą spotkaliśmy byli snowboardziści. Jeden z nich surfował po powierzchni Niżnego Stawu Staszica, wiosna - tęczowa włóczkowa czapka i bermudy... Fajny zespół. Później będziemy podziwiać jak dla reklamy jakiegoś napoju z lemonem w nazwie i uporem godnym ważnej sprawy raz po razie skacze w dół na desce, za każdym razem (poza ostatnim) zaliczając przyziemienie tyłkiem, ale wszystko w fajnym klimacie.

Wrota. Andy podpowiedział ten kierunek, ale chyba wiem, że ta myśl zakiełkowała mu w głowie... Niech zgadnę 28 grudnia 2013?

Tymczasem idziemy wyżej. Już na parkingu okazało się, że nie zabrałem fok, więc mam do wyboru tylko z buta. Śnieg jednak taki, że to nie przeszkoda. Andy dzielnie wytycza zakosy na podejściu na Wrota Chałubińskiego (2022 m.n.p.m). Przed nami z Ciemnosmreczyńskiej przełęczy zjeżdża ekipa Chłopak i Dziewczyna. Zatrzymują się w pół stoku, sprawnie się przepakowują i w górę.

Napiera Andy. Śnieg sprzyjał podchodzeniu, ale jak zawsze wyżej - warto patrzeć gdzie się stawia stopy.

Na przełęczy. Po chwili dochodzą do nas snowboardziści i jeszcze jakaś grupa turystów. Pakujemy się i my.

Już po pierwszym skręcie widzę, że jest fajnie.

Andy`emu też dzisiaj wszystko sprzyja. Ma szerokie narty i pozytywny feeling. Kręci zgrabnie. Popas na dole, piwo i w górę do szlaku na Szpiglasową Przęłecz.


W górę nieco przecinamy szlak i idziemy na wprost. Wspinaczka w butach narciarskich nie jest tym co lubię najbardziej

Andy na szlaku. Poniżej to ... lazurowe, szafirowe, niebieskie, turkusowe... Pomocy plz!!! Jaki to kolor? To Staw Staszica przed chwilą obiekt surfingu snowboardzistów

Tu majówkowy tłumek, osób bardziej i mniej przyzwyczajonych do zimowych warunków i ekspozycji. Trochę ludzkich dramatów na łańcuchach. Andy sprytnie środkiem, aż pod skały. Narty na nogi i w dół. Ja ruszam w stronę łańcuchów, trochę się trzymając trochę jadąc w dół z asekuracją czekanem. Mówiąc wprost walę się w dół trochę bezładnie łomocząc narciarskimi buciorami, to jednak w miarę kontrolowany zjazd. Dziewczyna, którą mijam w dół nie bardzo wierzy. Rzucam żeby troszczyła się o siebie i trzymała mocno łańcuchów, bo z grubsza wiem co robię.

Śmiejemy się ze zdarzeń przed chwilą, kiedy dociera do mnie w trakcie zakładania nart. 

Fantastyczne warunki. Po kilku szusach widać jaka różnica w prędkości narciarza i pieszego. Ekipa, którą wspieraliśmy mentalnie jeszcze walczy z ostatnimi łańcuchami, dla nas to już małe punkciki na tle śniegu. Postanowiliśmy trawersować pod Miedzianym żeby nie tracić wysokości. Trochę spacerowania w nartach po skałach (nie chciało się zdjąć) i jesteśmy na Niedźwiedziu. Wzgórze tuż przed Schroniskiem w Stawach. 

To mały nielegal, bo szlak biegnie po drugiej stronie Wielkiego Stawu więc zastanawiamy się czy ktoś nie przywita zza kosówki, ale się udało. Schronisko, coś do picia i wiejemy, bo znów jesteśmy atrakcją dla majówkowiczów: jak dojść na Zawrat, czy dużo śniegu, czy przez Krzyżne jest bezpiecznie, skąd zjechaliśmy.

Jest godzina 17, podziwiam ludzi, że zadają zasadnicze pytania o drogę o tej porze. Despracko staramy się jeszcze wykorzystać ostatnie łachy śniegu w Litworowym Żlebie. Tu już trzeba czujnie. Środkiem biegnie potok, który przecina trasę, za chwilę musimy zdjąć narty i przedzierać się na piechotę. Andy próbuje jeszcze chwilę wykorzystać każdy metr, ale poddaje się w końcu i dochodzimy do szlaku. Przebranie butów na normalne, górskie i w dół.

Jeszcze raz tu wrócimy w tym sezonie.

 
1 , 2 , 3